Najlepsze kochanki to żony, które dawno zostały spisane na straty Fedor był pewien, iż z żoną mu p…

1 tydzień temu

Najlepsze kochanki to żony, które dawno zostały spisane na straty

Marek był przekonany, iż po prostu nie miał szczęścia z żoną. Zimna mu się trafiła. A przynajmniej kiedyś była normalna, a teraz już nie bardzo. Nie było tej iskry, która kiedyś sprawiała, iż już o czwartej po południu pakował się i pędził do domu, żeby zobaczyć się z nią wcześniej.

Nie, generalnie wszystko było na swoim miejscu: mieszkanie czyste, obiad ugotowany, córka dorosła i wyjechała na studia do Wrocławia. Tylko funkcjonowało to wszystko jakby automatycznie, bez dawnego zachwytu z czasów czerwonych koronkowych majtek. Żona tak jakoś cicho, niezauważalnie przesunęła się z ligi „tajemniczej kobiety” do ligi „uroczego domowego hipopotama”, a Marek zaakceptował ten stan rzeczy.

Przestał dawno już ją zazdrościć. Zresztą komu? Koleżankom z biura? Kasjerce z Biedronki? Jak tu zazdrościć tych 75 kg pewnej stabilności?

Dlatego to, co kiedyś robił ukradkiem i ostrożnie, stało się niemal jawne. Portal randkowy „tak tylko zobaczyć, co dają”, rozmowy z obcymi dla podniesienia ego, spotkania z kolegami „no wiesz, facet też musi odpocząć”.

Żona kilka razy coś zauważyła, poczuła, pokłóciła się, potem ucichła. Marek potraktował to jak kapitulację: uznała swoje miejsce.

I wtedy trafiła się idealna okazja, by trochę posmakować życia wolnego człowieka. Żonie przypadła delegacja. Marek cieszył się: wreszcie można prawdziwie odpocząć, bez ograniczeń.

Już wcześniej wyobrażał sobie, jak będzie flirtował, poznawał, zapraszał na kawę, a może choćby na coś więcej. Życie nagle nabrało kolorów.

Rzeczywistość była znacznie bardziej uboga od oczekiwań. Na portalu wysłał prawie sto wiadomości, dziesięć odpowiedziało, cztery zaczęły rozmowę. Jedna od razu zaczęła wciskać mu kit o inwestycjach i szybkim sukcesie, druga była botem, a pozostałe dwie po kilku zdaniach wymknęły się w niebyt. Marek ze zdumieniem odkrył, iż wolny, prawie rozwiedziony facet z własnym mieszkaniem i stałym wynagrodzeniem w złotówkach wcale nie jest takim wymarzonym kąskiem, jak mu się wydawało.

Pewnego wieczoru, czyszcząc historię przeglądarki z dowodów swojej bujnej wirtualnej aktywności, przypadkiem natknął się na coś dziwnego związanego z delegacją żony. Im dalej grzebał, tym bardziej robiło mu się źle.

Delegacja rzeczywiście miała miejsce. Tylko iż była mała niespodzianka: razem z żoną jechał młody współpracownik jej kochanek, w wieku 27 lat. I nie tylko jechał jechał na jej koszt. Bilety, hotel, kolacja w restauracji wszystko opłaciła żona, ta cicha, nudna i „zimna”.

Marek początkowo nie wierzył. Potem uwierzył, a potem wpadł we wściekłość. Okazało się, iż gdy leniwie przewijał profile w poszukiwaniu przygód, jego „uroczy domowy hipopotam” żył intensywnym, pełnym szaleństw życiem, o którym on sam jedynie marzył.

Skandal był ogromny. Wzajemne oskarżenia, długie rozmowy, rozliczenia.

Panowie pewnie teraz krzykną, iż taką żonę trzeba odprawić na dobre. Ale nikt nikogo ostatecznie nie odprawił. Pokłócili się, popłakali, pogadali, aż nagle wyszło, iż wspólnie jednak jest wygodniej niż osobno.

Marek, swoją drogą, spojrzał na żonę zupełnie inaczej. Nie jak na stały element wystroju mieszkania, ale jak na kobietę, która ma pragnienia, fantazje. I która, swoją drogą, potrafi być pożądana choć niekoniecznie przez niego.

Nie zamierzam doradzać nikomu takich eksperymentów jako przepisu na rodzinne szczęście. Najczęściej kończy się to rozwodem, łzami i nerwami. Ale ta historia podoba mi się z jednego powodu: bardzo często tak zwane „zimne żony” wcale nie są zimne. One są zwyczajnie zmęczone. Codziennością, obojętnością i tym, iż już dawno nikt nie patrzy na nie jak na kobiety.

Czasem wystarczy naprawdę niewielki bodziec, by odkryć, iż w domu nie mieszka hipopotam, a gorąca kobieta. Tylko jest gorąca dla kogoś, kto umie ten ogień zauważyć.

Idź do oryginalnego materiału