Najlepsze kochanki to te żony, które dawno skreślono z listy
Dawno temu, kiedy jeszcze wszystko było nowe, Stanisław sądził, iż zwyczajnie nie miał szczęścia z żoną. Zimna mu się trafiła. Kiedyś była zupełnie inna; teraz, cóż, już nie to samo. Nie było tej iskry, która kiedyś pchała go, by wracać do domu po pracy jak na skrzydłach.
W sumie nie miał na co narzekać: mieszkanie zawsze uporządkowane, rosół na stole, syn dorósł, poszedł sam do uniwersytetu i wyjechał do Krakowa. Ale wszystko jakby się działo na automacie, bez dawnego polotu czas czerwonych koronkowych majteczek dawno przeminął. Żona cicho i niezauważenie prześlizgnęła się z ligi femme fatale do kategorii kochany domowy hipopotam, a Stanisław się z tym pogodził.
Nie było już żadnej zazdrości. Ale do kogo miał być zazdrosny? Do koleżanek z pracy? Do ekspedientki z Biedronki? Zazdrościć o te stabilne 78 kilogramów domowego bezpieczeństwa?
Co dawniej robił dyskretnie, teraz działo się prawie jawnie. Portal randkowy tylko żeby zobaczyć, co jest na rynku, rozmowy dla podniesienia samooceny, spotkania z kolegami no bo przecież chłop też musi odpocząć.
Żona parę razy coś zauważyła, coś podejrzewała, pokłócili się i ucichło. Stanisław uznał to za kapitulację iż pojęła swoje miejsce w świecie.
Trafiła się wtedy idealna okazja, żeby zobaczyć jak to jest żyć jak wolny człowiek. Wyjazd służbowy żony. Stanisław cieszył się jak dziecko: wreszcie można swobodnie odetchnąć.
Wyobrażał już sobie, jak będzie pisał, poznawał kobiety, zapraszał na kawę, a może i nie tylko na kawę. Życie wydawało się bardziej interesujące.
Rzeczywistość okazała się dużo skromniejsza niż oczekiwania. Na portalu randkowym wysłał z kilkadziesiąt wiadomości odpowiedziało raptem kilka, rozmowa nawiązała się z trzema. Jedna natychmiast zaczęła zanudzać go kryptowalutą i wielkim sukcesem, druga była ewidentnym botem, dwie kolejne rozpłynęły się w ciszy po paru zdaniach. Stanisław był zdumiony, gdy odkrył, iż wolny, niemal rozwiedziony facet z własnym mieszkaniem i stałą pensją nie jest takim łakomym kąskiem, jak mu się kiedyś wydawało.
Któregoś wieczoru, czyszcząc historię przeglądarki ze śladów swojej wirtualnej aktywności, natknął się przypadkiem na coś dziwnego o wyjeździe służbowym żony. Im głębiej grzebał, tym gorzej się czuł.
Wyjazd rzeczywiście był. Tylko szczegół: towarzyszył jej młody kolega kochanek, lat dwadzieścia siedem. I nie tylko jechał, ale wszystko było opłacone przez żonę: bilety, hotel, kolacja w restauracji wszystko przez tę cichą, nudną i zimną żonę.
Stanisław najpierw nie dowierzał, potem uwierzył i wpadł we wściekłość. Okazało się, iż podczas gdy on leniwie przekopywał się przez profile szukając przygód, jego kochany domowy hipopotam prowadził bogate życie pełne szaleństw, o których on sam tylko marzył.
Awantura była, rzecz jasna, ogromna. Z wzajemnymi oskarżeniami i długim roztrząsaniem win.
Niektórzy powiedzieliby, iż taką żonę trzeba wygonić na mróz. Ale nikt nikogo nie wygonił. Pokrzyczeli, popłakali, porozmawiali i nagle okazało się, iż we dwoje jakoś wygodniej, niż samotnie.
Stanisław, swoją drogą, nagle spojrzał na żonę zupełnie inaczej. Nie jak na element domowego krajobrazu, ale kobietę, która, okazało się, ma pragnienia i fantazje. I która, na dodatek, potrafi być pożądana choć już nie przez niego.
Nie radzę nikomu takich eksperymentów jako recepty na szczęście w małżeństwie. Najczęściej kończy się to rozwodami, łzami i zszarganymi nerwami. Ale ta historia podoba mi się przez jedną prostą myśl: bardzo często te tak zwane zimne żony wcale nie są zimne. One są zwyczajnie zmęczone. Codziennością, obojętnością i tym, iż nikt od dawna nie patrzy na nie jak na kobiety.
Czasem wystarczy mały impuls i okazuje się, iż w domu mieszka nie hipopotam, a całkiem gorąca kobieta. Tylko ta gorąca jest dla kogoś innego, kto potrafi dostrzec ten ogień.

15 godzin temu







