Piotr wracał do domu z pracy. Typowy zimowy wieczór wszędzie szaro, cicho, jakby świat przykryła warstwa znużenia. Przechodząc obok sklepu spożywczego na warszawskiej Pradze, zobaczył psa. Kundelek. Rudy, rozczochrany. Oczy zupełnie jak u zagubionego dziecka.
Czego tu chcesz? mruknął Piotr, ale przystanął.
Pies podniósł łeb, spojrzał na niego. Nie prosił o nic, tylko patrzył.
Pewnie czeka na właścicieli pomyślał Piotr i ruszył dalej.
Ale następnego dnia sytuacja się powtórzyła. I kolejnego również. Pies jakby przykleił się do tego miejsca. Piotr zauważył, iż ludzie przechodzą obojętnie, ktoś rzuci ze dwa kawałki rogala, ktoś inny paróweczkę.
Dlaczego tu siedzisz? zapytał któregoś dnia, przysiadając obok. Gdzie twoi ludzie?
I wtedy pies podsunął się do niego. Ostrożnie. Przytulił pysk do jego nogi.
Piotr zamarł. Kiedy ostatni raz kogoś głaskał? Po rozwodzie minęły już trzy lata. W mieszkaniu pustka. Praca, telewizor, lodówka.
Laduszka wyszeptał, nie wiedząc nawet, skąd mu się to imię wzięło.
Następnego dnia przyniósł ją parę parówek.
Po tygodniu zamieścił ogłoszenie w internecie: Znaleziono psa, poszukiwani właściciele.
Nikt nie zadzwonił.
Miesiąc później, wracając po nocnym dyżurze był inżynierem, czasami pracował po dwadzieścia cztery godziny zobaczył tłum koło sklepu.
Co się stało? spytał sąsiadki.
Psa potrąciło auto. Tego, co tu siedział od miesiąca.
Serce podeszło mu do gardła.
Gdzie on teraz?
Zabrali go na weterynarię na Aleję Waszyngtona. Ale tam same koszty! I kto się tym zajmie, przecież bezdomny był.
Piotr już nic nie mówił. Odwrócił się i pobiegł.
W lecznicy weterynarz pokręcił głową.
Połamany, krwotok wewnętrzny. Leczenie będzie kosztować sporo. I nie wiadomo, czy przeżyje.
Proszę leczyć powiedział Piotr. Zapłacę ile trzeba.
Gdy Lada (bo tak już o niej myślał) wyszła ze szpitala, zabrał ją do siebie.
Pierwszy raz od trzech lat jego mieszkanie wypełniło się życiem.
Życie Piotra zmieniło się nie do poznania.
Nie budzik go budził, ale Lada, która delikatnie muskała nosem jego dłoń. Czas wstawać, panie. I Piotr wstawał, z uśmiechem.
Dawniej dzień zaczynał od kawy i wiadomości. Teraz od spaceru po parku Skaryszewskim.
No, dziewczynko, idziemy na powietrze? wołał, a Lada merdała ogonem.
Na weterynarii załatwił wszystkie papiery. Paszport, szczepienia. Oficjalnie była już jego psem. Piotr choćby robił zdjęcia każdej karcie szczepień na wszelki wypadek.
Koledzy w pracy byli zdziwieni:
Piotr, promieniejesz! Odmłodniałeś czy co?
I rzeczywiście pierwszy raz od lat czuł się komuś potrzebny.
Lada okazała się wyjątkowo bystra. Rozumiała go niemal bez słów. Gdy Piotr się spóźniał, czekała pod drzwiami z takim spojrzeniem, jakby mówiła: Martwiłam się.
Wieczorami długo spacerowali po Saskiej Kępie. Piotr opowiadał jej o pracy, o życiu. Dziwne? Może. Ale ona potrafiła słuchać patrzyła uważnie, czasem cicho popiskiwała w odpowiedzi.
Wiesz, Laduszko. Wydawało mi się kiedyś, iż samemu łatwiej. Nikt nie przeszkadza, nikt nie zawraca głowy. A tak naprawdę pogładził ją po głowie Tak naprawdę bałem się znowu kogoś pokochać.
Sąsiedzi się przyzwyczaili. Ciocia Weronika z sąsiedniego bloku zawsze trzymała dla Lady kostkę.
Ładna sunia mówiła z uśmiechem. Widać, iż kochana.
Minął miesiąc, potem drugi.
Piotr zaczął myśleć, by założyć jej konto na Facebooku. Była fotogeniczna rude futro lśniło w słońcu, jakby było ze złota.
I nagle wydarzyło się coś niespodziewanego.
Zwykły spacer w parku. Lada wąchała krzaki, Piotr przeglądał coś w telefonie na ławce.
Mela! Mela!
Piotr podniósł głowę. W ich stronę szła szczupła kobieta około trzydziestki, ubrana w markowy dres, jasnowłosa, mocno umalowana. Lada momentalnie się spłoszyła, położyła uszy.
Przepraszam, chyba się pani pomyliła. To mój pies powiedział Piotr.
Kobieta natychmiast założyła ręce na biodra.
Jak to pana?! Przecież widzę, iż to moja Mela! Zgubiłam ją pół roku temu!
Słucham?
Sama prawda! Wybiegła mi spod bloku i szukałam jej wszędzie! A pan ją sobie przygarnął!
Świat zawirował Piotrowi przed oczami.
Poczekajmy. Jak to się zgubiła? Zabrałem ją spod sklepu, siedziała tam miesiąc, bez właściciela!
A co miała zrobić? Zgubiła się! Uwielbiam ją! Z mężem kupiliśmy ją za niemałe pieniądze, rasowa!
Rasowa? Piotr spojrzał na Ladę. Przecież to kundel.
To mieszaniec, za dużo kosztowała!
Piotr wstał, a Lada skulona przytuliła się do jego nóg.
Dobrze. jeżeli to pani pies, proszę o dokumenty.
Jakie dokumenty?
Paszport psa. Książeczka zdrowia, szczepienia. Coś, co to potwierdzi.
Kobieta się zawahała:
Zostały w domu. Ale przecież widzę, iż to ona! Mela, do mnie!
Lada choćby się nie ruszyła.
Mela! No chodź tu!
Pies wcisnął się mocniej w Piotra.
Widzisz pani? powiedział cicho. Nie zna pani.
Obraziła się, bo się zgubiła! Ale to moja sunia! Proszę ją oddać!
Mam dokumenty Piotr spokojnie wyjął telefon. Leczyłem ją w klinice po wypadku. Mam paszport, faktury za karmę, za zabawki.
Mam gdzieś te papiery! To kradzież!
Ludzie zaczęli się odwracać ciekawie.
W takim razie wezwijmy policję powiedział Piotr.
Proszę bardzo! Udowodnię, iż to moja Mela! Mam świadków!
Jakich?
Sąsiedzi widzieli, jak uciekała!
Piotr zadzwonił po policję. Serce waliło mu jak młot. Może jednak ta kobieta mówi prawdę? Może Lada naprawdę uciekła jej kiedyś?
Ale czemu wtedy miesiąc czekała pod sklepem, nie wracała do domu?
I czemu teraz trzęsie się przy jego nodze, jakby się bała?
Dzień dobry, tu policja? Potrzebuję pomocy
Kobieta popatrzyła na Piotra z jawną złością:
Sprawiedliwość zwycięży. Odda mi pan psa!
Lada wciąż tuliła się do Piotra.
Wtedy poczuł, iż będzie walczył o nią do końca.
Bo przez te miesiące Lada stała się kimś więcej niż tylko psem.
Stała się rodziną.
Policjant, starszy aspirant Morawski, pojawił się po pół godzinie. Piotr znał go już wcześniej, z administracji budynku.
Co tu się dzieje? spytał, wyciągając notes.
Kobieta mówiła pierwsza. Szybko, chaotycznie:
To mój pies! Mela! Kupiłam ją za cztery tysiące złotych! Uciekła pół roku temu, szukałam wszędzie! Ten pan ją ukradł!
Nie ukradłem, tylko zabrałem z ulicy spokojnie odparł Piotr. Siedziała pod sklepem, sama, głodna.
Bo się zgubiła!
Morawski spojrzał na Ladę, która wciąż wciskała się w Piotra.
Ma pan jakieś dokumenty?
Oczywiście Piotr wyjął teczkę. Na szczęście po ostatniej wizycie u weterynarza nie przełożył jej jeszcze do domu.
Tu potwierdzenie z lecznicy. Leczona po wypadku. Tu paszport. Wszystkie szczepienia.
Policjant przejrzał papiery.
A pani? Ma pani jakieś dokumenty?
W domu zostały! Ale przecież to ona! kobieta głos miała coraz bardziej nerwowy.
Może pani dokładniej opisać, gdzie zgubiła psa? zapytał Morawski.
Głównie w parku. Puściłam ją na chwilę luzem, uciekła. Szukałam, plakaty wieszałam.
Gdzie mieszka pani?
Na Alei Waszyngtona, blok 11.
Proszę poczekać. Piotr wyciągnął komórkę. Znalazłem ją pod sklepem przy Grochowskiej. To ponad kilometr od pani domu.
Może pobłądziła.
Psy zwykle wracają do domu, jeżeli są kochane odpowiedział cicho Piotr.
Kobieta poczerwieniała.
I co pan wie o psach?!
Wiem jedno ujął delikatnie głowę Ladu. Kochany pies nie siedzi głodny pod sklepem miesiąc, tylko szuka domu.
Morawski znów zabrał głos:
Twierdzi pani, iż szukała psa. Plakaty, a na policję się pani nie zwróciła?
Nie pomyślałam
Straciła pani psa za cztery tysiące, przez pół roku i nie powiadomiła służb?
Myślałam, iż sama się znajdzie
Proszę dokumenty i adres.
Kobieta podaje paszport, trzęsącymi się dłońmi.
Tak, mieszka pani na Alei Waszyngtona, mieszkanie 14. Kiedy, dokładnie, zaginął pies?
Ze dwa tygodnie temu może miesiąc?
Ja tu mam zdjęcia sprzed miesiąca, a wtedy już była tu ponad trzy tygodnie wtrącił Piotr.
Zapanowała cisza. Kobieta zaczęła się plątać, po czym nie wytrzymała:
No dobrze! Może nie byłam idealna Ale naprawdę ją kochałam!
Jak to się stało? spytał spokojnie Piotr.
Mąż powiedział, iż nie weźmie psa do nowego mieszkania na wynajem. A sprzedać jej nie mogłam przecież nie rasowa. Zostawiłam ją w okolicy sklepu. Pomyślałam, iż ktoś ją przygarnie.
Piotr poczuł dreszcz w środku.
Zostawiła ją pani?
Zostawiłam no, nie wyrzuciłam. Miałam nadzieję, iż ktoś będzie miał dla niej serce.
Dlaczego chce ją pani odzyskać?
Kobieta zaszlochała:
Rozstałam się z mężem, zostałam sama I tak mi źle. Chciałam ją mieć z powrotem. Przecież kochałam Melę
Piotr spojrzał na nią z niedowierzaniem.
Kochała? powtórzył cicho. Kochanych się nie zostawia.
Morawski zamknął notes.
Dokumenty wskazują jasno. Pies należy do pana spojrzał w dokumenty Sowińskiego. Pan się nią zajął, wydał na nią pieniądze, jest opieka i papiery.
Kobieta zalała się łzami.
Ale ja się rozmyśliłam! Chcę ją z powrotem!
Za późno na powrót powiedział cicho Morawski. Zostawiła ją pani, koniec sprawy.
Piotr przykucnął i przytulił Ladę.
Już. Wszystko dobrze.
Mogę chociaż ją pogłaskać, na pożegnanie? wyszeptała kobieta.
Piotr spojrzał na Ladę. Sunia skuliła uszy, schowała się za nim.
Widać, iż boi się pani.
To nie tak miało być takie wyszły okoliczności
Okoliczności tworzą ludzie. Pani stworzyła takie, kiedy wyrzuciła przyjaciela na ulicę. Teraz chciałaby je pani zmienić, bo samotnie źle. Ale ona też była sama.
Kobieta rozpłakała się i odeszła szybko, nie oglądając się nawet.
Morawski poklepał Piotra po plecach.
Dobra decyzja. Widać, iż sunia do pana lgnie.
Dziękuję za pomoc.
Nie ma sprawy. Sam mam psa, rozumiem doskonale.
Gdy zostali sami, Piotr pogładził Ladę po łbie.
Już nikt nas nie rozdzieli, Laduszko. Obiecuję.
Lada spojrzała na niego z tym swoim psim oddaniem. Pełnym miłości.
Idziemy do domu?
Zaskomlała radośnie i pobiegła obok niego.
Po drodze Piotr myślał o słowach tamtej kobiety: życie rzeczywiście układa się różnie. Można stracić pracę, mieszkanie, pieniądze.
Ale są rzeczy, których stracić nie wolno. Odpowiedzialność. Miłość. Współczucie.
W domu Lada znalazła miejsce na swoim ulubionym dywaniku. Piotr zaparzył herbatę, usiadł obok.
Wiesz, Laduszko powiedział zamyślony. Może wszystko wyszło, jak powinno. Teraz już wiem: naprawdę jesteśmy sobie potrzebni.
Lada westchnęła zadowolona.
Bo prawdziwą rodziną stajemy się nie przez przypadek. Stajemy się nią przez serce, troskę i oddanie.

5 godzin temu