Przez całą zimę dokarmiałam je resztkami ze szkolnej stołówki i częstowałam żółtym serem wyjętym z kanapek. Dawałam im do wylizania wieczka z jogurtów owocowych i masło z bułek. Dozorczyni złościła się o te koty, iż śmierdzi, iż zaszczane. Toczyłyśmy wojnę o otwarte piwniczne okienko, przez które po klatce hulały przeciągi. Ja otwierałam, ona zamykała, a potem się wściekała, iż koty srają, gdzie popadnie, i straszyła, iż mi je wytruje, jeżeli czegoś z tym nie zrobię. Byłam przekonana, iż nienawidzi moich kotów, dlatego tak mnie wtedy zaskoczyła tymi łzami. Płakała gorzko, cała czerwona na pulchnej twarzy.
– Biedne kociny. Cóż one komu winne? Z całego osiedla pozabierał.
– Kto pozabierał?
Dozorczyni wykonała nieznaczny ruch głową w stronę drzwi bloku i łypnęła groźnie w ich kierunku, wypluwając z siebie jedno nienawistne słowo:
– On.
– Jaki on?
– No, ten, co zawsze przed świętami kręci się tu z worem po ziemniakach. Przyuważyłam raz, jak wabi je pasztetową, a gdy podejdą, to cap, cap i do wora.
– Ale dlaczego? – To wszystko wydawało mi się niepojęte.
– No na stół świąteczny i na skórki. Handluje tym potem na tandecie. Przed świętami jest duży popyt. Wcześniej trutkę sypał, ale lokatorom psy od niej wyzdychały, więc złożyli na niego skargę do administracji. Teraz już tylko manualnie łowi na pasztet i potem robi pasztet. Bezpańskie koty i psy. Kręci łby, wiesza na gałęziach. A później kości zakopuje za śmietnikiem. Po kilku miesiącach odkopuje i ma bieluśkie szkielety też na handel.

Aktualności „Pisma”
W każdy piątek polecimy Ci jeden tekst, który warto przeczytać w weekend.
Zastanawiając się, kto kupuje takie rzeczy i po co, spoglądałam w mrok pustej piwnicy. Po kotach został tylko smrodek. I naraz ogarnął mnie gniew. Zwłoki moich pięknych kotów ninja mają teraz grzać obce szyje jakichś tandeciarzy. Pobiegłam za śmietnik. Ziemia rzeczywiście wyglądała na niedawno naruszoną. Wzięłam kawałek porzuconej za kontenerem dykty i zaczęłam energicznie kopać.
– Co tam robisz, gówniaro? – Usłyszałam skrzekliwy głos starucha. Rozejrzałam się. Okno na drugim piętrze było otwarte i stał w nim Dziad, wygrażając mi pięścią.
– Gdzie są moje koty ninja?! – wrzasnęłam. – Oddawaj moje koty, chory pojebie!
– Trzeba se ich było pilnować. – Mlasnął złośliwie i lubieżnie oblizał sztuczne zęby. – A teraz to już pasztet po obiedzie. Zjeżdżaj stąd, smarkulo, bo oberwiesz.
Wróciłam do kopania z jeszcze większym zapałem. I nagle natrafiłam na coś twardego, białego, pokrytego strzępami mięsa i resztkami szarego futra. Leonardo. Przypominający żbika powsinoga ze złamanym ogonem i uszami zawodowego boksera. Zgięłam się wpół i zwymiotowałam prosto do kociego grobu. Drzwi klatki grzmotnęły z hukiem o framugę. Uniosłam głowę. Szedł w moją stronę, sadząc duże, gniewne kroki i dysząc astmatycznie. W ręku trzymał szpitalną kulę, którą wymachiwał w moim kierunku.
– Won stąd, szczeniaku zasrany! Jak cię tu jeszcze kiedyś zobaczę, to dostaniesz przez łeb i cię tu zakopię obok tych sierściuchów.
Zwiałam w popłochu, zaciskając pięści i przysięgając mu zemstę.
To mógłby być dobry początek tej historii. Irytują mnie jednak dziury, których nie potrafię zapełnić. Na szczęście znam kogoś, kto może mi pomóc. Idę na spotkanie drogą między garażami. Po lewej mijam kątek, gdzie pokazywaliśmy sobie różne szczegóły anatomiczne. Miasto, w którym się mieszka od urodzenia, pełne jest takich zaułków wstydu. W tylu miejscach się człowiek zbłaźnił, ośmieszył lub okazał najgorszą wersją siebie. Taką, którą na co dzień stara się ignorować jak natrętnego śmierdzącego menela zaczepiającego pod sklepem kierowniczkę, by poratowała.
Spoglądam na drzewo, ale nie jestem choćby pewna, czy to właśnie to, o które mi chodzi. Teraz powinno być większe, ale o ile? I jak duże było wtedy? Miało wygodną gałąź dla wszystkich z nas. ale byliśmy przecież mniejsi.
Dotykam pnia. Czy ktoś z nas coś na nim wtedy wydrapał? choćby tego nie pamiętam. Skoro już tu jestem, powinnam to sprawdzić. Chwytam najniższy konar. Podciągam się i wdrapuję po pniu. Ostrożnie wstaję, przytrzymując się gałęzi wyżej. Balansuję chwiejnie, czując uszczypnięcie lęku. Łapię równowagę. Dalej idzie mi łatwiej. Wspinam się z czystą, pierwotną przyjemnością, oglądając pień w poszukiwaniu znaków przeszłości. Znajduję jedynie dwa chuje, dupę i wielką nieskończoną miłość. Może to jednak było inne drzewo.
Słyszę chrzęst kroków na żwirze.
– To ty, Majk? – woła mnie. – Wlazłaś na drzewo? – pada głupie pytanie.
– Wlazłam – odpowiadam równie głupio. – Cześć, Kulfon!
W rzeczywistości Kulfon ma na imię Monika. Dlatego Kulfon. Dzieci wcale nie były kiedyś mądrzejsze. Były równie głupie, okrutne i wredne jak dziś. Tyle iż nie miały tych wszystkich narzędzi do szerzenia zła. Tylko ściany w kiblach, blaty szkolnych ławek i pełne cudzych tajemnic karteluszki pozaginane siedem razy, krążące po klasie. Kto, z kim, gdzie i dlaczego.
– Nienawidziłam tego przezwiska – wyznaje Kulfon.
– Przezwiska się nie wybiera – mówię, chociaż ja akurat swoje wybrałam. Po prostu zamiast przedstawiać się głupim imieniem Michalina, mówiłam, iż jestem Majk. A od czego to? Od niczego.
Kulfon wzdycha, dawno pogodzona z losem. Gdy tak spoglądam z góry na świat, zaczynam sobie przypominać, a może na nowo rozumieć, co jest fajnego w siedzeniu na drzewie.
– Tylko czy ja w ogóle siedzę na dobrym drzewie?
– Nie. Tamto ścięli, bo było chore.
– Pewnie pochorowało się przez owsiki z naszych tyłków.
Owsiki były przez pewien czas na topie: „Nie siadaj obok Moniki, bo ma w dupie owsiki”. „Kogo swędzą owsiki, ten często robi siki”.
Skaczę z najniższej gałęzi. Popisuję się zupełnie jak wtedy. To dziecinne, ale sprawia mi przyjemność. Tak samo jak to, iż Kulfon prezentuje się znacznie gorzej niż ja. Ale ja nie starzeję się z godnością. Kulfon natomiast wygląda jak jedna z tych kobiet, które po osiągnięciu pewnego wieku obcinają się na starą smutną babę i farbują kłaki na buraczkowo. Na żylaki zakładają cieliste rajstopy, a na grzbiet poliestrowe tekstylia i stają się niewidzialne. Potem decydują, który warzywniak będzie ich ulubionym, i oddają resztę życia walkowerem. Nie potrafię tego pojąć, chociaż na głos oczywiście tego nie powiem, bo wiem, iż nie wypada.
Przeczytaj też:Duku okto. opowiadanie Gai Grzegorzewskiej
– O czym będzie to opowiadanie? – pyta Kulfon.
– O Dziadzie z teczką, naszej lokalnej legendzie. Lokalne legendy są lepsze od miejskich. Wiesz dlaczego? Bo można je łatwo zweryfikować.
– Nie pisz o tym.
– O Dziadzie? Dlaczego?
– To zły temat. Po co to odgrzebywać?
– Ale ja chcę o tym napisać. A teraz to choćby jeszcze bardziej. Bo mnie ciekawi, dlaczego jesteś przeciwna. Zapłacę ci za twój czas.
– Nie chcę – odpowiada Kulfon i czerwienieje, jakbym jej zaproponowała coś nieprzyzwoitego. Nie wygląda na zamożną. Ale może tylko nie ma gustu. – Z innymi też będziesz gadać?
– Tak. Ale chcę zacząć od ciebie, zawsze miałaś dobrą pamięć.
Ruszam niespiesznie, a Kulfon automatycznie podąża za mną. Idziemy spacerowym krokiem przez plac między garażami. Słońce świeci jak dawniej. Żwir chrzęści jak kiedyś. Synogarlica pohukuje znajomo i obco zarazem.
– Pamiętasz, kiedy pierwszy raz usłyszałaś o Dziadzie?
– O Panu. To był Pan z Worem. Mama mnie nim straszyła, jak byłam mała. Mówiła, iż krąży i zabiera niegrzeczne dzieci do wora i na suche kości. Opowiedziałam ci o tym, ale ty stwierdziłaś, iż to bzdury i taki ktoś nie istnieje. Więc zażądałam od matki, żeby mi tego dziada pokazała.
– Sprytnie. I pokazała?
– Przecież wiesz, iż tak. A ja pokazałam go innym. Tobie też, ale ty przez cały czas nie wierzyłaś.
– Do czasu.
Aż dobrał się do moich kotów ninja. Wtedy połączyłam fakty.
– A potem zaginęło tamto dziecko. Mówiłam matce, iż to na pewno sprawka Dziada, a ona na to, żebym nie rozpowiadała głupot. Ale zrobiła się jakaś ostrożna, przestraszona. Jakby nagle sama w to uwierzyła.
– Może on nie istniał, dopóki go nie stworzyła swoimi słowami.
– Istniał. Chyba się bała, iż Dziad usłyszy moje gadanie i coś mi zrobi. Przez tydzień nie pozwalała mi wychodzić na pole.
Akurat zbliżamy się do czteropiętrowego bloku, w którym Kulfon wtedy mieszkała – na ostatnim piętrze, w dwupokojowym mieszkaniu z włoskim balkonem. Przez tamten tydzień, gdy siedziała zamknięta, często widywałam ją na tym balkonie z głową wciśniętą pomiędzy pręty. Obserwowała plac zabaw z grobową miną więźniarki skazanej na dożywocie bez możliwości odwołania. A ja w najlepsze fikałam kozły na trzepaku i miałam nadzieję, iż ona to widzi i mi zazdrości.
– Dalej tu mieszkasz? – pytam, wskazując balkon, na którym odsiadywała wyrok.
– No tak. Z mężem i córeczkami.
– To fajnie – odpowiadam niezbyt błyskotliwie, ale nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.
– Jest, jak jest – stwierdza refleksyjnie Kulfon i wzdycha.
Oj, coś nie najlepiej się dzieje u państwa Kulfonowskich. Wyobrażam sobie, iż powinna mieć łysiejącego męża, rozwalonego na rozgniecionej jak znoszony kapeć kanapie, z którą przez lata zdążył się zespolić w jedno. Z piwem w łapie i petem w mordzie. I z brzuchem wylewającym się obscenicznie spod domowego podkoszulka. Ogarniętego obsesją niesprawiedliwości i szukającego winnych nie tam, gdzie trzeba. Krzyczącego na telewizor w lepsze dni. W gorsze zaś… Nie, nie jest aż tak źle. To tylko zwykły sfrustrowany smutas, blady i miękki jak rozgotowane kluski. Być może coś jednak pełga w nim pod naskórkiem. I nie daje mu spokoju. W tle dwie pociechy bez potencjału i ambicji, co nikogo w tym domu nie martwi ani nie interesuje. Jest, jak jest.
Szybko odwracam wzrok od ciemnych okien na czwartym piętrze, bo ogarnia mnie obawa, iż może jej przyjść do głowy, aby mnie tam zaprosić. Sama myśl o tym jest przygnębiająca i mroczna jak styczniowe popołudnie.
– Wiesz co, Majk? – wyznaje Kulfon nagle. – Ja naprawdę chciałam go dopaść.
Przeczytaj też:Kieł. Opowiadanie Marii Halber
W najstarszej części osiedla czas się zatrzymał. Dzięki rozmachowi planowania socjalistycznego zabudowa pozostaje tu niezmieniona od niemal siedemdziesięciu lat. choćby najbardziej zdeterminowany patodeweloper z chorą wizją nie wcisnąłby tu choćby plomby. Odległość między blokami uniemożliwia zaglądanie sąsiadom w okna, ale nie jest na tyle duża, by wstawić pośrodku dodatkowy budynek o dziwnych gabarytach. Posadzone po wojnie drzewa rosną spokojnie, niezagrożone wycinką. Plac zabaw nie wygląda jak więzienny spacerniak, chociaż ogrodzony jest siatką. Z powodu tej siatki i grasujących za jej zasiekami pętaków mówiliśmy na to miejsce Gówniane Zoo. Teraz plac ledwo widać zza drzew i krzewów, które rozpanoszyły się bujnie jak na cmentarzu. Nie słychać jednak charakterystycznego jazgotu. Wokół panuje podejrzana cisza. Więc albo dzieci coś majstrują, albo w ogóle ich tu nie ma.
Krążąc tak, w końcu trafiamy z powrotem pod drzewo, które nie jest naszym drzewem. Jednak musi wystarczyć. Spoglądam w górę. Ja siadałam najwyżej. Kamil tuż pode mną. Miejsce naprzeciwko Kamila, po drugiej stronie pnia, zajmowała Marion. Kulfon wybierała zawsze solidną jak parkowa ławka dolną gałąź, a gruby Radziu w ogóle nie właził na drzewo, bo nie potrafił.
– Pamiętasz, kiedy przyszliśmy tu po raz pierwszy? – pytam.
– Po piątej klasie, następnego dnia po zakończeniu roku. Nie musieliśmy iść do szkoły, więc mogliśmy prowadzić całodzienną obserwację Dziada. Jak szedł tędy do roboty z tą swoją teczką. I potem jak wracał. Szedł z wypchaną, wracał z pustą – mówi z przekonaniem, a ja na razie nie drążę.
– Wiesz, co jest dziwne? Przez niego nasze dzieciństwo skończyło się nagle i o wiele za wcześnie. On jest kamieniem milowym rozdzielającym moje życie na przed i po. A ja nie pamiętam nawet, jak wyglądał. W mojej głowie i wspomnieniach Dziad funkcjonuje jako pewien konstrukt, zbudowany z tego, co o nim później opowiadałam różnym osobom, zapychając dziury tym, co akurat pasowało. I teraz już nie wiem, czy cokolwiek w moim wspomnieniu jest prawdziwe.
Widzę, iż Kulfon nie rozumie, o co mi chodzi. Może dlatego, iż ona pamięta go doskonale i automatycznie zakłada, iż inni mają tak samo.
– Szkoda, iż nie mamy żadnego zdjęcia – tłumaczę.
– Może ja ci go opiszę, a ty narysujesz. Kiedyś umiałaś rysować.
– Pomysł jest dobry. Tylko nie mam ani kartki, ani długopisu.
Przez chwilę znowu się boję, iż Kulfon zaprosi mnie do swojego smutnego domu, żeby mnie poczęstować szkolnymi flamastrami córek, ale ona tego nie robi. Uśmiecha się za to triumfalnie i wskazuje coś pod drzwiami jednego z garaży. Podbiega i podnosi z ziemi bryłę naszego narodowego skarbu – czarnego złota.
– Sąsiad trzyma w garażu węgiel. Pełno się tu tego zawsze wala.
Po chwili znajduję odpowiednie płótno – boczną ścianę garażu, chyba całkiem niedawno …