Muchy brzęczały za oknem, a promienie słońca łagodnie muskały poduszkę i nos siedmioletniego Wojtusi…

3 tygodni temu

Mucha na oknie bzyczała cieniutko i natrętnie. Wojtek otworzył oczy. Promień słońca delikatnie ślizgał się po poduszce i łaskotał jego zadarty nosek. Chłopiec się uśmiechnął i przeciągnął, aż kości strzelały radośnie. Pod kołdrą było ciepło i przytulnie. Powinno się już wstawać, ale… no właśnie komu by się chciało?

Mamo… Wojtek zawołał nieśmiało, a potem, jeszcze głośniej: Maaaamo!

Mama weszła do pokoju, wycierając dłonie o fartuch.

Już nie śpisz, łobuzie? Co tak krzyczysz? Pochyliła się, dając synkowi buziaka w piegowaty nos. Dzień dobry, synku! Wstawaj, mały psotniku!

Wojtek objął mamę za szyję. Pachniała mlekiem, chlebem i jeszcze czymś pysznym i swojskim, co trudno nazwać. Kiedyś, gdy mieszkali w Warszawie, to tata budził go rano do przedszkola. Robili razem poranną gimnastykę, myli zęby, pryskali na siebie wodą i śmiali się do rozpuku, a mama poganiała ich z kuchni i trochę marudziła. Ale potem… no, wszystko się zmieniło.

Pewnego dnia tata nie odebrał go z przedszkola i musiał siedzieć tam z dozorczynią do późnej nocy. Mama przyszła bardzo, bardzo późno, z zapuchniętymi od płaczu oczami. Powiedziała mu wtedy, iż taty już nie będzie, a teraz on jest mężczyzną w rodzinie. Co się tak naprawdę stało, Wojtek nie wiedział, ale podsłuchał kiedyś, iż tata zginał w wypadku autem, które choćby nie było ich. Przez to jakieś złe typy zabrali im mieszkanie. Przeprowadzili się do babci na wieś.

Wieś była ogromna, rozciągnięta jak wstążka wzdłuż rzeki, a kończyła się lasem. O właśnie przy tym lesie mieszkała babcia Ania, a teraz i oni zamieszkali z nią. Dziadka nie pamiętał zmarł, gdy Wojtek miał tyle lat, co nie przymierzając kasztan. Więc wiadomo Wojtek to teraz największy chłop w rodzinie!

Babcia i mama pracowały w gospodarstwie rolnym. Teraz już Wojtek wiedział, iż gospodarstwo to taki ogromny budynek, gdzie mieszkają krowy, świnie i choćby konie. Mama pokazywała mu wszystkie zwierzęta, kiedy zabierała go do pracy. Ale Wojtkowi się tam nie podobało strasznie śmierdziało! Zakrywał nos, a mama z babcią tylko się z tego śmiały…

Chłopiec wślizgnął się w zimne kapcie i pobiegł w piżamie, bo bardzo mu się już chciało na dwór. Sierpniowy, niedzielny, słoneczny poranek przywitał siedmiolatka chłodnym powietrzem. Przeszły go ciarki. Tu i tam koguty darły się w niebogłosy, gdzieś dalej ujadały psy. Tak głośno szczekały i wyły, aż uszy więdły. Babcia właśnie wychodziła z szopy, mamrocząc pod nosem:

Znowu ktoś podkopał się pod kurnik… Chyba się jakaś chudzielina tu zalęgła, a nie lis a może to chupa Baba Jaga, czy co?

Zaraz jesień,” pomyślał nagle poważnie i trochę z melancholią, niech już wreszcie będzie szkoła!” I poczuł dziwnie radosne drżenie w sercu. On i mama przygotowali już wszystko do szkoły. A nowiutki tornister był po prostu czadowy! Czytać nauczył się przez lato, z pisaniem jednak było gorzej…

Śniadanie kasza manna i racuszki z jabłkami.

Wojtek, idziesz z nami z babcią na grzyby, czy jeszcze za mały? Mama uśmiechnęła się chytrze i mrugnęła do babci.

Z wami oczywiście! oburzył się Wojtek z pełną buzią gorącego racuszka i zimnego mleka.

Szykowali się na wyprawę przed południem. Las powitał ich chłodnym powietrzem. To ostatnie dni sierpnia, liście wciąż zielone. Grzyby, które znajdował Wojtek, były wszędzie, ale mama pokazywała mu, które można zjeść, a które to same trujące paskudy. Wałęsali się po lesie tak długo, aż babcia zniknęła gdzieś zupełnie i nie reagowała na nawoływania mamy: A-uu!.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy mama stwierdziła, iż czas wracać. Wielki kosz i torba były już pełne leśnych skarbów. Wojtkowe wiaderko ciągnęło ramiona w dół, ale przecież nie mógł marudzić w końcu facet! Tylko… którędy teraz wyjść? Mama jakoś zaczęła się niepokoić, wyglądało, iż nie bardzo wiedziała, gdzie są. W jedną stronę bagno, w drugą gęstwina nie do przejścia, wrócili więc na miejsce. Las ich zaczął zakręcać wokół palca. Krzyczeli za babcią, ale tylko liście osiki trzepotały na wietrze, zagłuszając wszystko. Babcia nie odpowiadała. Mama przysiadła na trawie, zdezorientowana. Pięć minut później rozległo się chrzęszczenie suchych gałęzi. Krzaki się rozstąpiły i pojawiła się… Baba Jaga. Prawdziwa! Mama aż podskoczyła.

Wojtek zaniemówił. Staruszka, pochylona aż do ziemi, rzuciła na bok wiązkę chrustu i podeszła bliżej.

Eee, przestraszyliście się? Spokojnie, ja już od dawna nie jem małych chłopców! zacharczała i mrugnęła chytrze do mamy, pokazując bezwstydnie bezzębny uśmiech. Jej nos z brodawkami trząsł się zabawnie.

Zgubiliście się, co? ciągnęła dalej, nie patrząc na wystraszone twarze.

Czyje wy jesteście? Nie przypadkiem Jadzianki? bardziej stwierdziła niż zapytała. Znów zarzuciła chrust na ramiona i ruszyła przodem. Potem obejrzała się, rzucając ciężkie spojrzenie.

Co stoicie? Idziecie za mną.

Mama i Wojtek, z grzybami pod pachą, potulnie ruszyli za staruszką. Ta szła raźnym krokiem, rozganiała trawę i nagle przed nimi otworzyła się szeroka polana. W oddali majaczyła ich wieś. Po drugiej stronie polany z lasu wyłoniła się babcia Ania. Baba Jaga zaśmiała się swoim ochrypłym śmiechem, machnęła ręką i powłóczyła do wsi pod ciężarem chrustu.

Dziękuję pani… wymamrotała mama niepewnie, ale Baba Jaga tylko zbyła ją kolejnym machnięciem i zniknęła między domami wioski.

Podeszła babcia.

Mamo! Gdzie cię tak niosło? mama z pretensją pogroziła babci Ani. Zgubiłyśmy się, szczęście iż ta stara kobietka wyprowadziła nas z lasu.

No proszę cię, Natalia, zagubić się w naszych rowach trzech sosen! Przecież chodziłaś tu od dziecka!

Babciu, a to była prawdziwa Baba Jaga? zapytał Wojtek, trochę z przestrachem i trochę z fascynacją.

A co ty! To była Płaskonia! Ale rzeczywiście, charakterek ma jak wiedźma…

Podczas kolacji Wojtek nagle spytał:

Babciu, a czemu ją tak wołają: Płaskonia?

Nikt do końca nie wie… Ale już w młodości tak ją nazywali. Mówią, iż była bardzo pulchna jako dziecko. Rodzice bogaci, gospodarstwo wielkie, ona wyjdzie na ulicę z pajdą chleba i smalcem, usiądzie na ławeczce i je. Albo mama jej posmaruje chleb masłem i posypie cukrem, jak królowa. Dzieciaki z okolicy patrzą, ślinka cieknie, a ona choćby nie poczęstuje. I przez to przyjaciół nie miała. Gruba była! Zawsze przed siebie ten brzuch pchała. Chłopaki się wyśmiewali: Patrz, zaraz ci pępek pęknie!. A to byli złośliwi, całkiem jak teraz. Ja ją pamiętam już jako dorosłą. Miałam wtedy z dziesięć lat, ona coś koło trzydziestki. Spotykała się z Grześkiemtraktorzystą. Był młodszy. Dobrze jej się wiodłojuż nie taka pulchna, ale i nie szczupła. Nie piękność, ale nie brzydka. Tylko nos miała konkretny…

Pobrali się. Urodził się syn. Miał osiem lat tamtego roku. Po wiosennej powodzi chłopy postanowili się budować, spławiali bale rzeką. Chłopcy biegali po pływających pniach, skakali z jednego na drugie. Wielcy by wyszli z opresji, ale ten jej był drobniutki. No i wpadł pod pień, który go dociągnął pod wodę. Trzy doby szukali. Znaleźli dopiero dwa kilometry dalej. Płaskonia rozum postradała, a Grzesiek zaczął pić. Znaleźli go zimą martwego, zamarł pod lasem, wracając od kolegów. Płaskonię wypuścili po leczeniu. Wydobrzała, ale stała się dziwna i zamknięta. Od pięćdziesięciu lat żyje sama, choćby kozy nie chce sprzedać. Zioła zbiera i wszystkim w wiosce pomaga, jak trzeba kogoś podleczyć.

Babcia zamilkła. Mama zaczęła zbierać talerze.

Cóż… życie nikogo nie oszczędza mruknęła mama i choćby Wojtkowi zrobiło się żal Płaskoni.

Wrzesień był suchy i słoneczny. Rankiem bywało chłodno, czasami choćby przygruntowe przymrozki, ale w dzień prażyło jak w lipcu. Powietrze czyste, aż chciało się głęboko oddychać. Las stroił się w rude i purpurowe barwy. Ziemniaki już wykopane. Wojtek już drugą z rzędu sobotę chodził do szkoły. Do końca życia zapamięta swoje pierwsze września i panią Wandę, serdeczną i wymagającą, która trzymała go za rękę i prowadziła przed cały pierwszy rząd, bo był najniższy w klasie.

Pierwszakom nie stawiano ocen, ale pani Wanda stale go chwaliła, mówiąc, iż bardzo się stara, ale z pisaniem musi ćwiczyć więcej, żeby mieć ładne pismo. Zapoznał się z dwoma chłopakami z ulicySławkiem i Kacprem z drugiej klasy. Wracali razem, gdy lekcje się zgrywały. Szkoła była na drugim końcu wsi, więc Sławek pokazał mu skrót przez pustkowie i ogród Płaskoni. Czasem babcia albo mama odbierały go po lekcjach.

Tego dnia Wojtek miał wyjątkowe szczęście. W zeszycie lśniły dwie czerwone gwiazdki, a w bibliotece dostał swoją pierwszą książkę Czarodziejskie słowo. Szczęśliwy ruszył do domu na skróty przez wysypisko starych gratów. Musiał dobrze patrzeć pod nogi tu zardzewiała puszka, tam rozdeptana lalka.

I wtedy usłyszał coś dziwnego. Uniósł wzrok i aż zdrętwiał. Przed nim sterczała banda psów, cała sfora. Zrobił krok w tył, chciał uciec, ale już go otoczyły. Największy podszedł, opuścił łeb i wyciągnął zęby. Wojtek wrzasnął, choć sam siebie nie słyszał. Pies rzucił się na niego. Chłopak próbował zasłonić się tornistrem, ale zwierzę rozerwało go na kawałki i już targało po ziemi. Chłopiec upadł, broniąc się rękami, ale jeden z psów mocno go ugryzł w ramię i zapadła ciemność.

Wojtek nie widział, jak przez ogród przeleciała zgarbiona Baba Jaga z łopatą. Z łatwością przeskoczyła płot i zaczęła okładać wściekłe psy, ile sił w zgarbionej ręce. Psy zaskoczone, ale było ich mnóstwo, poczuły już krew. Okrążyły staruszkę i leżącego Wojtka. Baba Jaga wrzeszczała, wymachiwała łopatą. Największa suka skoczyła jej na plecy i złapała za szyję. Gdy Płaskonia już ledwo trzymała się na nogach, zwaliła się na chłopca, przykrywając go swoim ciałem i długą spódnicą.

W tym czasie w wiosce był prawdziwy spokój młodzi w szkole, dorośli na gospodarstwie. Weterynarz z pomocnikiem wracali z powiatu przywieźli nową partię szczepionek dla krów i coś na świerzbowce. Gdy dojeżdżali polną drogą, weterynarz wypatrzył coś dziwnego za ogrodami i usłyszał warkot.

Tadek, skręć do Płaskoniowego ogrodu! Co tam się wyprawia?

Tadek ostrożnie podjechał bliżej. To co zobaczyli, wystraszyło ich nie na żarty. Sfora psów, słysząc silnik, nastawiła uszu, wszystko wokół było zalane krwią. Porozrzucane zeszyty i książki, a Baba Jaga twarzą na ziemi, z prawie odgryzioną ręką. Na jej plecach pies, który próbował rozszarpać szyję.

Mężczyźni rzucili się do ataku kijami, motyką, czym popadnie. Psy rzucały się na nich, kąsały po nogach i klatce, ale Tadek złapał leżącą obok kocioł łopatę i walił, ile miał sił. Psy skowyczały, szczekały. Lider już miał rozharataną głowę. Z wioski dobiegli ludzie z widłami i dubeltówkami, strzelając w powietrze. Alfa zawołał, cała banda czmychnęła do lasu.

Baba Jaga jęknęła. Wtedy dopiero zobaczyli pod staruszką leży jeszcze mały, zakrwawiony chłopiec.

Tadek, dzwoń po karetkę! Baba Jaga chyba jeszcze żywa!

Gdy podźwignęli Płaskonię, na trawie leżał nieprzytomny Wojtek, blady jak kartka.

Słoneczny jesienny promień błądził po poduszce i pociesznie łaskotał Wojtkowi nos. Otworzył oczy. Białe szpitalne ściany osaczały go surowo.

Gdzie ja jestem? Chłopczyk powoli przypominał sobie całą historię. Poruszył się.

Mama, która czuwała przy łóżku, od razu się ożywiła.

Wojtuś, syneczku, obudziłeś się! I rozpłakała się radośnie.

Bardzo bolała go bandażowana ręka i ramię. Przypomniał sobie wszystko.

Mamo, psy mi odgryzły rękę, już nigdy nie będę pisał?!

Nie, synku, nie odgryzły. Trochę pogryzły, ale lekarze cię poskładali. Do wesela się zagoi powiedziała żartobliwie mama, dziękuj losowi za Płaskonię. Nakryła cię swoim ciałem… Odpoczywaj.

Cała wieś żegnała Płaskonię. Ranne były jej obie ręce i noga. Serce starej kobiety nie wytrzymało na stole operacyjnym.

Nazajutrz po wypadku, rozdrażnieni chłopi z wioski, po cichu i za plecami władzy, wybili całą zdziczałą sforę. Znieśli czterdzieści psich trupów za pagórek poza wioskę i zasypali ziemią. Złaźli nory pod lasem z miotem szczeniaków te rozebrali ludzie na podwórza.

Wojtek opuścił tylko jeden semestr w szkole. Rękę przez cały czas ćwiczył codziennie, a pani Wanda była z niego dumna. Koledzy traktowali go jak bohatera.

Razem z mamą poszli na cmentarz, przynieśli na grób Płaskoni ogromny bukiet kwiatów. Na tabliczce przy krzyżu było napisane, iż zmarła naprawdę jako Płaśkońska Franciszka Józefowa, dokładnie w swoje dziewięćdziesiąte urodziny. Mama płakała.

Kto by pomyślał, jak los potrafi pokierować! Dziękujemy, Płaskonio! Za las dziękujemy i, najbardziej, za synka! Niech ci ziemia lekką będzie!

A gdy podczas jasełek w szkole zza choinki wyskoczyła Baba Jaga, Wojtek rozpłakał się i musiał wyjść z sali. Znowu rozbolała go ręka. Przypomniał sobie starą Płaskonię.

Idź do oryginalnego materiału