– Panie Michale, pora już na pana. Radziłbym panu odwiedzić lekarza. Trzeba sprawdzić serce. – A co jest nie tak z moim sercem? – Wydaje mi się, iż pan go w ogóle nie ma!

12 godzin temu

Michał, już czas. Radziłbym ci odwiedzić lekarza. Serce sprawdzić.
A co niby jest z moim sercem nie tak?
Wydaje mi się, iż wcale go nie masz!

Czarek nie mógł zrozumieć, czemu drzwi do klatki schodowej, przez które tyle razy wracał z właścicielem ze spaceru, są teraz zamknięte na cztery spusty.

Siedział naprzeciwko obdrapanych brązowych drzwi.

Może jednak się pomyliłem? przemknęło mu przez głowę. Nie! odpowiedział sobie z uporem. Zapach się zgadza to tutaj.

Wystarczy trochę poczekać i pan na pewno sobie przypomni, po co wywiózł mnie autem do lasu i zostawił. To przecież zabawa! Ale ja i tak trafiłem. Czekam!

Zaczęło sypać śniegiem. Łapy Czarka coraz mocniej przymarzały do chodnika. Futro wcale nie pomagało mu zachować ciepła, ciało drżało coraz bardziej.

Tylko nie myśleć o głodzie. Zaraz mnie zobaczą, ucieszą się i dadzą wielką, pachnącą kość

Zziębnięty kundelek podszedł do zasp i zaczął zjadać śnieg. W pysku momentalnie topniał, pragnienie nieco ustępowało, ale robiło się jeszcze zimniej o ile to w ogóle możliwe.

Zaraz mnie wpuszczą, położę się przy gorącym, białym grzejniku. Ale najpierw kość. Potem zupa. I potem będę na nich wszystkich warczeć, bo wiem, iż mnie ćwiczą przecież to trening.

Ale tyle nocy szukałem naszego podwórka Wczoraj jakoś przemknąłem się przez otwarte drzwi klatki, by się rozgrzać. Rano obudził mnie kopniak woźnego. Zaskowyczałem, sił choćby nie miałem, żeby go ugryźć.

Ludzie są dziwni. Jak jestem na smyczy z panem, to uśmiechają się do mnie i witają z nim. A jak jestem sam, to każdy patrzy nienawistnie, a ten jeszcze mnie kopnął. Teraz mnie bok boli.

Czarek godzinami wpatrywał się w drzwi klatki, z których nikt nie wychodził, nikt nie wchodził. Zaczął po cichu skomleć. Myślami już był najedzony i grzał się pod kaloryferem.

Muszę tylko poczekać. Chwilkę jeszcze.

Rozszalała się śnieżyca. Czarek przestawał już czuć łapki. Położył się, zwinął w kulkę. Powoli odpływał gdzieś daleko. Zrobił, co miał zrobić. Było trudno, ale odnalazł swoją klatkę. Spisał się. Trzeba się zdrzemnąć

Wiktor Michalewicz był tego dnia w mieszkaniu sam. Plan zajęć był ambitny: obejrzeć telewizor, napić się herbaty, znów telewizor, znów herbata, potem zdrzemnąć się i ponownie zrobić sobie herbatę

Nic ważniejszego dziś już nie miał. Szczerze powiedziawszy, przez najbliższe dziesięć lat pewnie plan się nie zmieni. Kiedyś to były inne czasy!

Był maszynistą PKP. Woził ludzi z podwarszawskich miasteczek do centrum. Był jak żyła tej aglomeracji. I czuł się potrzebny.

Nic to! pocieszał się w duchu już niedługo wiosna. Trzeba będzie posadzić pomidory, sezon na działce coraz bliżej. Przetrwam tę zimę!

Poszedł do kuchni i nastawił wodę w czajniku. Kiedyś w takich chwilach można było z kimś pogadać, poburczeć. A dziś? Jakoś tak go oszukano. Pośpiesznie zostawili samego.

Czajnik zawrzał. Wiktor Michalewicz sięgnął do szafki po herbatę pusta puszka, choćby liścia nie zostało.

Psiakrew, skończyła się! Trzeba do sklepu pomyślał choćby z pewną ulgą. gwałtownie się ubrał, wyszedł z mieszkania.

Żarówka na klatce pewnie przepalona, a może znowu ukradli. Trzeba będzie wkręcić nową, jak wrócę postanowił.

Otworzył drzwi od klatki, wyszedł i o mało co się nie przewrócił potknął się o coś.

Ja cię kręcę! burknął pod nosem. To coś okazało się psem, przysypanym śniegiem. Śnieg na nim wcale nie topniał.

Czarek! Wiktor Michalewicz poznał sąsiadskiego psa.

Czarku, co jest? Tak ci źle? Czekaj, zadzwonię do twoich właścicieli pobiegł do domofonu, wykręcił numer mieszkania Czarka. Nikt nie odebrał. Potem do sąsiadów tam odpowiedziano.

Mówi sąsiad z pierwszego piętra. Nie wiecie, gdzie są ci z sześćdziesiąt czwórki? Ich pies tu zaraz zamarznie!

Oni się wyprowadzili. Rozwiedli się. Mieszkanie stoi na sprzedaż.

Serio?! Dzięki.

Wiktor Michalewicz zdjął puchową kurtkę i położył ją obok psa. Delikatnie w rękawiczkach próbował strzepać śnieg, przeniósł Czarka na kurtkę. Wydawało się, iż pies już nie oddycha.

O rany, Czarek, oddychaj! mruknął, ciągnąc psa do klatki pod grzejnik. Gładził go po zmarzniętym futrze, po chwili zapukał do pierwszych z brzegu drzwi. Otworzyła sąsiadka Nina.

Panie Wiktorze, coś się stało?

Nino, pies Proszę, znajdź najbliższego weterynarza i wezwij taksówkę.

Halo, Oleno?

Tak, kto mówi?

Sąsiad z siedemdziesiątki dwójki, Wiktor Michalewicz. Nina podała mi numer.

A dzień dobry panie Wiktorze.

W sprawie Czarka.

To do Michała, ja go nigdy nie chciałam, tego głupiego psa.

My już u weterynarza

Panie Wiktorze, on choćby na kredyt nie potrafił zarobić I taki numer! Kupił psa.

Proszę sobie wyobrazić, ile lat to ja utrzymywałam rodzinę. Poprosiłam, żeby się pozbył psa A on i tego nie umie! Do widzenia!

Halo, Michał? To Wiktor Michalewicz, sąsiad. Czarek wrócił do domu!

Chyba pan się myli, nasz Czarek zaginął w lesie.

Jestem pewien, iż to on!

To niemożliwe.

Jasne Nie można tak traktować zwierząt.

Nie rozumiem pana!

Dobrze rozumiesz. I dobrze, iż takich sąsiadów już nie mam.

Minęło już kilka miesięcy, od kiedy Czarek mieszkał w nowym domu. Uszy miał troszkę odmrożone, na dwie łapy wciąż niechętnie stawał, ale się przyzwyczaił.

Zrozumiał już, iż to nie była żadna gra. To była dorosła gra dwojga ludzi, w której Czarek dostał komendę zgiń tylko całkiem na serio.

Wiedział też, iż ma teraz nowego pana. Spacerują trzy razy dziennie. Właściciel nie był już młody, więc Czarek pilnował, żeby nie przyrósł do telewizora, zmuszał go choćby do biegania.

Śmieszni są ci ludzie. Tamci niby się uśmiechali, a ledwie życia mnie nie pozbawili. Ten wiecznie marudzi, ale tak naprawdę jest dobry i troskliwy. Czarek niegłupi: tamtych trzeba było gryźć, tego się kocha!

Zapukało do drzwi Wiktora Michalewicza.

Panie Wiktorze, to Michał. Teraz mieszkam z kobietą, która ma córkę. Mała chce psa. Mogę odebrać Czarka? Przykro mi, iż tak wyszło Ile jestem winien za weterynarza?

Michał, nie rozumiem cię.

Wyszło jak wyszło Słabo zarabiałem i

Psu wszystko jedno, ile zarabiasz Czarek zaginął w lesie.

Ale przecież leży tutaj, na posłaniu!

To Norek. Czarka już nie masz.

Czarek! Do mnie!

Pies choćby się nie ruszył. Tylko pokazał zęby.

Michał, czas na ciebie. Radziłbym sprawdzić ci serce u lekarza.

Ale co z moim sercem nie tak?

Mam wrażenie, iż go po prostu nie masz!

A wy co o tym sądzicie? Napiszcie w komentarzach i zostawcie lajka!

Idź do oryginalnego materiału