Niedźwiedź Kuba i wilczyca Lutka: nietypowa przyjaźń z lasów pod Rovaniemi

7 godzin temu

Grzegorz Wiśniewski fotografuje zwierzęta od dwudziestu trzech lat, ale coś takiego widział po raz drugi w karierze — pierwszy raz było to podobne zdarzenie opisane mu przez kolegę z Norwegii, w które sam zresztą nie do końca wierzył, dopóki nie zobaczył na własne oczy.

Zaczęło się zwyczajnie. Grzegorz miał zlecenie z magazynu przyrodniczego: dokumentacja łosi na bagnach niedaleko Rovaniemi, w fińskiej Laponii. Rozstawił namiot maskujący nad jednym z torfowisk, termos z herbatą, dwa aparaty na statywach, i czekał. Trzeciego dnia, tuż po świcie, zamiast łosia w kadrze pojawił się młody niedźwiedź brunatny. Szedł brzegiem bagna, obwąchiwał kamienie. A piętnaście metrów za nim — wilczyca.

Grzegorz zamarł. Ręka sama sięgnęła po migawkę, ale pomyślał: jeżeli się poruszę, spłoszę oboje. Czekał. I wtedy zobaczył, jak wilczyca doszła do niedźwiedzia, a on nie zareagował atakiem, nie uciekł — po prostu położył się w mchu. Ona usiadła metr od niego.

Nazwał ich w notatkach Kuba i Lutka, bo tak łatwiej było mu potem porządkować setki zdjęć. Przez kolejnych jedenaście dni wracał na to samo bagno każdego ranka, czasem zostawał do zmierzchu, karmiąc się kanapkami z żytnim chlebem i smalcem, które żona pakowała mu do termosu obok herbaty. Rejestrował to, co w świecie przyrodników graniczy z sensacją: dwa gatunki, które z zasady konkurują o tę samą zdobycz — zające, ryby z pobliskiej rzeki, padlinę — nie tylko tolerowały się nawzajem, ale szukały towarzystwa.

Czwartego dnia zobaczył, jak Kuba zdobył rybę w strumieniu i, zamiast zjeść sam, odłożył część na kamieniu. Lutka podeszła i zjadła, a niedźwiedź obserwował to z boku, nie warcząc, nie odpychając jej łapą. Siódmego dnia spali razem — niedźwiedź zwinięty, wilczyca przytulona do jego boku, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

Dziesiątego dnia doszło do czegoś, co Grzegorz nazwał później w notatkach "próbą". Od strony rzeki pojawił się trzeci drapieżnik — dorosły samiec wilka, większy od Lutki, z wyraźnie naznaczonym terytorium po drugiej stronie bagna. Zwierzę podeszło prosto do padliny leżącej kilka metrów od miejsca, gdzie leżały Kuba i Lutka — resztek łosia, które Kuba najwyraźniej miał zamiar dojeść wieczorem. Grzegorz, z ręką zaciśniętą na spuście migawki, był przekonany, iż zaraz zobaczy krew: albo samiec rzuci się na Lutkę, broniąc swojego prawa do zdobyczy na cudzym gruncie, albo Kuba zaatakuje intruza.

Nic z tego się nie stało. Lutka zjeżyła sierść i warknęła w stronę samca, cofając się o pół kroku w kierunku niedźwiedzia. Kuba podniósł się z mchu, stanął bokiem między wilkiem a padliną i — nie rycząc, nie szarżując — po prostu stał, nieruchomy, z całą masą swojego ciała zwróconą w stronę intruza. Samiec wilk zatrzymał się w odległości kilku metrów, obszedł ich łukiem, obwąchał powietrze i po chwili zniknął w zarośle, z którego przyszedł. Lutka usiadła z powrotem przy boku niedźwiedzia, jakby nic się nie wydarzyło. Grzegorz zrobił w tym czasie osiemnaście zdjęć, z rękami tak spiętymi, iż klawisz migawki trzeszczał pod jego palcem.

Jedenastego dnia, kiedy wracał po ostatnią serię zdjęć, bagno było puste. Namiot maskujący stał tam, gdzie go zostawił poprzedniego wieczoru, termos w plecaku, ale po Kubie i Lutce nie było śladu. Zniknęli tak samo bez zapowiedzi, jak się pojawili. Grzegorz obszedł torfowisko w szerokim kręgu i znalazł dwa tropy — niedźwiedzia i wilczycy — które schodziły się przy brzegu, a potem razem wchodziły w las, gdzie ślad gubił się w poszyciu.

Zwinął statyw, spojrzał na puste torfowisko jeszcze raz i na ekranie aparatu przewinął do ostatniego zdjęcia z poprzedniego dnia: Kuba i Lutka leżący bokiem do siebie w popołudniowym świetle, oczy zamknięte. Schował aparat do plecaka i poszedł do samochodu.

Idź do oryginalnego materiału