Pewna starsza Pani z małej polskiej wsi przygarnęła szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Pies rósł jak na drożdżach i pilnował całego obejścia. Potrafił pochłonąć miskę jedzenia w mgnieniu oka, drapał się o płot tak, iż ten się wykrzywiał, a raz choćby próbował jednym szarpnięciem przewrócić staruszkę.

17 godzin temu

Pewna starsza pani z podwarszawskiej wsi postanawia sprawić sobie szczeniaka owczarka środkowoazjatyckiego. Psiak gwałtownie rośnie i od razu bierze się za pilnowanie domu. Pochłania miskę jedzenia w mgnieniu oka, drapie się po grzbiecie o płot z taką siłą, iż ogrodzenie zaczyna przechylać się na bok, a czasem jednym skokiem niemal dosięga staruszki przechodzącej obok. Szczeniak, jak to szczeniak, musi się czasem czymś zająć.

Ale staruszka nie zostaje z psiakiem zbyt długo. Nie przez psa po prostu nie dożywa dziewięćdziesiątki. Rodzina, czyli dzieci i wnuki, przyjeżdża do jej domu. Tam, przy starym dworku, czeka na nich pies na łańcuchu. Po jego spojrzeniu nietrudno zgadnąć, iż goście są mile widziani nie codziennie przecież zjawia się naraz tyle witamin i rozmaitego jedzenia. Rodzina debatuje: co zrobić z pupilem? Uśpić żal, mieszkać z nim trochę strach, a wypuścić luzem nie po chrześcijańsku. Świata nie należy wystawiać na tak ciężką próbę. W końcu uznają: trzeba znaleźć psu dobre ręce. jeżeli trzeba choćby dopłacą. Dla człowieka, który przygarnie tego futrzanego ludożercę, niczego nie pożałują.

W końcu znajduje się człowiek pan Zbigniew zawsze marzył o psie, któremu będzie mógł dawać całe miski strawy i grabiami drapać za uszami. Cóż, ludzie mają dziwne fascynacje… Na miejsce przyjeżdża weterynarz.

Weterynarzowi przedstawiają cały plan. Ustalają, iż pies dostanie środek usypiający, a później gwałtownie przeniosą go do nowego domu. Trzeba tylko zdążyć poświęcić świeczkę za zdrowie, a może i za spokój duszy nigdy nie wiadomo…

W ustalonym czasie weterynarz przyjeżdża z karabinem na środki nasenne. Wszystcy weterynarze mają w sobie coś z bohatera. Karabin na strzałki ładuje środkiem usypiającym i jednym strzałem przenosi psa do krainy snu. Odczepiają go od łańcucha, kładą na brezent i ciągną do samochodu.

Trafia do bagażnika kombi, połączonego z kabiną samochodu. Z przodu siada weterynarz, bo profesjonalista musi mieć wygodę. Nowy właściciel pan Zbigniew prowadzi auto. Z tyłu tłoczy się cała rodzina babci, rozemocjonowana jak na jarmarku. Rozmawiają, komentują. Pies zaczyna się powoli wybudzać.

Podnosi głowę i z zainteresowaniem rozgląda się dookoła. Wszędzie ludzie, siedzą i patrzą.

Weterynarz patrzy na psa wielkimi oczami. Nowy właściciel tak samo. W ogóle nie odwraca głowy na drogę, bo teraz nieważne, kto kieruje.

Ale interesujące myśli pies.

Czy jest niebo? zastanawiają się ludzie.

Pies rusza prosto przez salon auta, by być bliżej ludzi. Po co czekać? Nowy właściciel sięga za klamkę, gotów wyskoczyć prowadzi, nie prowadzi, co za różnica. Pies oblizuje wszystkich rodzinę babci, bo przecież nie są już mu obcy. Oblizuje nowego pana. I weterynarza, choć ten w niego strzelał. Taki już jest pies.

Wtedy wszyscy rozumieją, jak się mylili co do ludożercy. Resztę drogi spędzają przemoknięci od góry, bo ślina psa skapuje od gorliwych całusów; od dołu, bo emocje wywołane nagłym przebudzeniem psa sięgają zenitu.

Moja działka gdzieś pod Warszawą, ukochana i swojska…

Idź do oryginalnego materiału