Nieoczekiwany telefon o trzeciej nad ranem: Jak bezsenna noc, bezdomna owczarek niemiecki i serce matki odmieniły życie warszawskiego syna… czyli o tym, jak jedna psia historia potrafi nauczyć nas człowieczeństwa

11 godzin temu

Maria Oleksandrowna budzi się nagle o trzeciej w nocy, gdy na szafce nocnej uparcie wibruje stary telefon z klawiszami.

Przeciera oczy, nie mogąc zrozumieć, kto może do niej dzwonić o tej porze. Bierze telefon do ręki, patrzy na ekran i czuje, jak przyspiesza jej puls. Dzwoni syn.

Halo Damianku, co się stało?! pyta Maria z niepokojem. Dlaczego dzwonisz tak późno?

Mamo, przepraszam, iż cię obudziłem. Wiesz, jechałem właśnie z pracy do domu Damian zaczyna mówić nieskładnie potem Nie mam pojęcia, co robić

Co potem, synku? Odzywaj się, nie trzymaj mnie w niepewności! Chcesz, żebym dostała zawału?

No więc leży tutaj na drodze. Może coś mi poradzisz? Pierwszy raz mam do czynienia z taką sytuacją. Jestem trochę roztrzęsiony.

Oboje milczą przez chwilę.

Nie rozumiem Chcesz powiedzieć, iż potrąciłeś kogoś samochodem? Na śmierć? przeraża się Maria i niemal wypuszcza telefon z rąk, bo zaczynają jej się trząść od nerwów.

Nie, raczej nie na śmierć odpowiada Damian. Poza tym nie ja go potrąciłem. Ktoś inny. I to wcale nie człowiek.

Nie człowiek? Więc kto?

Pies Chyba owczarek niemiecki. Jeszcze żyje, ale oddycha ciężko. Co mam robić, mamo? Przecież w naszym Lublinie nie ma całodobowych weterynarzy. A ty znasz się na zwierzętach lepiej ode mnie.

Damian patrzy na psa, który przez cały czas leży przy krawędzi drogi.

W świetle reflektorów widzi dokładnie, jak psu ledwo unosi się i opada klatka piersiowa. Oddycha ciężko, a w jego oczach jest taki żal, jakby godził się z losem i czekał na śmierć.

Najważniejsze, iż oddycha Może nie jest tak źle myśli Damian i mocniej przyciska telefon do ucha.

*****

Trzy dni wcześniej.

Mamo, znowu to samo? Naprawdę nie masz innych zajęć? Po co ci te koty? mówi Damian, kiedy wpadł do mamy tylko na chwilę i widzi, jak karmi bezdomne koty przy bloku. Kiedyś nie była taka wrażliwa.

Odkąd przeszła na emeryturę, nagle rozkwitła w niej miłość do kotów. I to jaka! Szalona! Przecież normalni ludzie się tak nie zachowują szczególnie na oczach sąsiadów.

Cześć, synku Maria wyprostowała się i pomachała synowi. Mogłeś zadzwonić, iż przyjedziesz, to bym coś pysznego podgrzała.

Widzę, iż wszystkie przysmaki już rozdałaś swoim kotom zażartował Damian.

Damian sam nie pojmował, po co mama marnuje pieniądze, czas i energię na te wszystkie zwierzaki. W domu mieszkały już cztery koty przygarnięte w ciągu jednego roku (a dokładnie jedenastu miesięcy).

Wydawałoby się, iż czas przystopować. Ale Maria Oleksandrowna się nie poddawała.

Jak karmiła bezdomne zwierzęta, tak przez cały czas to robiła.

Koty kochała najbardziej na świecie.

Ale i wobec psów nie przechodziła obojętnie. choćby gołębiom, które gromadziły się przy śmietniku, nie żałowała kawałka chleba.

Sąsiedzi w bloku, w którym mieszkała Maria, przezywali ją żartobliwie Matką Teresą.

A Damianowi zawsze było nieswojo, gdy widział, jak sąsiedzi patrzą na mamę, pokazują palcem i podśmiewują się. Czasem choćby stukają się w czoło, sugerując, iż coś jest z nią nie tak.

Synku, niech sobie myślą, co chcą powiedziała Maria, widząc, jak nerwowo spogląda na śmiejących się sąsiadów. Na świecie jest tyle zła, dlatego chcę, żeby było choć odrobinę lepiej.

Maria rzuciła zamyślone spojrzenie na koty, które z apetytem wcinały karmę.

Powiedz mi, czy na ulicy spotyka ich coś dobrego? Nic. Dlatego chcę im dać odrobinę miłości. Żeby wiedziały, iż nie są nikomu obojętne. Przecież to straszne żyć i być nikomu niepotrzebnym. Pamiętasz, co babcia powtarzała?

Ale przygarnęłaś już cztery koty. Nie wystarczy ci? zapytał Damian.

To nie o ilość chodzi, synku. Gdyby to ode mnie zależało, zaopiekowałabym się wszystkimi, ale sama widzisz, mieszkanie mam małe, a emerytura niewielka. Pomogłam tyle, na ile mogłam. Reszcie staram się podkarmiać. A jeżeli sąsiedzi myślą, iż jestem stuknięta niech sobie myślą. Przynajmniej dam innym przykład.

Przykład?

Tak. Ktoś zobaczy i może też zacznie pomagać. Jesteśmy odpowiedzialni za tych, których oswoiliśmy. Poza tym jesteśmy ludźmi powinniśmy pomagać słabszym. Inaczej nikt tego za nas nie zrobi.

Damian próbował zrozumieć mamę. Próbował bardzo. Ale nie potrafił.

Uważał, iż taka wrażliwość to przesada. Może i rozumiałby, gdyby pomagała bezdomnym ludziom w końcu zwierzętom

Nic nie miał przeciwko kotom ani psom wałęsającym się po Lublinie.

Po prostu uważał, iż nie należy popadać w skrajności.

Trzy dni po tej rozmowie wydarzyło się coś, co przewartościowało jego stosunek do zwierząt.

Tego dnia wracał z pracy do domu, w środku nocy.

Zazwyczaj Damian był w domu wcześniej, ale tego dnia był nagły kryzys w firmie i musiał zostać dłużej.

Może to i lepiej dawno nie miał okazji pojeździć po nocnym Lublinie.

Był zawsze ostrożnym kierowcą, ale tego dnia pozwolił sobie docisnąć trochę mocniej pedał gazu. Kiedy jeszcze będzie miał okazję poczuć wiatr we włosach? Chociaż długo nie trwało

W ostatniej chwili zdążył zahamować, dostrzegając na jezdni leżącego psa.

Przez kilka minut siedział nieruchomo, trzymając mocno kierownicę białymi już z nerwów palcami. Gdy ochłonął, wysiadł i podbiegł do psa.

Od razu zobaczył, iż ktoś go potrącił. Pewnie inny miłośnik nocnych rajdów, a może pijany.

Teraz nie miało to znaczenia. Liczyła się pomoc temu psu. Ale jak?

Był kompletnie zdezorientowany, nie wiedział, jak się zachować. I dlatego zadzwonił do mamy nie miał do kogo innego.

*****

Halo Damianku, co się stało?! pyta Maria przerażona, odbierając telefon o trzeciej w nocy. Dlaczego dzwonisz tak późno?

Mamo, przepraszam, iż cię obudziłem. Po prostu wracałem z pracy i potem sam nie wiem, co zrobić

No co potem, synku? Powiedz coś, nie milcz! Chcesz mnie do grobu wpędzić?

Leży tutaj na drodze. Co robić, mamo?

Kilka sekund ciszy.

Chcesz mi powiedzieć, iż potrąciłeś człowieka?! Na śmierć?! Maria niemal upuszcza telefon z wrażenia.

Nie, nie człowieka odpowiada Damian. I nie ja. Ktoś inny. I nie człowiek…

To kto?

Pies… chyba owczarek niemiecki. Widać, iż bezdomny. Jeszcze żyje, oddycha ciężko. Co robić, mamo? U nas w Lublinie nie ma całodobowych weterynarzy. Gdzie ja go mogę zabrać? Ty się na zwierzętach znasz.

Damian znowu spojrzał na psa ten sam obraz: ciężki oddech i smutny wzrok, jakby prosił o litość.

„Najważniejsze, iż żyje… To nie koniec” myśli Damian, słuchając mamy.

Mamo, co robić? powtarza.

Nie mam znajomego weterynarza, niestety. A do innego miasta daleko, możesz nie zdążyć. Wiesz co, przywieź tego psa do mnie.

Do ciebie? Naprawdę?

Pewnie! Co się dziwisz? Boisz się znów, co powiedzą sąsiedzi?

Nie. Po prostu masz w domu cztery koty. Jak zareagują na psa? Nie będzie gorzej?

Synu, to są koty, nie krokodyle. Wszystko będzie dobrze. Przestań gadać, tracisz czas. Delikatnie włóż psa do auta i przywieź do mnie. Ja już wszystko przygotuję. Chociaż trochę mu pomożemy.

*****

Pół godziny później Damian, trzymając psa w ramionach, wchodził z trudem na czwarte piętro.

Wysmarował cały samochód, siebie także, ale po raz pierwszy w życiu było mu to obojętne. Liczyło się tylko, żeby pies nie umarł. Teraz autentycznie martwił się o jego życie. Tak mocno, jakby ratował człowieka.

Tutaj go połóż, tylko ostrożnie powiedziała Maria, wskazując synowi na kanapę przykrytą starymi prześcieradłami, których jeszcze nie wyrzuciła.

Maria nigdy nie była weterynarzem, ale często bywała w lecznicach dla zwierząt i trochę się nauczyła.

Damian też nie siedział z założonymi rękami: sprawdzał w internecie, co robić w takich sytuacjach.

Smartfon miał porządny, więc dostęp do sieci był. Udało się zatamować krwawienie. Pies odetchnął trochę lżej.

A teraz uwierzycie lub nie choćby koty pomogły w leczeniu.

Na początku z nieufnością przyglądały się ogromnemu psu.

Gdy jednak zorientowały się, iż jest ranny, uspokoiły się. Położyły się obok na kanapie i zaczęły mruczeć. Pies przy tym zasnął. Nie stracił przytomności zasnął, ukoiły go kocie mruczanda.

I to dobrze do rana nie czuł bólu. Koty jakby położyły na niego swoje uzdrawiające łapki.

Mamo, jak myślisz, wszystko będzie dobrze? Damian położył rękę na psie.

Jestem przekonana, iż wyzdrowieje uśmiechnęła się Maria zmęczonym uśmiechem. Nie ma bardzo ciężkich obrażeń. I wiesz co, spojrzała z uwagą na syna, jeżeli ten cudowny pies obudził w tobie współczucie dla zwierząt, to nie trafił ci się przypadkiem.

Mamo, nie mogłem go zostawić, w takim stanie zawstydził się Damian. To nie byłoby po ludzku.

Widzisz, dlatego to mówię. Trzy dni temu nie rozumiałeś, po co karmię koty, a dziś siedzisz całą noc przy psie. Czuję, iż nie oddasz go już z powrotem na ulicę, prawda?

Chyba masz rację… Damian jeszcze bardziej się zmieszał. Było mu dziwnie, ale przyjemnie.

Tak, przyjemnie czuć się człowiekiem

*****

Rano Damian zawiózł psa do kliniki weterynaryjnej. Był na otwarciu, a ludzie czekający w kolejce, widząc młodego mężczyznę z psem na rękach, sami ustąpili miejsca. Nie trzeba było prosić. Wszystko zrozumieli.

W tamtej chwili Damian zrozumiał, iż nie ma niczego złego w okazywaniu miłości zwierzętom. Że ludzie, którzy to robią, sami stają się lepsi. Łagodniejsi. Bardziej ludzcy. Rambo (tak Damian nazwał psa) gwałtownie wrócił do zdrowia i od tamtej pory Damian co weekend odwiedza matkę chodzą razem na spacery. To znaczy w piątkę czy choćby siódemkę…

Bo wraz z Rambo spacerują też koty, które kiedyś Maria dokarmiała. Same zaczęły jeździć windą i nikt nie protestuje.

Sąsiedzi patrzą na tę nietypową ferajnę, kręcą głowami i pukają się w czoło. Ale Damian już się tym nie przejmuje.

Dziękuje temu psu, który tak nagle pojawił się w jego życiu. I dziękuje mamie, iż pokazała dobry przykład.

Dziękuje także tym ludziom spod lecznicy za ich dobre serce. Wtedy naprawdę pomyślał, iż świat stał się choć trochę lepszy.

I nieważne, co inni mówią. Damian, tak jak mama, będzie pomagał każdemu, kto potrzebuje wsparcia. Czy to kot, pies, czy człowiek.

Oto taka historia.

Idź do oryginalnego materiału