Kiedy wróciłem z pracy, Kota nie było.
Jestem skromnym facetem nie mam nałogów, nie lubię hałaśliwych imprez, wolę spokój. W dniu moich dwudziestych piątych urodzin rodzice pomogli mi spełnić marzenie: dorzucili się do pierwszej wpłaty na własne mieszkanie w Warszawie. Zostałem wtedy samodzielny. Pracowałem jako programista w jednej z dużych firm IT, raczej zamknięty kolegów z pracy znałem tylko z widzenia.
Żeby nie czuć się aż tak samotnie, przygarnąłem kota ze schroniska. Miał zdeformowane przednie łapki, przez co nikt nie chciał go adoptować. Poprzedni właściciele chcieli uśpić zwierzaka, ale nie potrafiłem im na to pozwolić. Nazwałem go Tofik. Od tej pory codziennie wracałem z pracy z myślą, iż Tofik czeka na mnie w korytarzu, merdając ogonem chociaż był kotem taki z niego oryginał.
Po paru miesiącach zaczęła zwracać na mnie uwagę koleżanka z pracy. Miała na imię Wioletta energiczna, konkretna, typowa stołeczna dziewczyna. gwałtownie się dogadaliśmy, po niecałych czterech tygodniach zamieszkała u mnie. Od samego początku nie polubiła Tofika, krępowała się, gdy goście patrzyli na specyficznie chodzącego kota. Poprosiła, żebym oddał Tofika. Odmówiłem był dla mnie czymś więcej niż zwykłym zwierzakiem.
Wioletta nie dawała za wygraną. Stale drążyła: „Oddaj kota, to nie jest normalne mieszkać z takim kaleką!” Próbowała mnie przekonać, iż przez Tofika źle prezentujemy się przed znajomymi niektórzy brzydzą się jego łapek. Czułem, iż wpadłem w pułapkę kochałem ją, ale nie wyobrażałem sobie życia bez Tofika.
Co ciekawe, moi rodzice nie byli fanami wyboru Wioletty. Uważali ją za zbyt arogancką, polecali: „Daj sobie czas, nie śpiesz się z małżeństwem, poznaj ją lepiej.”
Przyszedł moment, kiedy rodzice Wioletty odwiedzili nas w mieszkaniu. Ojciec Wioletty, Marian, już na wejściu zaczął się śmiać na widok Tofika: „Patrzcie, jaki potworek!” Broniłem kota, ale przez cały wieczór Marian i Wioletta robili sobie żarty z wyglądu Tofika. Wymyślali przeróżne niestosowne propozycje, gdzie go podrzucić a matka Wioletty, Halina, śmiała się razem z nimi.
Następnego dnia, wróciłem do domu po pracy i zastałem pusty korytarz. Nie było Tofika. Zapytałem Wiolettę, gdzie jest kot, a ona wzruszyła ramionami: „Oddałam go do kliniki weterynaryjnej, tam go zostawiłam.”
Natychmiast rzuciłem się na poszukiwania jeździłem od jednej lecznicy do drugiej przez pół Warszawy prawie pięć godzin. W końcu, w niewielkiej lecznicy na Mokotowie, znalazłem swojego kota siedzącego w kącie klatki, smutnego, ale gdy mnie zobaczył, zaczął cicho mruczeć i tulił się w moje ramiona.
Po powrocie do domu stanowczo powiedziałem Wioletcie: „Pakuj się i wyprowadź. Dla mnie już nie istniejesz.” Jej twarz była pełna zdziwienia i złości nie spodziewała się, iż wybiorę kota. Rano, urażona, po cichu zebrała swoje rzeczy i wyszła.
Tofik został ze mną w mieszkaniu. Gdy wracam z pracy, czeka na mnie przy drzwiach, a jego mruczenie zawsze poprawia mi nastrój.





![Targi egzotyczne w hali przy ul. Amelii [ZDJĘCIA]](https://rzg.pl/wp-content/uploads/2026/05/b2154015ce56a6721b6fe716428a51c7_xl.jpg)
