Mucha brzęczała cicho na oknie. Włodek otworzył oczy. Promyk słońca łagodnie muskał poduszkę i jego …

5 dni temu

Mucha na szybie bzyczała cicho i przenikliwie. Wojtek otworzył oczy. Promień słońca miękko ślizgał się po poduszce i łaskotał jego piegowaty nos. Uśmiechnął się i przeciągnął tak słodko, jakby chciał jeszcze chwilę poleżeć pod ciepłą, przytulną kołdrą. Trzeba było już wstawać, ale jak bardzo mu się nie chciało!

Mamo… zawołał niepewnie, a potem głośniej: Maaamooo!

Mama weszła do pokoju, wycierając ręce w fartuch.
Obudziłeś się? Po co to wołanie? powiedziała z uśmiechem, podchodząc do łóżka. Pochyliła się, pocałowała go delikatnie w zadarty nosek.
Dzień dobry, synku! Wstawaj, łobuziaku!

Wojtek objął mamę za szyję. Pachniała mlekiem, świeżym chlebem i jeszcze czymś dobrym, znajomym, domowym. Gdy jeszcze mieszkali w wielkim mieście, to tata budził go rano i szykował do przedszkola. Robili razem poranną gimnastykę, myli zęby, chlapali się wodą i śmiali, a mama narzekała i poganiała ich do wyjścia. Ale potem wszystko się zmieniło.

Pewnego dnia tata nie przyszedł po niego do przedszkola, siedział tam do późnej nocy ze stróżem. Mama przyszła późno, z zapłakanym, opuchniętym od łez policzkiem i powiedziała, iż tata już nie wróci, a teraz on jest mężczyzną w domu. Wojtek nie wiedział wtedy dokładnie, co się stało, ale potem podsłuchał dorosłych, jak mówili, iż tata zginął w wypadku samochodowym. Przez ten samochód stracili mieszkanie. niedługo przeprowadzili się na wieś do babci.

Wieś była duża, ciągnęła się wzdłuż rzeki i kończyła się lasem. Właśnie przy tym lesie mieszkała babcia Aniela, a teraz także oni z mamą. Dziadka już nie było zmarł, gdy Wojtek był maleńki, więc teraz głową rodziny był on!

Babcia i mama pracowały w gospodarstwie. Teraz Wojtek już wiedział, iż to wielka stodoła, w której mieszkały świnie, krowy, a choćby konie. Mama pokazywała mu wszystkie zwierzęta, kiedy zabierała go ze sobą do pracy. Nie polubił tego miejsca tam tak okropnie śmierdziało! Zatykał nos, a mama z babcią śmiały się z jego min.

Chłopiec wsunął się w zimne kapcie i w piżamie pognał do wychodka. Sierpniowy, niedzielny ranek chłodził siedmiolatka swoją rześkością. Wojtek zadrżał. Tu i tam głośno piały koguty. Gdzieś daleko ujadały psy, które szczekały i piszczały. Babcia wyszła z obory, zrzędząc:
Znowu ktoś próbował się dostać do kur. Może to jakaś zmora?

Jesień już blisko pomyślał nagle ze smutkiem i niepokojem, byle szybciej do szkoły! Serce biło mu radośnie na tę myśl. Z mamą już wszystko przygotowali do szkoły, a nowy tornister był taki fajny! Tego lata nauczył się czytać, ale z pisaniem jeszcze było mu ciężko.

Na śniadanie była kasza i placki.
Wojtek, babcia i ja postanowiłyśmy iść dziś na grzyby. Pójdziesz z nami, czy jeszcze za mały jesteś? mama spojrzała na niego figlarnie i puściła oczko do babci.
No jasne, iż z wami! oburzył się Wojtek z pełną buzią gorącego placka i zimnego mleka.

Na wędrówkę ruszyli bliżej południa. Las przywitał ich chłodem. Były to ostatnie sierpniowe dni las jeszcze zielony, ale tu i tam żółciły się liście. Grzybów było wszędzie pełno, ale mama pokazywała mu, które można zbierać, a których nie ruszać. Chodzili długo. Babcia oddaliła się gdzieś i nie odpowiadała na maminy głos.

Słońce już chyliło się ku zachodowi, kiedy mama powiedziała, iż pora wracać. Wielki kosz i torba były wypełnione po brzegi leśnymi skarbami, a wiaderko Wojtka ciążyło mu w rękach, ale nie narzekał przecież jest mężczyzną! Trzeba było znaleźć wyjście z lasu, ale gdzie? Mama nagle spoważniała, wyglądała na zaniepokojoną. Prawdopodobnie zabłądzili.

Wojtek, nie zostawaj w tyle! mówiła. Ruszyli w jedną stronę trafili na bagno, w drugą na gęste krzaki i nie do przejścia wykroty. Wrócili z powrotem. Las ich zakręcił. Zaczęli wołać babcię, ale szum drżących liści zagłuszał wszystko. Babcia nie odpowiadała Mama osiadła bezradnie na mech, nie wiedząc, co robić.

Minęło kilka minut. Nagle za ich plecami zatrzeszczały suche gałęzie. Krzaki rozstąpiły się i stanęła przed nimi prawdziwa Baba Jaga. Mama zerwała się na nogi.

Wojtek zaniemówił. Stara kobieta, zgięta wpół, zrzuciła z siebie wielki pęk chrustu i podeszła bliżej.
Wystraszyliście się? Nie bójcie się, od dawna już nie jadam małych chłopców! zachrypiała, puszczając do mamy oczko, i zachichotała, ukazując bezzębne usta. Jej haczykowaty, brodawkowaty nos śmiesznie się poruszał.
Zabłądziliście, tak? mówiła, jakby nie zwracając uwagi na osłupiałych mamę i Wojtka.
Czyje wy dzieci? Z Anieliny, prawda? pytała, nie czekając na odpowiedź, znów zarzuciła na plecy wielki pęk chrustu i ruszyła przodem. Obejrzała się przez ramię:
No, co stoicie z otwartymi buziami? Za mną!

Mama z Wojtkiem, niosąc grzyby, poszli za staruchą. Ta szła pewnym krokiem wśród wysokich traw i po kilku minutach pojawiła się polana. W oddali widać było ich wieś. Po drugiej stronie polany z lasu wyszła babcia Aniela. Baba Jaga zaśmiała się skrzekliwie, pomachała ręką i ruszyła do wioski.

Dziękujemy bardzo wybąkała mama, jednak Baba Jaga tylko machnęła ręką, jakby nie chciała o niczym słyszeć, i dziarsko pognała do wsi.
Babcia podeszła bliżej.
Mamo, gdzieś ty była! mama z trudnością powstrzymała łzy. Przecież się zgubiłyśmy, dobrze, iż ta staruszka nas wyprowadziła!

Ojej, Natalio, jak można się zgubić w trzech sosnach! Przecież znałaś ten las od dziecka!
Babciu, ale to była prawdziwa Baba Jaga? spytał z niedowierzaniem i lękiem chłopiec.
A gdzie tam! To była Popka! Ale faktycznie, dokuczliwa, jak prawdziwa wiedźma.

Wieczorem, przy kolacji, Wojtek nagle spytał:
Babciu, a czemu ona nazywa się Popka?
Sama nie wiem. Już za młodu tak na nią wołali. Mówią, iż jako dziewczynka była bardzo tłuściutka, a rodzice bogaci, wielkie gospodarstwo trzymali. Siadała na ławce przed domem z pajdą chleba ze smalcem albo z masłem i cukrem, zajadała z apetytem. Dzieci z sąsiedztwa zazdrośnie patrzyły, ale nic nie dawała. Przez to nie miała przyjaciół. Wielka była! Chodziła, brzuch przed sobą pchała. Chłopaki wołali na nią Grubaska, Pączek. Krzyczeli za nią: Zobacz, brzuch ci pęknie, pępek ci się rozejdzie!

Pamiętam ją dorosłą. Ja miałam dziesięć lat, a ona już ponad trzydzieści. Chodziła z traktorzystą Grześkiem, była od niego starsza, ale bardzo zaradna, porządna kobieta. Nie szczupła, ale i nie gruba. Twarz miała zwyczajną, tylko nos długi jej został. Wzięli ślub, urodził się syn.

Chłopiec miał wtedy osiem lat. Wiosną dużo wody było w rzece, mężczyźni spławiali drewno z lasu. Dzieciaki biegały po pniach, szczególnie tam, gdzie tworzyły się zatory. Skakały z jednego na drugie, ale popkowy synek był drobny, nie dał rady, wpadł pod zwalone drzewo i już nie wypłynął. Trzy dni go szukali, znaleźli dalej w dół rzeki. Popka od tego czasu oszalała, a Grzesiek zapił na śmierć.

Znaleźli go później zamrożonego za lasem. Wrócił po pracy, nie chciał się zatrzymać na noc, zawierucha była, a on wśród śnieżycy usiadł i zamarzł. Popkę wypuścili ze szpitala dopiero po latach, trochę doszła do siebie, ale dziwna się zrobiła, stroniła od ludzi. Już ponad pięćdziesiąt lat mieszka sama, z nikim nie rozmawia, tylko kozę trzyma, zioła zbiera i leczy nimi tych, co do niej trafią.

Babcia zamilkła. Mama zaczęła sprzątać naczynia.
Cóż los nie zawsze jest łaskawy powiedziała cicho mama. Wojtkowi też zrobiło się żal Popki.

Wrzesień był słoneczny, przejrzysty. Poranki już chłodne, czasem przymrozki, ale w dzień grzało jak latem. Powietrze było czyste, lekko pachniało suchą trawą. Las przebierał się w rudości. Zebrano ziemniaki. Wojtek chodził do szkoły już drugi tydzień. Zapamięta na całe życie ten dzień 1 września i panią Darię Nowak, dobrą, ale wymagającą, która wzięła go za rękę z pierwszego rzędu, bo był najmniejszy ze wszystkich.

Pierwszoklasistom nie stawiano jeszcze ocen, ale pani Daria często go chwaliła, mówiła, iż się stara, choć musi więcej ćwiczyć pisanie. Poznał dwóch chłopaków ze swojej ulicy, Sławka i Kacpra, uczniów z drugiej klasy. Razem wracali ze szkoły, gdy mieli te same lekcje. Szkoła stała na drugim końcu wsi, chłopcy pokazali mu skrót przez nieużytek i Popkowy ogródek. Czasem ktoś z rodziny czekał na Wojtka po lekcjach.

Pewnego dnia Wojtkowi się poszczęściło. Pani nauczycielka wstawiła mu do zeszytu dwie czerwone gwiazdki i zapisała do biblioteki. Dostał książkę Czarodziejskie słowo. Gdy wychodził ze szkoły, humor miał doskonały. Sławek z Kacprem mieli jeszcze jedną lekcję, więc Wojtek wracał sam przez śmietnisko na pustkowiu, gdzie leżały stare rzeczy, słoiki, butelki, różne śmieci. Musiał uważać, żeby w nic nie wdepnąć.

Nagle usłyszał dziwny dźwięk. Podniósł głowę i zamarł przed nim pojawiła się sfora psów. Było ich mnóstwo. Chłopiec cofnął się, chciał uciec, ale było za późno. Psy już go otoczyły. Największy zbliżył się, opuścił pysk do ziemi i wyszczerzył kły. Wojtek zaczął krzyczeć, nie słysząc choćby własnego głosu. W tej chwili pies rzucił się na niego. Chłopiec próbował zasłonić się tornistrem, ale zdziczałe zwierzę złapało torbę, wyrwało mu ją i szarpało po ziemi.

Upadł, broniąc się rękami, aż poczuł ostre zęby wgryzające się w ramię, potem stracił przytomność… Nie widział, jak przez ogródek biegnie zgarbiona Popka z łopatą, z łatwością przeskakuje płot i miota się wśród psów, bijąc je na prawo i lewo. Psy były zaskoczone, ale wiele już poczuło krew, otoczyły starą kobietę i leżącego na ziemi chłopca, ruszyły do ataku. I Popka oszalała wrzeszczała swoim ostrym głosem, wymachiwała łopatą. Największy pies wskoczył jej na plecy i wgryzł się w kark. Popka, tracąc przytomność z bólu, runęła na chłopca, osłaniając go swoim ciałem, wielką spódnicą…

W tym czasie wieś była niemal pusta. Dorośli pracowali w polu lub w gospodarstwach. Technik weterynarii z pomocnikiem wracali właśnie z miasteczka zamawiali paszę i nowe szczepionki dla krów. Zbliżając się wiejskim traktem, technik zauważył ruch w trawie koło ogrodu Popki i usłyszał warkot.

Tomek, skręć do Popkowego ogródka. Coś się tam dzieje!

Tomek gwałtownie zawrócił i zajechał na miejsce zdarzenia. To, co zobaczyli, poraziło ich do głębi. Sfora psów czekała w gotowości. Wszędzie pełno było krwi, walające się porwane zeszyty, książki. Stara kobieta leżała twarzą do ziemi z ręką do kości pogryzioną, a największy pies próbował rozszarpać jej szyję. Obaj rzucili się do akcji, tłukąc psy czym popadnie. Pies łapały ich za nogi, rzucały się na piersi. Tomek chwycił zakrwawioną łopatę i wymachiwał nią wściekle. Psy piszczały, szczekały w niebogłosy. W końcu przybiegli ludzie z wsi z widłami i strzelbami, strzelali w powietrze. Przywódca, brocząc krwią, zawył i pognał z całą sforą do lasu.

Popka jęknęła. Dopiero wtedy mężczyźni zauważyli, iż pod nią leży jeszcze ktoś…

Tomek, dzwoń po karetkę, babcia żyje!

Podnieśli Popkę i położyli obok na trawie, i zobaczyli bladego, zakrwawionego chłopca. On również nieprzytomny…

Słoneczny, jesienny promień słońca łagodnie tańczył po poduszce i piegowatym nosie Wojtka. Chłopiec otworzył oczy. Białe ściany szpitala były zimne i obce.
Gdzie ja jestem? myśli powoli wracały do jego głowy. Poruszył się.
Mama, siedząca obok, rozpromieniła się:
Wojtek, synku, obudziłeś się! i rozpłakała się.

Ręka i ramię Wojtka bardzo bolały. Przypomniał sobie wszystko.
Mamo, psy odgryzły mi rękę, już nie będę umiał pisać?
Nie, synku, nie odgryzły. Tylko pogryzły. Miałeś operację. Zagoi się, zanim się obejrzysz, zażartowała mama. Dziękuj Bogu za Popkę. Osłoniła cię własnym ciałem. Śpij, kochany…

Popkę pochowano całą wioską. Psy pogryzły jej obie ręce i nogę. Serce starej kobiety nie wytrzymało na stole operacyjnym.

Następnego dnia po tragedii wściekli wiejscy mężczyźni, po kryjomu, bez zgody władz, wystrzelali całą zdziczałą sforę. Naliczono czterdzieści psich trupów, które wrzucono do wielkiego dołu za wsią i zasypano ziemią. Koło lasu znaleźli norę z psimi szczeniakami. Te rozebrali po domach gospodarze.

Wojtek opuścił tylko jedno półrocze w szkole. Ręka długo nie chciała pisać, ale codziennie ją ćwiczył. Pani Daria go chwaliła, a chłopcy ze szkoły uważali za bohatera!

Z mamą chodzili na cmentarz, przynosili Popce kwiaty na grób. Na tabliczce na krzyżu widniało Raisa Popka, lat 90. Mama się rozpłakała.
Los dziwnie sobie z ludźmi drwi. Dziękuję ci, Popko! Za las, i najbardziej za mego syna. Niech ci ziemia lekką będzie!

Na szkolnym przedstawieniu z okazji Nowego Roku, gdy do choinki wybiegła Baba Jaga, Wojtek nie wytrzymał rozpłakał się i wybiegł z sali. Ręka bolała go mocno. Przypomniał sobie Popkę…

Idź do oryginalnego materiału