Marzyli o pięknym domu na wsi. "Z podkulonym ogonem wróciliśmy do miasta"

4 godzin temu

Za dużo „Domku na prerii”

- Jestem urodzonym mieszczuchem – mówi Monika. – W dzieciństwie wieś znałam jedynie z rodzinnych wyjazdów na wakacje. Mieszkaliśmy u zaprzyjaźnionych gospodarzy w kwaterze na wynajem. Zawsze było wtedy lato, dom miał piękny i zadbany ogródek, wokół było zielono i spokojnie. Sielskie klimaty. Żadnych samochodowych hałasów, agresywnych kierowców na drodze, bark ciągle spieszących się ludzi, uprzejmi sąsiedzi. Największym niebezpieczeństwem był miejscowy pijak pod sklepem.

Monika była radcą prawnym w kancelarii obsługującej prywatne spółki. Tworzyła, analizowała, opiniowała i negocjowała umowy handlowe z kontrahentami. Dbała o bezpieczeństwo biznesowe firmy. Konkurencja w tej branży jest duża, a wymagania szefów wysokie. By nie popełnić żadnego błędu, poświęcała bardzo dużo czasu w pracę. Po jakimś czasie kobieta była kompletnie wypalona, jej słabym punktem była wrażliwość i perfekcjonizm.

- Mariusza poznałam jeszcze na studiach – opowiada Monika. – Był bardzo ambitny i przebojowy. Skończył prawo, ale poszedł w politykę, potem zaczął robić karierę w spółkach państwowych. Pobraliśmy się, mieszkaliśmy w czteropokojowym mieszkaniu na nowym, ogrodzonym osiedlu. Blisko do centrum. Na początku nie mieliśmy czasu, żeby analizować naszą jakość życia w mieście. Wychodziliśmy z mieszkania rano, wracali wieczorem. W wolne dni leżeliśmy przed telewizorem, szliśmy na imprezy lub spotkania ze znajomymi. Często jechaliśmy gdzieś do hotelu, żeby odpocząć.

Para chciała mieć dzieci, urodziło im się dwóch chłopców. Było między nimi trzy lata różnicy. To spowodowało konieczność zmian w życiu rodziców.

- Chciałam być prawdziwą mamą, więc brałam maksymalny czas na urlop macierzyński – oznajmia Monika. – Niestety, mojemu szefowi to bardzo się nie podobało. Miałam coraz większe problemy w firmie. Po drugim dziecku straciłam wypracowaną pozycję, dostawałam najgorsze zadania. Byłam na skraju załamania nerwowego. Mąż nie pomagał, przekonał mnie, iż weźmie na siebie utrzymanie rodziny. Nie było mi z tym dobrze, ale nie byłam w stanie być idealną mamą i idealną panią mecenas.

Stres z tego powodu ją zabijał. Musiała dokonać wyboru.

- Mariusz postawił sprawę na ostrzu noża, chciał abym odpuściła pracę zawodową – relacjonuje Monika. - Dostał bardzo intratną posadę, nie musiałam zarabiać. adekwatnie to mi ulżyło, gdy złożyłam wypowiedzenie. W końcu zaczęłam się cieszyć z bycia matką i żoną. Postanowiłam wychować dzieci w idealnych warunkach, zapewnić im jak najlepsze warunki.

Wtedy Monika zaczęła dostrzegać, iż ich mieszkanie leży przy zbyt ruchliwej ulicy. W lecie nie było czym oddychać. W nocy było głośno, podrasowane silniki motocykli lub samochodów nie dawały spać. Blokowy placyk zabaw był zbyt mały dla dzieci, brakowało zieleni. Musieli jeździć do parku, kilka ulic dalej. Chłopcy podrośli, poszli do szkoły.

Dzieci to inwestycja

- Owszem placówka była blisko, ale niektóre dzieci w klasie opóźniały naukę, bo stale przeszkadzały – opowiada Monika. - Nauczyciele nie realizowali ambitnego programu, bo brakowało sprzętu dydaktycznego, albo byli przeciążeni pracą. Przenieśliśmy synów do prywatnej szkoły. Woziłam i odbierałam ich każdego dnia. Doszły zajęcia pozalekcyjne. Jeden z synów miał uzdolnienia muzyczne, drugi chciał konstruować roboty.

Synowie małżeństwa mieli także prywatne lekcje pływania, sztuk walk. Ojciec też chciał, by jeździli konno, grali w tenisa oraz golfa. Matka nie miała nic przeciwko. Dzieci były ich inwestycją.

- Nie brakowało mi pracy, odnalazłam się jako gospodyni domowa – przyznaje Monika. – Byłam wolna i spełniona. Mąż też to odczuł, gdy wracał, a ja podawałam gorący, domowy obiad. Uznał, iż powinniśmy zrobić krok dalej. Zamieszkać w „prawdziwym domu”.

Małżonkowie postanowili mieć wielki dom, ale nie w mieście. Chcieli, by synowie mieli dużo przestrzeni do życia, swoje boisko do koszykówki i do tenisa oraz odkryty basen. Wymarzyli sobie piękny, duży ogród z altaną, albo lepiej, z domkiem letnim. Rozpatrywali oferty, doszli do wniosku, iż to musi być wieś. Ceny gruntu lepsze, rzadka zabudowa, nikt nikomu nie patrzy w okna. W ofertach można było też znaleźć działkę blisko lasu i zbiornika wodnego.

- I tak woziłam synów do szkoły i zajęcia – tłumaczy Monika. – Mogłam nadrobić trochę drogi, wracając robiłabym zakupy w dużych sklepach na obrzeżu miasta. Męża firma mieściła się też pod miastem, więc również musiał dojeżdżać. Na korzyść domu daleko od miasta przemawiał fakt, iż coraz częściej słyszeliśmy o narastającej przestępczości wśród młodych ludzi. Narkotykach, bójkach, wymuszeniach pieniędzy czy rozprzestrzenianiu się hejtu i treści o charakterze seksualnym, albo gorzej. Wolałam mieć na synów na oku, ile to tylko możliwe. Taka izolacja na wsi to była bezpieczna opcja. Co prawda, moja mama mnie ostrzegała. Mówiła, iż to taka pozorna sielanka, iż trzeba będzie wozić dzieci, odśnieżać, nie będzie blisko sklepu. No ale ja tego nie chciałam słuchać.

Para znalazła odpowiednie miejsce, położone 15 kilometrów od miasta. Udało im się trafić na grunt z własnym stawem, więc zamiast basenu planowali pogłębić zbiornik, zrobić piaskowe dno. Wszystko zapowiadało się idealnie. Ruszyły prace budowlane, które trwały dwa lata.

Z podkulonym ogonem

- Byliśmy szczęśliwi wprowadzając się do naszego pięknego domu – mówi Monika. - Mariusz był dumny, iż w końcu jest prawdziwym mężczyzną. Razem z synami zasadzili trzy dęby na końcu działki. Ja zajęłam się meblowaniem i urządzaniem wnętrz. Były grille, wylegiwanie się na tarasie i pluskanie w stawie. To lato było cudowne. Niestety wakacje się skończyły.

Synowie wrócili do szkół. Starszy już chodził do najlepszego liceum, było na drugim końcu miasta. Do tego dochodziły zajęcia pozalekcyjne. Matka musiała odbierać i rozwozić dzieci w różne miejsca.

- Nasz plan był dobry, ale w rzeczywistości siedziałam za kółkiem jak zawodowy kierowca – stwierdza. – Od rana do wieczora musiałam zapewniać transport. Robiłam co najmniej 100 kilometrów dziennie. Do tego zakupy, przygotowywanie posiłków, o dbaniu o porządek nie wspomnę. Próbowałam to jakoś rozwiązać. Wynajęłam miejscową panią do sprzątania i gotowania. No ale przez cały czas jeździłam w tę i z powrotem. Byłam coraz bardziej zmęczona i zirytowana. Mąż też.

Rozpoczęły się prace przy przebudowie trasy szybkiego ruchu, więc doszły duże korki na drodze dojazdowej. Musieli robić objazdy. Gdy zrobiło się ciemno, a późną jesienią spadł śnieg, dom na skraju wsi stał się pułapką.

- Zasypało nas, nie mogliśmy wyjechać - opowiada kobieta. – Mąż musiał wynajmować rolnika z traktorem, żeby utorował nam drogę. Synowie zaczynali narzekać. Ja zagryzałam zęby. Doszły kłopoty z lekarzami, mieliśmy swoich w mieście, z każdą sprawą trzeba było jechać. Kolejne komplikacje.

Na wiosnę przyszły roztopy, na części drogi nie było asfaltu, droga rozmiękła. Monika się zakopała. Jeden z synów nie dotarł na bardzo istotny egzamin. Wybuchła awantura. Chłopcy mieli dość takiego życia.

- Usłyszałam, iż wywlekliśmy ich na wiochę – mówi Monika. – Że nie mają szans spotykać się, jak normalni nastolatkowie z kolegami, iść do kina, czy na hamburgera. Gorzko wyrzucili, iż są wożeni przez mamusię jak jakieś niedojdy. Zapraszali kolegów do domu, to nikt nie chciał przyjechać na to „zadupie”. Też miałam tego kołowrotu dosyć, ale jeszcze się starałam. Przecież tyle w to zainwestowaliśmy.

Wtedy Monika zachorowała na grypę. Próbowała, mimo okropnego stanu zdrowia, przez cały czas wozić dzieci. Mało brakowało, a spowodowałaby wypadek. Musiała odpocząć. Mąż próbował ją zastąpić, nie miał szans na urlop, był w trakcie ważnych negocjacji. Od tego zależała jego zawodowa przyszłość. Wszystko się waliło. Rodzina cały czas się kłóciła.

- W łóżku miałam czas wszystko przemyśleć – opowiada Monika. – Policzyłam koszty plus czas i nasze nerwy. Oprócz dużej przestrzeni naszego domu, pięknych okoliczności przyrody w letnie miesiące i braku sąsiadów, co nie zawsze jest dobre, to były same minusy.

Rodzina musiała przedyskutować sytuację. Wszyscy chcieli znowu zamieszkać w mieście. Tylko Mariusz chwilę się wahał, ten dom był jego marzeniem. ale w końcu uległ.

- Sprzedaliśmy nieruchomość po niższej cenie, bo nie było wielu chętnych – mówi Monika. – Mieszkamy w szeregowcu, koło przystanku miejskiej komunikacji. Mamy taras, mini ogródek, miejsce na grilla. Chłopcy odżyli. Mogą już sami jeździć do szkoły i na zajęcia. Ich życie towarzyskie odżyło. Widzę, iż są teraz szczęśliwi. Ja też odetchnęłam z ulgą, to był głupi pomysł. Przestałam być kierowcą, a przecież tego czasu za kółkiem nikt mi nie odda. Zaczynam myśleć o powrocie do zawodu. Moja mam skwitowała, iż wróciliśmy do miasta z podkulonym ogonem. Cóż, musiałam jej przyznać rację.

Idź do oryginalnego materiału