W dawno minionych latach, gdy zimy bywały ostrzejsze, pamiętam, jak pewnego dnia nad jeziorem w okolicach Mazur, młody chłopak o imieniu Bartosz Kowalski wybrał się na łyżwy. To była cicha, mroźna niedziela i tafla lodu kusiła każdego, kto pragnął poczuć wiatr we włosach. Bartosz sunął po lodzie, gdy nagle zauważył trzy sarny zmagające się z cienkim lodem przy brzegu. Wyglądały na wystraszone i było widać, iż nie mogą się wydostać.
Bez namysłu, Bartosz chwycił swój czekan i ruszył im na pomoc. Kilka razy musiał ostrożnie podważać lód, dbając o to, by nie zrobić zwierzętom krzywdy. W końcu, po niemałym wysiłku, wszystkie trzy sarny stanęły na twardym, bezpiecznym gruncie. Jego czyn poruszył serca mieszkańców okolicznych wsi, kiedy rozeszła się wieść o tej niezwykłej dobroci wielu chwaliło Bartosza za jego wrażliwość i odwagę.
Mam nadzieję, iż sarny od tamtej pory bardziej rozważnie spoglądają na zimową aurę, zanim zdecydują się spacerować po zamarzniętej wodzie.
Bartosz ostrożnie manewrował po lodzie, starając się naprowadzić sarny na grubszy jego fragment. Szczęśliwie udało mu się wszystkie trzy zwierzęta dotarły w bezpieczne miejsce, zanim lód zdążył się pod nimi załamać. To był prawdziwy przykład ludzkiego serca i wielkiej życzliwości.
Wspominam, jak Bartosz delikatnie podchodził do sarny, zawiązując jeden koniec liny na jej szyi, a potem powoli ciągnął ją na suchy ląd. Miał wielkie szczęście, iż natrafił na te zwierzęta uwięzione w lodzie. Gdyby nie wybrał się wtedy na łyżwy, mogłyby przepaść. Po odzyskaniu przez sarny wolności, Bartosz rozwiązał linę, a one pobiegły z powrotem do lasu, znikając pośród śnieżnych drzew. Od tamtego czasu w okolicy mawiano, iż dobroć wraca do człowieka, choćby w najprostszym uśmiechu losu.
Takie historie jak ta sprzed lat pokazują, jak wielkie znaczenie mają czyny pełne troski i odruchy serca, których się nie zapomina.








