Trzydzieści osiem lat, jestem stajennym u Barbary Kowalczyk na jej gospodarstwie pod Kętrzynem, i tamtego wtorku o piątej rano ledwo trzymałem oczy otwarte. Marek, jej mąż, wyjechał na targ w Olsztynie po nowy siewnik, a ja zostałem sam z całym inwentarzem i kubkiem kawy, który wystygł, zanim zdążyłem go dopić.
Klacz nazywała się Burza. Urodziła się na moich oczach dwanaście lat wcześniej, w środku nocy, kiedy klaczka-matka miała komplikacje i ja z weterynarzem po łokcie w krwi wyciągaliśmy źrebię na świat. Od tamtej pory to ja ją poiłem z butelki, ja stawiałem jej pierwszą podkowę, ja siedziałem przy niej, kiedy miała kolkę i omal nie padła. Ludzie na gospodarstwie gadali, iż Burza chodzi za mną jak pies. To była prawda, tylko oni nie wiedzieli, ile razy ta klacz uratowała mi humor w dniach, kiedy sam nie miałem ochoty wstać z łóżka.
Tamtego ranka wszedłem do boksu z wiadrem obroku, tak jak zawsze, i powiedziałem coś głupiego, typu „no dawaj, śpiochu". A ona się odwróciła i zarżała tak, iż aż mnie zamurowało. Uszy przyłożone, chrapy szerokie, kopyto w deski walnęło raz, drugi. Pomyślałem: dobra, może osa ją ukąsiła, może coś ją przestraszyło w nocy. Zrobiłem krok bliżej, bo z Burzą zawsze tak było — podejdź, pogłaskaj, przejdzie.
Nie przeszło.
Stanęła dęba i całym ciałem rzuciła się w moją stronę. Poczułem, jak plecami uderzam w słupek boksu, powietrze wyleciało mi z płuc jednym ciosem, a przed oczami miałem tylko jej pierś i przednie kopyta walące w deski centymetry od mojej głowy. Krzyczałem jej imię, próbowałem się wywinąć, a ona jakby mnie nie słyszała — może i nie słyszała, bo oczy miała takie, jakich u niej nigdy nie widziałem, białka na wierzchu, cała spięta jak struna.
Udało mi się wcisnąć między ściankę a żłób i wypaść na zewnątrz, zatrzasnąłem za sobą bramkę boksu. Serce waliło mi tak, iż słyszałem je w uszach głośniej niż jej kopyta o deski. Przybiegła Ewa, druga stajenna, zobaczyła mnie siedzącego na klepisku i pytała, co się stało, a ja nie umiałem jej choćby odpowiedzieć, tylko pokazałem palcem na drzwi boksu, za którymi Burza wciąż waliła kopytami.
Zadzwoniliśmy po weterynarza, panią doktor Wiśniewską z Kętrzyna, tę samą, która przyjmowała poród Burzy. Przyjechała po dwóch godzinach, obejrzała klacz przez szparę w drzwiach, bo do środka nikogo nie chciała wpuścić, i powiedziała, iż z zewnątrz nic nie widzi — brak gorączki, brak ran, źrenice normalne. Zresztą sama nie miała pojęcia, co robić dalej, bo taka klacz jak Burza, spokojna od źrebięcia, nagle rzucająca się na człowieka, którego zna dwanaście lat — to się nie zdarza bez powodu.
Przez dwa dni nikt nie wchodził do boksu. Rzucaliśmy jej siano przez górną szczelinę na widłach, wodę podawaliśmy przez rurę. Marek wrócił z targu, zobaczył co się dzieje i od razu zaczął mówić o usypianiu — miał w gospodarstwie dwoje małych wnucząt, które bawiły się przy stajni, i nie chciał ryzykować, iż komuś stanie się krzywda. Powiedział mi to wprost, patrząc w bok, bo wiedział, co ta klacz dla mnie znaczyła. Powiedziałem mu, iż dam mi jeszcze jeden dzień. Jeden dzień, zanim zadzwoni do lekarza z tą sprawą na dobre.
Tej nocy nie mogłem spać. Wyszedłem do stajni koło pierwszej, tylko posiedzieć przy jej boksie z zewnątrz, popatrzeć, jak chodzi w kółko, nerwowa, spocona, mimo iż temperatura na zewnątrz spadła do dziesięciu stopni. I wtedy usłyszałem to, czego wcześniej nie zauważyłem przez cały harmider dnia — cichutkie skomlenie, jakby kociaka, dobiegające z kąta boksu, spod sterty słomy, którą Burza sama tam nagarniała przez ostatnie dwie doby.
Wziąłem latarkę, oświetliłem przez szczelinę i zobaczyłem, iż słoma się rusza. Nie kot. Coś większego, o czerwonawej, wilgotnej sierści — i wtedy pojąłem, dlaczego Burza broniła tego kąta jak lwica broni jaskini. Wcale nie zwariowała. Rodziła. Sama, po kryjomu, bo nikt z nas choćby nie wiedział, iż jest źrebna — była kupiona zresztą już zapłodniona, papierów po niej nie mieliśmy pełnych, poprzedni właściciel nam tego nie powiedział, a brzuch przy jej posturze i tak zawsze był szeroki.
Zadzwoniłem do doktor Wiśniewskiej o wpół do drugiej w nocy, obudziłem ją, przepraszałem i krzyczałem jednocześnie. Przyjechała w dwadzieścia minut, w kurtce narzuconej na piżamę. Stanęliśmy razem pod drzwiami boksu i patrzyliśmy, jak Burza liże mokre, drżące źrebię, delikatnie jak nigdy dotąd nie widziałem u żadnego konia. Kiedy weszliśmy, cicho, bez gwałtownych ruchów, ona tylko na nas spojrzała i nie kopnęła. Broniła nie mnie krzywdzącego, tylko dziecka za moimi plecami, którego istnienia nikt z nas nie podejrzewał.
Źrebaczka nazwaliśmy Iskra. Dziś ma już rok i chodzi za Burzą tak samo, jak Burza kiedyś chodziła za mną.
A ja tamtego ranka, gdy wszystko się już uspokoiło, poszedłem do Marka z jedną prośbą — żeby nie sprzedawał źrebięcia, tak jak planował zrobić z nadwyżką koni na wiosnę. Powiedziałem mu wprost: klacz, która broniła własnego dziecka przede mną, człowiekiem, którego znała dwanaście lat, zasłużyła na to, żeby to dziecko zostało przy niej choć trzy lata, do odsadzenia jak trzeba, a nie do pierwszego kupca z gotówką. Marek popatrzył na mnie długo, potem skinął głową i sam wypisał w księdze gospodarstwa dopisek przy imieniu Iskry: „nie na sprzedaż do 2029". Tę kartkę mam sfotografowaną w telefonie do dziś, na wszelki wypadek.

11 godzin temu






