Miłość z nutą gorzkiego piołunu

2 tygodni temu

Miłość pachnąca piołunem
Ich miłość nie pachniała różami ani miodem, ale suchym kurzem leśnych ścieżek i rozgniecionym piołunem. W okolicach mówiło się: jak się połączą cały świat się zatrzęsie; rozstaną się lasy sploną.
Jagoda była zielarką z dziada pradziada. Znała szept każdego źdźbła trawy, umiała leczyć rany, których nie chciały goić żadne maści. Miała ciepłe dłonie, zawsze pachnące tymiankiem.
Radomir był natomiast kimś obcym. Czarodziej, którego moc rodziła się nie ze szmeru ziemi, ale z ostrych rozkazów żywiołom. Jego czary były jak nóż ostre, zimne jak woda Wisły w styczniu.
Poznali się w jesienny, zamglony wieczór, kiedy oboje szukali tego samego: korzenia czarownicy, kwitnącego raz na dziesięć lat.
Nie ruszaj głos Jagody przeciął ciszę. To nie dla twoich zachłannych rąk, Radomirze. Ziemia daje go na leczenie, nie dla twoich sztuczek.
Leczenie to tylko odwlekanie nieuniknionego, zielarka prychnął Radomir, nie patrząc na nią. Ja chcę zobaczyć samo sedno rzeczy.
Nie zostali wrogami, ale przyjaźni również nie było. Coś ich ciągnęło do siebie, niezależnie od rozsądku. To była miłość-opór, wieczny konflikt między tworzyć a rządzić.
Jagoda przynosiła mu dziki miód i napary przeciw bezsenności, gdy jego magia wypalała go od środka.
On zostawiał przy jej progu rzadkie bryłki kruszcu, które połyskiwały jak gwiazdy, żeby nie musiała się bać długich zimowych nocy.
Piołunowa gorycz zawsze była blisko. Jagoda widziała, jak Radomir czerpie siłę z pustki, i to ją przerażało. Radomir irytował się jej miękkością, uważał, iż marnuje swój dar na niewdzięcznych ludzi.
Pewnej wiosny w okolicę przyszła epidemia. Nie wybierała między dobrymi a złymi.
Jagoda oddawała ostatnie siły, wciągając gorączkę do własnych żył a Radomir pierwszy raz w życiu się przestraszył. Nie o świat, tylko o nią.
By ją uratować, musiał zrobić coś, czego pogardzał: oddać swoją moc ziemi, żeby napoiła wyczerpaną zielarkę.
Kiedy Jagoda otworzyła oczy, Radomir stał przy oknie. Po raz pierwszy pojawiły się siwe pasma w jego włosach, a w dłoniach nie błyszczały już iskry.
Dlaczego? wyszeptała.
Piołun jest gorzki, Jagodo odpowiedział, nie patrząc na nią. Ale bez tej goryczy każda słodycz to tylko kurz. Wybrałem ciebie, nie wieczność.
Osiedli razem na skraju lasu pod Krakowem. Ona dalej leczyła, a on uczył się słuchać szeptu ziół, który kiedyś zagłuszał własną wolą. Ich miłość była trudna, chropowata, cierpka jak piołun w zachodzie słońca. Ale żadne z nich nie zamieniłoby tej goryczy na najsłodszy miód, choćby kosztował tysiąc złotych.
Zamieszkali w starej chacie na końcu Gnilnej Łąki miejscu, gdzie nie zapuszczali się ani drwale, ani miejscowi plotkarze.
Radomir, pozbawiony talentu do wzywania piorunów, odkrył w sobie dar czucia metalu. Został kowalem, nie zwyczajnym, bo wykuwał noże, które nigdy się nie tępiły, i podkowy przynoszące szczęście. Każde uderzenie jego młota było echem dawnej złości przemienionej w tworzenie. To stało się jego losem.
Jagoda założyła malutki ogródek, gdzie rosły obok siebie trujący tojady i lecznicza szałwia. Przestała się bać ciemności Radomira, bo wiedziała, iż najbardziej żyzna gleba jest czarna.
Ich miłość nie była cukierkowa. To życie dwóch silnych ludzi, którzy ścierali się jak dwa granitowe żarna.
Czasem Radomir z przyzwyczajenia próbował przełamać sytuację wolą. Gdy susza niszczyła ogród, godzinami siedział na progu, zaciskając pięści do białości, próbując wymusić choć kroplę deszczu.
Przestań mówiła cicho Jagoda, kładąc mu dłoń na ramieniu. Ziemia nie jest niewolnicą. Poproś ją, nie rozkazuj.
Nie umiem prosić burknął w odpowiedzi.
Ale wieczorem razem nosili wodę z odległego źródełka, a w tym było więcej magii niż w najpotężniejszym zaklęciu.
Do ich chaty często przychodziły cienie. Raz byli to dawni uczniowie Radomira, którzy chcieli z powrotem wciągnąć go w świat czarowników; innym razem chorzy, których Jagoda nie była w stanie wyleczyć sama.
Pewnego razu pojawił się dawny wróg Radomira czarodziej w czarnym płaszczu.
Nie przyszedł zabijać, ale żądać tego, co Radomir zawdzięczał magii. Zażądał głosu Jagody w zamian za odzyskanie Radomira mocy.
Radomir spojrzał na swoje spracowane dłonie kowala, potem na Jagodę, która akurat gotowała piołunowy wywar. Nie prosiła o obronę, tylko patrzyła na niego z ogromnym zaufaniem.
Moc zdobyta milczeniem ukochanej osoby nie jest mocą, ale niewolą powiedział Radomir.
Nie użył magii. Po prostu chwycił swój ciężki kowalski młot i wyszedł na próg. Mówią, iż tej nocy las drżał nie od zaklęć, ale zwykłej, ludzkiej złości mężczyzny broniącego swego domu. Cień zniknął.
Zestarzeli się pięknie. Włosy Jagody były białe jak kwiaty tarniny, a broda Radomira szara jak popiół po ognisku.
Podobno, kiedy nadszedł ich czas, nie odeszli oddzielnie. Po prostu wybrali się razem w głąb boru podczas kwitnienia piołunu. Dziś w tym miejscu rosną dwa drzewa: potężny dąb, który wrasta korzeniami w rudę, i giętka wierzba oplatająca jego pień.
Jeśli ktoś zerwie liść z tej wierzby, poczuje na ustach najprawdziwszą gorycz gorycz prawdziwej, niewymyślonej miłości, silniejszej niż jakiekolwiek czaryMówią, iż wiosną, na skraju Gnilnej Łąki, woń piołunu miesza się ze słodkim zapachem miodu. I kiedy wiatr porusza liście dębu i gałązki wierzby, słychać szept: niech gorycz będzie częścią życia, nie jego przekleństwem bo tylko wtedy świat staje się prawdziwy. Tak właśnie kochali, tak żyli i tak zostali: zaklęci w korzeniach, liściach i pamięci tych, którzy odważyli się pokochać z całym jej cierpkim smakiem.

Idź do oryginalnego materiału