Nie potrzebuję sparaliżowanej… powiedziała synowa i wyszła. choćby nie wyobrażała sobie, co może się wydarzyć dalej
W maleńkiej wsi, gdzie życie pachniało latem i świeżym chlebem, mieszkał zwyczajny staruszek. W weekendy czasem wypijał odrobinę wódki. Miał jedno szczególne marzenie: chciał mieć psa, ale nie byle jakiego, tylko czystej krwi owczarka środkowoazjatyckiego. Gotów był pojechać aż za granicę, by tylko zdobyć takiego psa i przywieźć go do własnego domu.
Nazywali go wszyscy Januszewski. Nikt do końca nie wiedział, czy to imię, czy nazwisko. Pan Januszewski lub po prostu Janusz, tak się do niego zwracano, a on nigdy nikogo nie poprawiał. Przesiadywał sobie po pracy w warzywniku na ławce i wspominał dawne czasy. Często młodzi z wioski przysiadywali obok, słuchając, jak kiedyś wyglądało życie w okolicy.
Żonę pochował już dawno. Grażyna miała chore serce. Lekarze zabraniali jej rodzić, ale ona bardzo chciała dzieci. Urodziła Januszowi syna, ale od tamtej pory jej stan zdrowia tylko się pogorszył. Janusz bardzo kochał Grażynę, wszystko dla niej robił, choćby zakup mleka ze sklepu sam przejmował: „Nie wolno! Lekarze zabronili!” tłumaczył z troską.
Sam zajmował się dzieckiem, gotował, sprzątał. Grażyna zamartwiała się: „No i wstydu mi narobiłeś! Kobiety we wsi będą się śmiać, nic w domu nie robię, wszystko na chłopie”. Ale wcale się nie śmiały, tylko zazdrościły: „Grażynka, oddaj nam na jeden dzień swojego Janusza, żebyśmy choć trochę poczuły jak to jest w takiej miłości żyć!”. Ona zaś tylko się uśmiechała. Tak też, z uśmiechem na twarzy, odeszła. Janusz rano znalazł ją już nieruchomą, zimną. Płakał, jak dziecko, przez trzy dni, a potem zajął się synkiem.
Właśnie w tym czasie chłopak wchodził w burzliwy wiek, miał czternaście lat. Po służbie wojskowej gwałtownie się ożenił i został w mieście, gdzie pracował. Tak już Janusz został sam jak palec. Nie załamywał się jednak uwielbiał gawędzić z młodzieżą na ławce przed domem.
Syn miał córkę, więc dziadek wyczekiwał ich wizyt, ale oni nigdy nie przyjeżdżali. Praca, brak czasu, zawsze coś… Wnuczkę znał tylko ze zdjęć.
Aż pewnego dnia ludzie z wioski zauważyli, iż staruszek chodzi przygnębiony jak nigdy, jakby zahipnotyzowany. Nie żartuje, nie uśmiecha się, nie siedzi na ławce pod domem. Dociekali, co się stało. Okazało się, iż Januszewski dostał telegram: Cała rodzina syna miała wypadek samochodowy. Wnuczka jest w stanie ciężkim w szpitalu, syn Janusza nie przeżył.
Nieszczęście, tragedia! współczuła mu cała wieś, ale czy istnieją słowa, które naprawdę usuwają taki ból?
Staruszek przyjmował kondolencje, ale ulgi to nie dawało. Syn już nie wróci, żal go było bardzo, ale jeszcze żal wnuczki. Leżała w szpitalu, w śpiączce, młoda piętnastolatka. Powinna żyć i cieszyć się światem. Serce Janusza bolało niesłychanie.
Najgorsze jednak, iż od synowej nie było żadnych wieści. Nie pisała listów, nie odbierała telefonu, nie odpowiadała na telegramy. Jak tu się dowiedzieć, co z wnuczką?… Chociaż nigdy nie spotkał jej na żywo, kochał tak, jakby była mu najbliższa. Ze zdjęć poznawał w niej młodą Grażynę.
Już miał się wybrać do miasta, gdzie mieszkał syn, gdy nagle, tuż przed podróżą, podjechał samochód. Wyniesiono z niego nosze. Do domu weszła kobieta bez żadnych uprzedzeń dopiero po chwili Janusz domyślił się, iż to synowa. Za nią wnieśli na noszach wnuczkę. Dosłownie zrzucili ją na kanapę i wyszli.
Jest sparaliżowana od stóp do głowy. Takiej córki nie chcę. Mam jeszcze czas wyjść ponownie za mąż i urodzić zdrowe dziecko! rzuciła synowa.
Przecież nie jestem lekarzem! odparł tylko Janusz.
Lekarz i tak nie pomoże. Potrzebuje opiekunki. jeżeli nie chce się pan nią zajmować zakop ją żywcem, a ja nie będę niszczyć sobie życia. Nie jestem jej opiekunką! dodała i zatrzaskując drzwi, zniknęła z domu.
Ty jej choćby matką nie jesteś! krzyknął za nią Janusz.
Teraz już rozumiał, czemu syn nigdy nie przyjeżdżał z rodziną. Z taką babą tylko na targ kłócić się chodzić, nie w gości jeździć… Co mu odbiło, iż ożenił się z taką kłótliwą babą? Ale teraz już nie zapyta. Gdyby wiedział, iż jego żona odrzuci córkę, chyba w grobie by się przewrócił. Zostali więc we dwójkę: Janusz i wnuczka.
Dziewczynka rzeczywiście była całkiem sparaliżowana, ale Janusz umiał się zajmować domem, nie bał się roboty. Teraz miał prawdziwy sens życia główny cel: uzdrowić wnuczkę.
Lekarze nie dawali wnuczce żadnych szans, wypisali ją ze szpitala. Mówili, iż ona w ogóle nie powinna była przeżyć tego wypadku obrażenia niemal niezgodne z życiem. Zostały tylko domowe sposoby i znachorki. W najbliższej wsi nie było żadnej. Najbliższa mieszkała daleko, do niej nie można było dowieźć sparaliżowanego dziecka, a sama do domu nie jeździła, bo już była bardzo stara. Janusz był bezradny, nie wiedział, co robić…
Co tydzień jeździł do tej znachorki po zioła oraz różne nalewki i tym właśnie leczył wnuczkę. Mijał rok, a ona wciąż nie mogła ruszyć ani ręką, ani nogą, tak leżała pod kołdrą jak kłoda. choćby mówić nie potrafiła tylko coś mamrotała niezrozumiale.
Czasami Janusz dostrzegał na jej policzku łzę. W tych chwilach serce aż mu pękało. Myślał, iż tęskni za matką i ojcem. Rozmawiał z nią długo, czytał jej książki, ale ona nie mogła odpowiedzieć. Obu im było bardzo trudno.
I pewnego wieczoru zdarzyło się coś nieoczekiwanego. Gdy dziadek siedział zwyczajnie obok łóżka chorej, do domu wpadła pijana grupa młodych ludzi. Janusz przez nieuwagę nie zamknął drzwi. Wrócili z dyskoteki, zobaczyli światło w oknie wiedzieli, iż mieszka tam sparaliżowana dziewczyna. Ktoś zaproponował, żeby wejść i „zabawić się”, bo skoro paraliż, to nie będzie się bronić. Popchnęli drzwi otworzyły się bez problemu.
A dawaj dziadek, zrzucaj z wnuczki kołdrę, rozsuń nogi, zaraz losujemy, kto pierwszy… zawołał najbardziej pijany.
Litości, ona ma tylko 15 lat! odparł staruszek.
Poczekaj, tylko umyję zęby powiedział Janusz z nerwowym uśmiechem, a sam pognał do kuchni, otworzył drzwi od piwnicy i krzyknął: Brać!
I z piwnicy wyskoczył ogromny owczarek środkowoazjatycki. Zaczął chwytać łobuzów za spodnie! Temu najgorszemu prawie „coś” odgryzł. Reszcie porwał spodnie na tyłku. Uciekali przez wieś z gołymi zadami, ludzie się śmiali, a pies gonił ich aż do końca wioski.
Janusz wraca do pokoju, a tam wnuczka siedzi na łóżku i krzyczy przez okno:
Maksymilian! Maksymilian! Dziadek, złap go, żeby nie uciekł!
Wtedy staruszek się rozpłakał. Od tamtej pory wnuczka zaczęła wracać do zdrowia. Niedługo potem zaczęła chodzić. Czy zioła znachorki pomogły, czy może stres i pies, a może wszystko naraz w każdym razie dziewczyna zaczęła mówić i gadała bez ustanku. Wygadała się za te wszystkie trudne miesiące.
Skąd się wzięła ta psia dusza, zapytacie? Już tłumaczę. Maksymilian mieszkał na początku z synem Janusza, ale po tragedii niedbała synowa pozbyła się i córki, i zwierzęcia. Przywiozła psa razem z dziewczynką, ale staruszkowi nic o tym nie powiedziała. Gdy synowa opuściła dom Janusza, ten poszedł zamknąć bramę, a przy niej siedział pies wychudzony, z oczami smutnymi jak u chorej krowy, a z nich spływały prawdziwe łzy. Janusz choćby nie wiedział, iż syn miał psa. Nie miał serca wyrzucać go na dwór przygarnął go.
Pies był wierny, a tamtego upalnego lata chował go w piwnicy, by nie cierpiał z powodu żaru. Wieczorem go wypuszczał na dwór, tego dnia po prostu nie zdążył. Gdyby Maksymilian był na górze, bandyci nie weszliby do domu.
Wnuczka wyznała potem dziadkowi, iż gdy płakała, tęskniła nie za matką, ale za psem. Dziadek zwykle trzymał Maksymiliana na dworze, do pokoju nie wpuszczał, a ona nie mogła mu powiedzieć, iż potrzebuje przyjaźni zwierzęcia.
Po powrocie Maksymilian z euforią oblizał twarz swojej małej pani. On też za nią tęsknił. Tak zaczęli żyć we trójkę: Janusz, wnuczka i Maksymilian. O matce dziewczynki już nigdy nic nie słyszeli.



