Od kiedy Burek stracił to, co było mu najcenniejsze, już więcej nie wchodził do swojej budy. Spał na gołej ziemi. Niemal nie jadł. Nie reagował choćby na swojego jedynego przyjaciela Piotra…
Nastał kolejny listopad. Z każdym dniem robiło się coraz zimniej, niebo zasnuwały ciężkie, ołowiane chmury, a ludzie otulali się wełnianymi płaszczami i szalikami. W powietrzu czuło się już oddech zbliżającej się zimy, i Burek czuł to dobitnie lada dzień spadnie śnieg.
Kiedy wreszcie ktoś wrzuci świeże siano do mojej budy? myślał pies, wyciągnięty na wilgotnej ziemi. Futra mam sporo, ale w nocy ziąb przenika aż do kości…
Spoglądał leniwie na magazynierów, którzy krzątali się wokół, nosili paczki i ładowali je do ciężarówek, z których unosił się nieprzyjemny zapach ropy. Stary, magazynowy pies nie budził zainteresowania, nikt nie poświęcał mu choćby sekundy uwagi.
Co ty się tak rozłożyłeś? doleciał go głos. Podszedł do niego ochroniarz, który wyszedł z portierni na papierosa. Zatrudnili cię tu do pilnowania, a nie do wylegiwania się jak kanapowy piesek. Tfu!
Splunął z pogardą tuż obok i oddalił się. Nazywał się Łukasz. Nie cierpiał Burka jeszcze od czasu, gdy ten był szczeniakiem tak po prostu, bez powodu.
Wkrótce na dziedziniec podjechał ciemnozielony fiat. Pies natychmiast poderwał się na łapy.
Cześć, przyjacielu przywitał go mężczyzna w kaszkiecie i z kilkudniowym zarostem. Przyjechałem zrobić ci ciepło.
To był Piotr najlepszy i ulubiony ochroniarz Burka. Zawsze potrafił powiedzieć mu coś miłego i podsunąć smakołyk. choćby w swoim wolnym dniu nie zapomniał o psie: przywiózł świeże siano do budy, żeby Burek nie zmarzł.
Piotr starannie wypchał budę ciepłym sianem, potem wyjął z samochodu miskę z gorącą kaszą i mięsem. Czekał, aż pies wszystko zje, zabrał miskę do umycia i dopiero wtedy odjechał.
Burek znowu został sam. Dobrze, iż noc już blisko we śnie łatwiej zgubić samotność, która prawie zawsze była przy nim.
Kiedy wreszcie zapadł zmrok, ruszył w stronę budy. Już miał wejść do środka, gdy nagle się zatrzymał.
W głębi siana zabłysły dwa zielone, świecące punkty. Rozległo się groźne syczenie.
Burek spojrzał bez cienia złości na nieproszoną lokatorkę. Przed nim siedziała wychudzona czarna kotka o przerażających, wielkich oczach. W jej spojrzeniu było ostrzeżenie:
Nie ruszaj mnie. Nie żartuj sobie ze mną!
Mimo groźnej miny, pies niespodziewanie poczuł radość.
Buda jest trochę ciasna, ale we dwoje się zmieścimy uznał optymistycznie.
Zrobił krok w przód. Natychmiast z siana wysunęła się łapka z ostrymi jak bagnety pazurami.
Sssccc! syknęła kotka na jego pokojowe zapędy.
No dobrze. Mogę dziś spać na zewnątrz stwierdził spokojnie Burek i położył się tuż przy wejściu do swojego domku.
Rano obudził się wcześnie na śniadanie czekał codziennie z niecierpliwością. Spojrzał na budę kotka spała słodko.
Jaka ona jest ładna!
Z portierni wyszedł potargany, ponury Łukasz. Bez słowa rzucił Burekowi jakieś resztki i poszedł.
Zgodnie z przepisami psu należała się normalna karma, ale Łukasz nigdy sobie nie zawracał tym głowy. Rzucał co popadnie. Po takim śniadaniu Burka często bolał brzuch, ale nie miał się komu poskarżyć.
Pies powąchał to, co dostał, i nagle złapał obcy zapach.
Kotka! Siedziała niedaleko, nic a nic nie bojąc się właściciela terenu, i gryzła skórkę od kiełbasy, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Burek cieszył się, iż mógł ją poczęstować była taka chuda.
Kiedy spojrzał na nią, kotka natychmiast się spięła, gotowa do walki. On za to skubał chleb i patrzył z zaciekawieniem.
Czemu jest taka zła? Może chce też chleba? pomyślał, odkładając kawałek na bok.
Cały dzień obserwowali siebie z dystansu ona nieufna, on z dobrotliwym zainteresowaniem.
Wieczorem Łukasz kończąc zmianę ponownie rzucił Burekowi resztki. Kotka natychmiast dorwała się do nich.
O ho! cofnął się ochroniarz. Co to za czarcia kocica! Wynocha! Fuu!
Kotka czmychnęła… za Burka. Ten się na chwilę zawahał, ale po chwili zjeżył grzbiet i pokazując zęby, zajął stanowisko między nią a Łukaszem.
Ochroniarz prychnął pogardliwie i odszedł, nie chcąc się wdawać w kłótnie. Nowy ochroniarz, który przyszedł później, choćby nie spojrzał na zwierzęta.
Kotka rzuciła Burekowi krótkie, wdzięczne spojrzenie. A pies myślał:
Łukasz nazwał ją czarownicą… To imię? Chyba tak…
Postanowił, iż kotka będzie nazywać się Czarownica.
Nadeszły siarczyste mrozy. Czarownica znów ułożyła się w sianie. Burek nie chciał jej wyganiać, ale zajrzał do środka.
Kotka spojrzała w jego skruszone oczy. Nie mogła pojąć, jak pies może być taki… A jednak przesunęła się, robiąc mu miejsce.
Całą noc spali przytuleni. Nigdy dotąd nie spało im się spokojniej.
Od tej pory Burek i Czarownica byli nierozłączni. Jedli razem, spali i rozmawiali swoim zwierzęcym językiem.
Kiedy Piotr po raz pierwszy zobaczył kotkę przy boku Burka, nie wierzył własnym oczom: taka maleńka i słaba a w ogóle nie bała się psa stróża.
Wkrótce jednak zrozumiał zwierzęta też mają miłość. A dla miłości nie ma ograniczeń.
Piotr zajął się kotką zabrał ją do weterynarza, wyczesał skołtunioną sierść, przywoził regularnie jedzenie. Po kilku tygodniach kotka bardzo wydobrzała.
Jedynym zgrzytem był Łukasz. Uroił sobie, iż czarna kotka przynosi nieszczęście i postanowił się jej pozbyć.
Pewnego razu choćby spróbował ją otruć, ale Burek wyczuł podejrzany zapach i przeszkodził zawsze czuwał.
W jedną szczególnie mroźną noc pies i kotka leżeli razem w budzie. Burek lizał jej kolejną rankę kotka wciąż gdzieś znikała i ładowała się w kłopoty.
Nagle oba pyski zastrzygły nosem. Dziwny zapach…
Burek wybiegł na podwórko i zaczął szczekać, ile tylko miał sił. Pożar! Magazyn płonął!
Łukasz wypadł z portierni, miotając się i przeklinając. Gorączkowo szukał telefonu w kieszeniach nie było go.
Czarownica miauknęła przeciągle. Ochroniarz obejrzał się kotka siedziała przy upuszczonym telefonie.
Przeklęta czarownica! brutalnie odtrącił ją, złapał telefon i zadzwonił po straż pożarną.
Burek rzucił się do przyjaciółki. Ta, kulejąc, oddaliła się od dymu. Pies podążył za nią przeczekali pożar w krzakach.
Po opanowaniu ognia zmęczony Łukasz, odchodząc, posłał kotce nienawistne spojrzenie.
Następnego wieczora Burek usłyszał rozmowę przy portierni:
Mówię ci, ona przynosi same nieszczęścia. Widziałeś jej oczy? choćby kocie czary! szczuł Łukasz.
I co zamierzasz? zapytał ktoś obojętnym tonem.
Wywieźć do lasu i po kłopocie.
Burek zdrętwiał. Serce aż mu ścisnęło. Przycisnął się do śpiącej Czarownicy.
Zwariowałeś? Ona tam zdechnie! sprzeciwił się Piotr.
Mam to gdzieś! Pożar to za mało?
A może faktycznie czarne koty to pech… dodał ktoś trzeci.
Nikt jej nigdzie nie wywiezie. Przestańcie. uciął Piotr i odszedł.
Nastał ranek. Burek się przeciągnął, ziewnął. Z przyzwyczajenia chciał powąchać śpiącą obok Czarownicę.
Ale jej nie było.
Przetrząsnął siano pusto. Wybiegł na dwór, biegał w kółko, cicho skomląc.
Przy portierni mignęło czarne coś. Pobiegł tam.
To był jedynie worek folii szeleszczący na wietrze.
Drzwi otworzyły się gwałtownie.
Czego tu szukasz? Przyjaciółki? syknął Łukasz. Nie ma jej. Teraz robi kłopoty gdzie indziej.
Burek patrzył w jego twarz, próbując doszukać się w tym sensu.
Chociaż… i tak długo nie pożyje. W lesie zdechnie lada dzień, jeżeli już nie padła.
Burek nie wydał choćby dźwięku. choćby wycie bólu utknęło gdzieś w gardle.
Spadł pierwszy śnieg. Grube płatki powoli przykrywały nieruchomego psa.
Od tej chwili, gdy stracił to, co najcenniejsze, Burek już więcej nie wszedł do budy. Spał na ziemi, niemal nie jadł, nie reagował choćby na ulubionego Piotra.
Burek, ona jest teraz w naprawdę dobrym miejscu prosił cicho Piotr, przykucając przy nim i głaszcząc po łbie. Jest jej tam ciepło i spokojnie. Wierzysz mi?
Też chcę do takiego miejsca. Chcę do Czarownicy. Mogę tam pójść? Proszę
Poprzedniego ranka Burek słyszał urywki rozmowy nieznajomych. Stali obok, rozmawiali o nim jak o rzeczy: iż stary, iż już niepotrzebny, iż magazyn potrzebuje młodego psa, a ten nadaje się już tylko do odstrzału…
Nie słuchał reszty. Zresztą już nic nie miało znaczenia.
Śnieg padał coraz mocniej. Zimne płatki pokrywały sierść, pysk i łapy. Pies stopniowo zanurzył się pod białą warstwą. Powoli zamykał oczy.
Może uda się ich już nigdy nie otworzyć? Nie chcę już ich otwierać to była ostatnia myśl, która przemknęła w głowie zmarzniętego, zmęczonego zwierzęcia.
Świat wokół stopniowo cichł. Burek prawie przestał czuć ciało, nie odbierał już zapachów ani podmuchów wiatru. I nagle, w narastającej ciemności, rozległ się znajomy głos:
Wstawaj, przyjacielu. No, rusz się! Jedziesz ze mną.
Reszta pamiętała mu się tylko mgliście: ciepły samochód Piotra, miękkie siedzenie, długa trasa po nierównych drogach, nowe, nieznane zapachy wpadające przez uchylone okno.
Ból i tęsknota zabrały mu niemal całą siłę. Zasnął twardo na tylnym siedzeniu, wsłuchany w cicho grające radio…
Po kilku godzinach dojechali na miejsce. Piotr pomógł psu wydostać się z auta i asekurował go w drodze do domu.
Zamieszkasz teraz u mnie, przyjacielu.
Pies był zupełnie obojętny. Ale żeby nie martwić serdecznego człowieka, spróbował się ucieszyć. Wyszło niezręcznie i nieprzekonująco, ale Piotr rozumiał wszystko.
Spokojnie. Zaraz wejdziemy do środka i od razu poczujesz się lepiej mrugnął, otwierając drzwi.
Ledwo weszli do środka, Burek się ożywił. Zapach… Ten zapach znał najlepiej na świecie. Nie do pomylenia!
Myśli potwierdziły się natychmiast.
Z parapetu lekko zeskoczył czarny kłębuszek i szybkim krokiem podszedł do niego. Jeszcze zanim kotka podeszła, Burek wiedział to ona. Jego Czarownica!
Mówiłem, iż jest w dobrym miejscu uśmiechnął się Piotr. Myślałeś, stary przyjacielu, iż pozwolę tym łajdakom porzucić twoją towarzyszkę w lesie?
Ale pies i kotka nie mieli teraz głowy dla człowieka mieli sobie tyle do opowiedzenia!
Kiedy już, nagadawszy się swoim własnym językiem, ułożyli się razem do odpoczynku, Burek zadumał się: co adekwatnie znaczy słowo czarownica?
Już miał zapytać kotkę, ale zrezygnował. Jaka to różnica? Czarownica to moja przyjaciółka. I to wystarczy.


![Szczupaki trafiły do rzek. Wielkie zarybianie w Wykrocie i Dębach [ZDJĄCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/683249509_1408944157926489_5369416912842101959_n.jpg)

