No i poznaliśmy się
Michał, co się z tobą dzieje? zapytała Małgorzata po kilku minutach milczenia. Jesteś jakiś nieobecny. Blady jesteś Wszystko w porządku?
Tak, wszystko ok odparł Michał, próbując się opanować. Odłożył widelec obok talerza i sięgnął po szklankę z sokiem jabłkowym, zyskując dodatkowe sekundy, zanim będzie musiał odpowiedzieć na pytanie Małgorzaty.
*****
Michał podszedł do klatki schodowej, złapał za stalową klamkę i już miał ją pociągnąć, gdy nagle się zawahał.
Nie chciał wcale wchodzić do środka.
Wiedział, iż tam na niego czekają, pamiętał o obietnicy, którą złożył Małgorzacie, iż przyjdzie do niej z wizytą, ale zdenerwowanie było tak silne, iż nie potrafił sobie z nim poradzić.
Trochę mu było głupio: dorosły mężczyzna, a nogi mu się trzęsą jak gimnazjaliście podczas pierwszego odpowiedzi przy tablicy.
Niby nie zostało wiele: otworzyć drzwi, wejść na klatkę, wdrapać się na trzecie piętro i znaleźć mieszkanie numer 36
Ale coś go blokowało.
Jakby irracjonalny strach wiązał mu ręce i nogi i nie pozwalał dokończyć tego, co zaczął.
Teraz marzył tylko o jednym zawrócić i pędem uciec, choćby na drugi koniec Krakowa. Byle dalej stąd.
I po co ja się zgodziłem mruknął cicho, robiąc krok w tył. Przecież wiadomo, iż się nie spodobam.
Cofnął się jeszcze dwa kroki, uniósł głowę i spojrzał w okno na trzecim piętrze, za którym świeciło się światło.
Światło biło jasno, wyróżniało się na tle innych okien bloku.
Taki trochę znak nawigacyjny, żeby Michał na pewno nie pomylił klatki.
Nie pomylił. Był, gdzie trzeba. Tylko wejść na górę mu się nie chciało.
Chyba jedynym, co go póki co powstrzymywało, była myśl o tym, jak Małgorzata zareaguje, jeżeli on tak po prostu się wycofa. Prosiła przecież go, żeby przyszedł.
I obiecał, iż będzie.
*****
Michał, tylko się nie przestrasz powiedziała wczoraj Małgorzata przez telefon. Moi rodzice chcą cię poznać
Małgorzata jego dziewczyna.
Siedzieli we dwoje w kawiarni przy Rynku, jedli kolację, rozmawiali, snuli plany na weekend. I nagle jej rodzice chcą się z nim poznać. Zupełnie się tego nie spodziewał. Przestał choćby jeść, zdziwiony spojrzał na Małgorzatę, próbując wyczytać, czy żartuje, czy mówi serio.
W sumie nic dziwnego. Wręcz przeciwnie, całkiem naturalne, iż rodzice Małgorzaty chcą obejrzeć przyszłego zięcia może choćby męża swojej córki! Dziwne by dopiero było, gdyby go do domu nie zaprosili.
Tyle tylko, że
Michał bał się, iż się nie spodoba. A raczej, iż się nie nada na zięcia według ich oczekiwań. I ta obawa naprawdę nie była bezpodstawna.
Miał, niestety, ku temu powody.
Bo mama Małgorzaty Wiktoria Stanisławowna całe życie przepracowała na Uniwersytecie Jagiellońskim, zaczynała jako wykładowczyni, skończyła jako prorektor, a teraz pełni istotną funkcję w Ministerstwie Nauki i Edukacji.
Ojciec dziewczyny Wiesław Dymitr również wspinał się po szczeblach kariery.
Zaczął jako inżynier w dużej firmie budowlanej, aż wreszcie założył swoją własną spółkę i dziś zna go choćby prezydent miasta. Człowiek poważny, bez dwóch zdań.
A i sama Małgorzata, chociaż ledwo po trzydziestce, dużo już osiągnęła. Jest szefową działu prawnego w jednej z największych firm finansowych w Krakowie.
A co Michał osiągnął, mając 35 lat?
Nic szczególnego. Zwykły administrator systemów komputerowych. choćby studiów wyższych nie skończył.
Płacą mu nieźle, ale perspektyw na awans brak.
Jak on się będzie prezentował przy wspólnym stole z rodzicami Małgorzaty? O czym będzie z nimi rozmawiał? Jak spojrzy im w oczy?
Ciekawi was może, jak adekwatnie się poznali? Czysty przypadek.
Tego dnia Michał wyszedł się przejść do Parku Jordana. Okazało się, iż Małgorzata też tam była z dwiema koleżankami. Koleżanki poszły po lody, a Małgorzata została przy ławce, żeby jej nikt nie zajął, i chciała przy okazji zadzwonić do mamy.
I tak rozmawiając przez telefon, nie dostrzegła, iż w jej stronę mknie młody chłopak na hulajnodze elektrycznej.
Był pijany i nie miał zamiaru hamować.
Michał w ostatniej chwili chwycił Małgorzatę za rękę i odciągnął na bok dosłownie chwilę przed tym, jak hulajnoga przeleciała obok.
Co pan robi?! wykrzyknęła Małgorzata oburzona.
Ale kiedy zobaczyła, jak pijany chłopak wpadł w śmietnik, zrozumiała co się wydarzyło.
I już zupełnie innym wzrokiem spojrzała na Michała. Bo gdyby nie on
No i od tego się zaczęło.
Gdy koleżanki Małgorzaty jeszcze czekały w kolejce po lody w wafelku, oni rozmawiali i wymienili się numerami telefonów, umawiając się na ponowne spotkanie. Są razem od pół roku.
Wszystko to Michał wspomina właśnie teraz, trawiąc słowa usłyszane wczoraj od Małgorzaty podczas kolacji w kawiarni.
Bardzo bał się, iż kiedyś dojdzie do spotkania z jej rodzicami, iż ci mogą jej zabronić spotykać się z nim. Oskarżą go, iż leci tylko na jej pieniądze. Już raz coś podobnego przeżył i wtedy stracił dziewczynę, którą naprawdę kochał.
A teraz nie chciałby stracić Małgorzaty
Michał, co się dzieje? powtórzyła dziewczyna po chwili milczenia. Blady jesteś, wszystko dobrze?
Tak, wszystko w porządku zebrał się w sobie Michał, odkładając widelec i biorąc łyk soku.
To w końcu przyjdziesz?
Słucham? Gdzie?
No, do mojego domu! Małgorzata się uśmiechnęła. Mama szykuje coś pysznego, a tata tata przywiezie kolekcjonerskie wino. Zna się z sommelierem i ten zgodził się oddać jedną ze swoich butelek. Od ciebie, Michałku, potrzebuję tylko obecności. Przyjdziesz?
Nie wiem, naprawdę zająknął się Michał. Wydaje mi się, iż twoi rodzice mają względem zięcia inne oczekiwania.
Dlaczego?
Bo jestem zwykły chłopak bez dyplomu, potrafię jedynie naprawiać komputery i odzyskiwać dane z dysków A oni pewnie chcieliby biznesmena, syna posła albo choćby urzędnika z perspektywami! Ja to zwykły informatyk bez ambicji. Masz pewność, iż ich do siebie przekonam?
Nie przejmuj się Małgorzata ścisnęła go za dłoń. Moi rodzice to normalni ludzie. Po prostu ich nie znasz. Czekam na ciebie jutro o siódmej. Nie spóźnij się!
Jasne skinął głową Michał, choć nie był przekonany, czy rzeczywiście się pojawi.
*****
No i nadeszło jutro.
Michał stoi pod blokiem Małgorzaty, piąta przed siódmą wieczorem. Zimno strasznie. A on…
nie wie co robić.
Jasne, iż prędzej czy później będzie musiał poznać jej rodziców co do Małgorzaty miał najpoważniejsze zamiary, chciał się z nią ożenić.
Ale dziś nie był na to gotowy. Za parę miesięcy miał przejść do nowego działu IT w oddziale firmy wtedy poczułby się znacznie pewniej przy rodzicach Małgorzaty.
Może wtedy Wiktoria Stanisławowna i Wiesław Dymitr nie wyproszą go od razu za drzwi.
Już miał się wycofać, gdy nagle poczuł wibracje telefonu w kieszeni.
Dzwoniła Małgorzata.
Cześć, Michał rozległ się jej głos. Z mamą już prawie skończyłyśmy przygotowania. Tata się trochę spóźni, ale zaraz powinien dojechać. Gdzie ty jesteś? Zbliżasz się już?
Cześć, Małgosiu wymamrotał Michał. Tak, już prawie
Słabo cię słychać. Idziesz, prawda?
Tak, już jestem blisko tylko
Kochanie, jeżeli chcesz znowu zacząć gadać o tym samym co wczoraj, to nie chcę słuchać. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Chcesz, żebym wyszła ci na spotkanie?
Nie, nie trzeba Michał zmieszał się. Zaraz będę.
Dobrze. Czekamy. Wszyscy.
Schował komórkę i zaczął energicznie pocierać skronie, szukając sensownej wymówki, by jednak nie iść do mieszkania dziewczyny.
Nic jednak nie przychodziło mu do głowy.
A jak jeszcze spotkam Wiesława Dymitra pod domem Tylko tego brakowało! pomyślał i ruszył na drugi koniec budynku.
Po drodze minął jakiegoś chłopaka, od którego zebrał papierosa. Dawno już nie palił, ale stresu dziś miał pod dostatkiem. Musiał się jakoś ogarnąć, przemyśleć, co robić dalej
Stanął więc na rogu bloku, zaciągnął się dymem i wypuścił go w ciemność wieczoru, nerwowo rozglądając się dookoła.
Ale kilka było do oglądania: po prawej śmietnik, po lewej pusty plac. Małgorzata mówiła, iż kiedyś stały tam garaże, teraz zlikwidowane i ponoć mają niedługo budować blok.
Nic szczególnego Michał tam nie zobaczył no, może z wyjątkiem Zauważył bezdomnego psa leżącego na pustkowiu. Trochę się spiął, bo bezpańskie psy nie zawsze są przyjazne, zwłaszcza dla obcych.
Ale dokładniej się przyglądając, uspokoił się. Ten pies się nim w ogóle nie interesował.
Po prostu leżał. Na twardym, zimnym śniegu.
Dziwne, iż w takim zimnie, ale cóż chyba nie miał wyboru
Gdzie wolne, tam leży. Raczej nikt go do klatki nie wpuści się ogrzać.
*****
Dżeki (tak miał na imię pies, którego Michał zobaczył na placu) od kilku dni praktycznie nic nie jadł.
Mieszkał wcześniej na innym osiedlu, ludzie go tam trochę karmili, choćby lubili. Ale…
pewna kobieta, mieszkająca na parterze, uznała, iż pies nie pasuje do otoczenia.
Ciągle latała z pismami do Straży Miejskiej, szukała sojuszników wśród sąsiadów i…
…w końcu mieszkańcy podzielili się na dwa obozy: niech zostaje i won z nim.
Ten kundel ciągle kręci się na placu zabaw! krytykowała kobieta. Ugryzie jakieś dziecko, napadnie! Widzieliście te złe, wygłodniałe oczy? Przerażające!
Ale oczy Dżekiego nie były złe i głodne tylko smutne. Jego pierwszym właścicielem był chłopiec, Kacper.
Jechał kiedyś z rodzicami na działkę, a Dżeki wtedy jeszcze szczeniak biegał przy drodze. Ucieszył się wielce, gdy zatrzymali samochód i wysiadł z niego Kacper.
Mamo, tato! Zobaczcie, jaki fajny piesek! Zabieramy na działkę! prosił chłopiec.
Zgodzili się, żeby dziecku dogodzić.
Ale gdy przyszło do powrotu do miasta, pies został.
No gdzie weźmiemy do mieszkania kundla? tłumaczyli synowi. Kto go będzie wyprowadzał rano i wieczorem? Ty niby?
Nie, ja nie chcę pokręcił głową Kacper.
Psa zostawili. Dżeki był wtedy bardzo rozżalony. Nie rozumiał, dlaczego tak go potraktowali.
A wszystko przecież mogło być dobrze
Na szczęście niedługo przygarnęła go jakaś pani i zabrała do miasta. Potem codziennie z nią jeździł na bazar, gdzie kobieta próbowała go nie oddać, ale sprzedać. W końcu uprosiła jedno małżeństwo, by go kupili.
Proszę się nie martwić, rasowy pies! Tylko nie mam papierów zapewniała.
Potem, gdy Dżeki urósł i wyszło na jaw, iż to nie żaden rasowiec, a zwykły mieszaniec oddali go. Wywieźli na obrzeża miasta i zostawili.
Dobrze, iż był wtedy koniec marca i nie było mrozu.
Od tej pory Dżeki był sam.
Błąkał się po różnych częściach Krakowa, aż dotarł na spokojne osiedle.
Polubił je cicho, spokojnie, duże psy się nie czepiały i został.
Lubił podchodzić pod plac zabaw i patrzeć na dzieci. Przypominał sobie Kacpra.
W głębi duszy liczył, iż kiedyś go znów spotka. I może znów będzie miał dom.
Kacpra jednak nie spotkał. A kilka dni temu musiał się wynieść znowu przez ludzi. Stał się tu niechciany.
Jedna sąsiadka rzucała w niego kijami i kamykami. Krzyczała wyzwiska.
Wielu innych patrzyło z taką niechęcią, choć krzywdy im nie zrobił.
Tylko leżał samotnie, obserwował bawiące się dzieci i marzył, iż kiedyś ktoś go jeszcze przygarnie.
Ale skoro byli przeciwko niemu, odszedł sam.
Nie chciał sprawiać nikomu kłopotu.
A teraz
teraz leży na pustkowiu, na zimnym śniegu. Jest tak wyczerpany, iż nie ma już siły choćby się ruszyć.
Coraz mniej w nim energii.
I tak widzi faceta z papierosem stojącego niedaleko, ale nie ma co liczyć na pomoc od obcego. Nie, ten na pewno mi nie pomoże Wypali papierosa i zniknie pomyślał Dżeki.
*****
Michał dokończył papierosa, rozejrzał się i ruszył w stronę wejścia do najbliższej klatki, żeby wyrzucić niedopałek. Mógł przecież rzucić go w śnieg i tak nikt nie zauważy.
Ale wychowanie mu na to nie pozwalało.
Mama zawsze mawiała: Chcesz zmieniać świat zacznij od siebie.
Podszedł do kosza i wtedy zobaczył, iż na podwórko wjeżdża elegancki samochód. Przestraszył się, iż to może być ojciec Małgorzaty, więc gwałtownie wyrzucił niedopałek do śmieci i pobiegł w stronę pustego placu.
Na śmierć zapomniał wtedy o tym psie, który leżał nieopodal. Przypomniał sobie dopiero, gdy przechodził zaledwie kilka metrów obok.
No jeszcze by brakowało, żeby zaczął szczekać pomyślał, ze strachem zerkając na zwierzę.
Ale ten pies milczał.
Nawet się nie poruszył. Po prostu leżał. Jakby spał. Albo i nie spał…
Ej, wszystko w porządku? rzucił w przestrzeń Michał.
Pies nie zareagował na głos. choćby nie drgnął. To było dziwne.
Zebrał się na odwagę, podszedł bliżej. I jeszcze bliżej. Teraz już stał tuż obok.
Pies wciąż leżał bez ruchu.
Hej, kolego spróbował znów Michał. Odezwij się, żyjesz?
Wyjął z kieszeni telefon, włączył latarkę.
Kucnął przy psie, dotknął go ostrożnie. Żadnej reakcji.
Ale przynajmniej stwierdził, iż pies jeszcze żyje. Oddychał. Po prostu tak go wymroziło, iż choćby nie miał siły się poruszyć.
Michał próbował go pogłaskać w różnych miejscach pies wyglądał jak zamarznięty kawał drewna, a nie żywe stworzenie. Całe ciało miał lodowate.
Jeśli mu teraz nie pomogę, do rana nie przeżyje pomyślał.
Bez głębszego namysłu wziął psa na ręce i pobiegł z nim do bloku. Chciał wejść do klatki, stanąć przy kaloryferze i zadzwonić po taksówkę, żeby zawieźć psa do weterynarza.
Nie miał jeszcze pojęcia, do której lecznicy, ale był przekonany, iż w Krakowie znajdzie czynnego całą dobę weterynarza.
Niestety, wszystkie domofony były zamknięte. Michał postanowił więc biec do kolejnego domu.
Telefon kilka razy mu zawibrował prawdopodobnie dzwoniła Małgorzata, ale nie mógł odebrać w tej chwili, bo miał zajęte ręce. Zresztą teraz to sprawa drugorzędna.
Biegnąc obok klatki Małgorzaty, na chwilę zwolnił, spojrzał w oświetlone okno jej mieszkania i się zamyślił. Małgorzata na pewno by mu pomogła, ale jej rodzice
Nie byliby zachwyceni, gdyby przywlókł do mieszkania półprzytomnego psa z ulicy.
Gdy dotarł do końca bloku, na podjazd wjechało kolejne auto. Czarne, eleganckie, drogie
Reflektory oślepiły Michała i zatrzymał się na chwilę. Po chwili auto się zatrzymało, a z uchylonych drzwi wyjrzał mężczyzna.
Co się dzieje, chłopaku? Potrzebujesz pomocy?
Szczerze mówiąc Znalazłem psa na pustkowiu. Chyba zamarza wyjąkał Michał. Nie zna pan czynnej całodobowo weterynarii w okolicy?
W pobliżu raczej nie ma zamyślił się kierowca. Ale znam jedną, sam tam jeżdżę ze zwierzakami. Mój kolega tam pracuje. Wsiadaj na tylne siedzenie, pojedziemy.
Naprawdę? Pan nas podwiezie? Michał aż się zdziwił. W życiu nie przypuszczał, iż właściciel takiego samochodu zabierze do środka obcego faceta z bezpańskim psem.
No jasne! Sam mówiłeś, iż liczy się każda chwila. Szkoda zwlekać.
Michał nie dał się długo namawiać i już po minucie auto mknęło przez Kraków.
Po drodze kierowca zadzwonił do kogoś:
Cześć, córeczko. Wiesz, będę się trochę spóźniał, mam pilną sprawę. Zaraz wszystko opowiem. Kogo? Nie widziałem. A dzwoniłaś do niego? Dziwne, w pobliżu nikogo nie widziałem. A jak wygląda? Tak? facet zerknął w lusterko. Jak spotkam go, to dam ci znać.
Ma pan kłopoty przeze mnie? zapytał Michał po skończonej rozmowie.
Żadnych! Lepiej powiedz, jak twój pies? Oddycha? Oczy otworzył?
Nie, nie otworzył Oddycha ciężko
Spokojnie, zaraz będziemy dodał gładko kierowca.
Po dziesięciu minutach Michał z psem byli już w klinice, gdzie czekał już przygotowany weterynarz znajomy kierowcy.
Psa zabrali na oddział.
A Michał został na korytarzu z telefonem w ręku. Zobaczył kilka nieodebranych połączeń od Małgorzaty i wiadomość: Michał, gdzie jesteś? Wszystko w porządku? Powinien oddzwonić i wszystko wyjaśnić, ale nie był w stanie.
Myślał tylko o Dżekim.
Nie zdążył choćby podziękować kierowcy za podwózkę.
Wyszedł na chwilę przed klinikę, ale auta już nie było. Wrócił do środka, czuwał na korytarzu. W głębi duszy już wiedział: jeżeli Dżeki przeżyje, zabierze go do siebie. jeżeli z Małgorzatą nie wyjdzie, to przynajmniej nie będzie już całkiem sam.
*****
Minęło dobre czterdzieści minut, a nikt z gabinetu, przed którym Michał cały czas czuwał, nie wyszedł.
Aż nagle usłyszał zamieszanie przy stanowisku recepcji. Jeden głos wydał mu się bardzo znajomy.
Odwrócił głowę i rzeczywiście, stała tam Małgorzata. Obok niej jakaś kobieta i ku totalnemu zaskoczeniu ten sam kierowca auta!
Na widok Michała mężczyzna rozpromienił się i zawołał:
No widzisz, córciu, mówiłem, iż będzie czekał tu na korytarzu. Twój Michał bardzo przejął się psem.
Michał od razu się domyślił to rodzice Małgorzaty.
Michał, czemu nie zadzwoniłeś? Martwiłam się! podbiegła do niego dziewczyna.
Przepraszam, Małgosiu Michał spuścił wzrok. Po prostu pomyślałem, iż nie będziecie szczęśliwi, jeżeli sprowadzę do was mieszkania psa z ulicy
Ojej, jak ty się przejmujesz! roześmiała się Małgorzata. Przecież mówiłam, iż moi rodzice są zwyczajni! I kochają zwierzaki mamy w domu trzy koty, wszystkie przygarnięte z ulicy!
Naprawdę?
Naprawdę!
Podeszli rodzice Małgorzaty i w końcu doszło do tego, czego Michał tak się obawiał.
Poznali się.
Wiesław Dymitr, podając dłoń Michałowi, zażartował: No i poznaliśmy się
Panie Michale odezwała się ciepło Wiktoria Stanisławowna pozwole pan, iż uściskam pana dłoń. To, co pan zrobił, to zachowanie prawdziwego mężczyzny. A Małgorzata ma rację: trzeba było od razu przychodzić do nas. Mam nadzieję, iż psu, którego pan uratował, uda się wyzdrowieć. Będę trzymać kciuki.
Będzie dobrze, proszę się nie bać powiedział uśmiechnięty weterynarz, wychodząc z gabinetu. Pies przeżyje. Już wszystko opanowaliśmy.
Jeszcze tego samego dnia Dżekiego pozwolono zabrać do domu. Był już na siłach, wymagał opieki i miłości.
Miłość działa cuda rzekł na pożegnanie lekarz. choćby z tamtego świata potrafi wyciągnąć.
Michał chciał wracać do domu.
Ale Małgorzata i jej rodzice namówili go, by zabrał Dżekiego do nich koty lepiej się nim zaopiekują niż niejeden weterynarz. Poza tym trzeba uczcić uratowanie psa i poznać się bliżej.
I gdy Dżeki, otoczony trzema kotami, wylegiwał się szczęśliwy na kanapie, nie wierząc, iż już nie musi trząść się z zimna i głodu, Michał siedział w kuchni, gawędził z Małgorzatą i z jej rodzicami.
Niepotrzebnie się bał. Rodzina okazała się niezwykle serdeczna, ciepła i prawdziwa.
Kilka dni później Dżeki doszedł do siebie. Michał postanowił, iż czas zabrać go wreszcie do siebie.
A mnie ze sobą też weźmiesz? Małgorzata wyszła z pokoju z torbą podróżną.
Ciebie? Mówisz poważnie?
Bardziej niż poważnie. Wiesz, moi rodzice zakazali mi nocować w domu.
Co takiego?! zdziwił się Michał.
Chcą już wnuków! Mówią, iż trzeba zwiększać populację na Ziemi!
Michał wybuchnął śmiechem. Małgorzata też się roześmiała. A Dżeki stał obok nich i wesoło machał ogonem.
Może nie do końca jeszcze rozumiał, co się dzieje. Ale wiedział już, iż dzieje się coś dobrego.
Tak, oto taka to właśnie historiaMichał spojrzał na Małgorzatę, potem na uradowanego psa i już wiedział, iż wszystko się ułoży. W oczach Małgorzaty dostrzegł czułość i tę radosną pewność, która pozwalała mu uwierzyć we wspólną przyszłość. Chwycił jej dłoń i wyraził proste, najważniejsze słowo:
Chodźmy razem.
Na pożegnanie Wiktoria Stanisławowna uścisnęła córkę i Michała, a Wiesław uśmiechnął się szeroko, puszczając do Michała oko.
Zeszli razem po schodach ona, on i Dżeki, który przy każdym kroku oglądał się, by sprawdzić, czy naprawdę wszyscy są tuż obok. Poszli przez zimowy zmierzch, już nie osobno, ale jako prawdziwa, nowa rodzina.
Po drodze zatrzymali się na chwilę. Michał przykucnął, objął psa i zaszeptał:
Wiesz co, Dżeki? W życiu najważniejsze to po prostu być dla kogoś. Czasem wystarczy podać łapę
Pies oblizał mu dłoń, Małgorzata pogłaskała go po głowie i ruszyli dalej, zostawiając za sobą stare obawy i chłód. Teraz czekało na nich ciepło lamp, dom, rozmowy i śmiech i świat, w którym choćby zwykły chłopak, bez dyplomów i koneksji, mógł być tym, który odmienia czyjś los.
A z okna na trzecim piętrze, na tle złotego światła, pomachały im trzy kocie ogony, dając znak, iż wszystko jest na swoim miejscu.
I tak, całkiem niespodziewanie, zwykły wieczór stał się początkiem czegoś zupełnie niezwykłego.

![Blisko 600 psów na krajowej wystawie w Świebodzicach [FOTO]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/04/76-Krajowa-Wystawa-Psow-Rasowych-w-Swiebodzicach-18-kwietnia-2026-14.jpg)


![Piękna akcja naszego dziennikarza i jego sąsiada! Pięć osieroconych wiewiórek trafiło pod opiekę specjalistów [FILM, ZDJĘCIA]](https://static2.supertydzien.pl/data/articles/xga-4x3-piekna-akcja-naszego-dziennikarza-i-jego-sasiada-piec-osieroconych-wiewiorek-trafilo-pod-opieke-spe-1776500391.jpg)
![Adopcja zwierząt Katowice: Niko, Łobuz, Stefcia i Przytulas szukają domu [Zdjęcia]](https://www.wkatowicach.eu/assets/pics/aktualnosci/2026-04/Stefcia_2.jpg)



.jpeg)