10 października
Nie mogłem go zostawić, mamo wyszeptałem, kiedy wieczorem usiedliśmy razem w kuchni. Zrozum, nie mogłem.
Mam na imię Michał Wysocki, mam czternaście lat. Czasami czuję, iż świat sprzysiągł się przeciwko mnie. A może po prostu nikt nie chce mnie zrozumieć?
Znowu ten łobuziak! mruczała sąsiadka z bloku, pani Klaudia z trzeciego piętra, przechodząc na drugą stronę podwórka. Matka sama wychowuje, więc co się dziwić? Wszystko przez to!
A ja szedłem dalej, z rękami w kieszeniach starych, podartych jeansów, udając, iż nie słyszę. Chociaż słyszałem dokładnie każde słowo.
Mama ciężko pracuje, znowu wraca późno. Na stole zostawia kartkę: Kotlety w lodówce, podgrzej sobie. Potem cisza, niezmienna i męcząca.
Po dzisiejszej rozmowie w szkole, gdzie znów dostawałem reprymendę od nauczycieli za swoje zachowanie, wracałem do domu jeszcze bardziej przygnębiony. Wiem, iż sprawiam kłopoty. Ale co mam zrobić?
Ej, Michał! zawołał pan Witold, sąsiad z pierwszego piętra. Widziałeś tu kulejącego psa? Trzeba go przepędzić.
Zatrzymałem się. Spojrzałem w stronę śmietnika.
Rzeczywiście, obok kontenerów leżał pies. Dorosły, rudy z białymi łatkami. Nie ruszał się, tylko patrzył na przechodniów. Bardzo mądre i smutne oczy.
Wygoniliby go wreszcie! poparła pani Klaudia, odzyskując odwagę. Chory może!
Podszedłem bliżej. Pies nie drgnął, tylko lekko machał ogonem. Na tylnej łapie miał głęboką ranę, krew już zaschła.
Na co czekasz? burknął pan Witold. Weź kijek, przegonisz go!
Coś się we mnie wtedy przełamało.
Nie waż się go dotknąć! powiedziałem stanowczo, stając między psem a sąsiadami. On nikomu nic złego nie zrobił!
No proszę! mruknął pan Witold ze zdziwieniem. Obrońca zwierząt się znalazł.
I będę bronił usiadłem obok psa, wyciągnąłem ostrożnie rękę. Powąchał moje palce i polizał dłoń.
W środku poczułem coś ciepłego. Pierwszy raz od dawna ktoś patrzył na mnie z życzliwością.
Chodź wyszeptałem do psa. Chodź ze mną.
W domu przygotowałem Rudemu, bo tak go nazwałem, legowisko z dawnych kurtek w kącie mojego pokoju. Mama była w pracy, więc nikt nie krzyczał ani nie wypędzał zarazy.
Rana wyglądała źle. Usiadłem do komputera, czytałem poradniki o pierwszej pomocy dla zwierząt. Z trudem rozumiałem medyczne nazwy, ale starałem się zapamiętać, co najważniejsze.
Trzeba odkazić wodą utlenioną mruczałem, grzebiąc w apteczce. Potem jod na brzegi, ale delikatnie, żeby nie bolało.
Rudy spokojnie podawał łapę, wpatrując się we mnie wdzięcznie. Tak, jak nikt na mnie nie patrzył od dawna.
Jak masz na imię, co? Rudy jesteś. Może po prostu Rudy?
Pies szczeknął, jakby zaakceptował ten pomysł.
Wieczorem wróciła mama. Przygotowałem się na awanturę. Mama obejrzała Rudego, sprawdziła opatrunek.
Sam bandażowałeś? spytała cicho.
Sam. W internecie znalazłem instrukcję.
A czym go będziesz karmił?
Wymyślę coś.
Mama patrzyła na mnie długo. Potem na Rudego, który polizał jej dłoń.
Jutro pójdziemy do weterynarza stwierdziła. Zobaczymy, co z łapą. Imię już masz?
Rudy odpowiedziałem z uśmiechem.
Po raz pierwszy od miesięcy czułem, iż między nami nie ma już muru.
Następnego dnia wstałem wcześniej niż zwykle. Rudy próbował wstać, jęcząc z bólu.
Leż spokojnie, przyniosę wodę, dam coś jeść.
W domu nie było karmy dla psa. Oddałem mu ostatni kotlet, namoczyłem chleb w mleku. Rudy jadł łapczywie, ale ostrożnie, oblizując każdy okruszek.
W szkole nie pyskowałem nauczycielom. Cały dzień myślałem tylko o Rudym. Czy bolą go rana? Czy czuje się samotny?
Jakiś inny dziś jestem zauważyła pani wychowawczyni.
Wzruszyłem ramionami. Nie chciałem opowiadać, bo by się śmiali.
Po lekcjach biegłem do domu, nie zwracając uwagi na spojrzenia sąsiadów. Rudy powitał mnie radosnym szczekaniem już umiał stać na trzech łapach.
Chcesz na spacer? zrobiłem smycz z sznurka. Tylko ostrożnie, nie forsuj łapy.
Na podwórku wybuchła mini-sensacja. Pani Klaudia, widząc nas, prawie zadławiła się pestkami słonecznika:
Przecież wziął go do domu! Michał! Zwariowałeś?
Co w tym dziwnego? odpowiedziałem spokojnie. Leczę go. Niedługo będzie zdrowy.
Leczyć?! podeszła bliżej. Skąd masz pieniądze na lekarstwa? Ukradłeś matce?
Zacisnąłem pięści, ale się powstrzymałem. Rudy przylgnął do mojej nogi, jakby wyczuwał napięcie.
Nie kradnę. Wydaję swoje pieniądze. Oszczędzałem ze śniadaniowych.
Pan Witold pokręcił głową.
Zdajesz sobie sprawę, chłopaku, iż to odpowiedzialność? Zwierzę to nie zabawka. Trzeba karmić, leczyć, wyprowadzać.
Od tej pory każdy dzień zaczynał się od spaceru z Rudym. gwałtownie dochodził do siebie, choć lekko utykał. Zacząłem uczyć go komend cierpliwie, po godzinach.
Siad! Brawo! Daj łapę! Tak jest!
Sąsiedzi patrzyli z daleka. Jedni wywracali oczami, inni się uśmiechali. A ja widziałem tylko wierne oczy Rudego.
Zmieniłem się. Stopniowo. Przestałem pyskować, zacząłem sprzątać w domu, choćby poprawiły mi się oceny. Zyskałem cel. I to był tylko początek.
Minęły trzy tygodnie i wydarzyło się coś, czego najbardziej się bałem.
Wracaliśmy z Rudym ze spaceru, gdy zza garaży wyskoczyła banda bezpańskich psów. Pięć albo sześć wściekłych, głodnych, z żarzącymi się oczami. Największy, czarny, wyszedł na przód.
Rudy cofnął się za mnie. Łapa go bolała, nie mógł gwałtownie biegać. A tamte wyczuły słabość.
Odejdźcie! krzyknąłem, machając smyczą. Wynocha!
Ale psy nie ustępowały. Otaczały nas coraz ciaśniej. Czarny rozszczekał się, szykując się do ataku.
Michał! z okna krzyknęła pani Klaudia. Uciekaj! Zostaw psa i biegnij!
Za nią pojawiło się kilka sąsiedzkich twarzy.
Nie wygłupiaj się! dołączył pan Witold. On i tak nie ucieknie, kuleje!
Spojrzałem na Rudego. Drżał, ale nie cofał się. Przylgnął do mojej nogi. Gotowy być ze mną, cokolwiek się stanie.
Czarny pies skoczył pierwszy. Zasłoniłem się rękami, ale ugryzł mnie w ramię. Przez kurtkę, aż do skóry.
Rudy, mimo chorej łapy i strachu, rzucił się do obrony. Wgryzł się w nogę lidera, zawisnął całym ciałem.
Rozpętała się walka. Odpierałem ataki, próbowałem chronić Rudego przed zębami. Sam dostawałem ugryzienia, zadrapania, ale nie cofałem się.
Jezus Maria, co tu się dzieje! wołała z góry pani Klaudia. Witek, pomóżże!
Pan Witold zbiegał po schodach, chwytał kijek, co popadnie.
Trzymajcie się! krzyczał. Już idę!
Prawie upadałem pod naciskiem stada, kiedy usłyszałem znajomy głos:
Wynocha!
To była mama. Wyskoczyła z klatki z wiadrem wody i oblała psy. Banda odskoczyła.
Witek, pomóż! zawołała.
Pan Witold podbiegł z kijem, za nimi kilku sąsiadów. Psy zrozumiały, iż przegrały, i uciekły.
Leżeliśmy na asfalcie, ja i Rudy, cali we krwi, drżący, ale żywi.
Synku mama klęknęła obok, delikatnie badała moje rany. Przestraszyłeś mnie na śmierć.
Nie mogłem go zostawić, mamo wyszeptałem. Rozumiesz? Nie mogłem.
Rozumiem powiedziała cicho.
Pani Klaudia zeszła na dół, podeszła blisko. Patrzyła dziwnie, jakby widziała mnie po raz pierwszy.
Chłopcze… szepnęła roztrzęsiona. Mogłeś zginąć przez… przez psa.
Nie przez psa wtrącił pan Witold. To był przyjaciel. Rozumie pani różnicę, Klaudio?
Sąsiadka skinęła głową, łzy spływały jej po policzkach.
Chodźcie do domu powiedziała mama. Trzeba opatrzyć rany. Rudego też.
Z trudem wstałem, wziąłem Rudego na ręce. Skowyczał cicho, ale ogonem machał cieszył się, iż jestem obok.
Zaczekajcie zatrzymał nas pan Witold. Jutro jedziecie do weterynarza?
Jedziemy.
Ja was zawiozę. Zapłacę za leczenie psiak bohater, nie da się ukryć.
Spojrzałem z niedowierzaniem.
Dziękuję, panie Witoldzie. Ale chciałem sam…
Bez dyskusji. Potem oddasz, zarobisz. Teraz jesteśmy z was dumni, prawda?
Sąsiedzi pokiwali głowami.
Minął miesiąc. Zwykły październikowy wieczór. Wracałem z kliniki weterynaryjnej, gdzie dorabiam w weekendy jako wolontariusz. Rudy biegł przy mnie łapa wyzdrowiała, prawie nie utykał.
Michał! zawołała pani Klaudia. Poczekaj chwilę!
Zatrzymałem się, gotów na kolejny wykład. Ale sąsiadka podała mi torbę z karmą.
Dla Rudego powiedziała zawstydzona. Dobra karma, droga. Dbasz o niego.
Dziękuję, pani Klaudio odpowiedziałem szczerze. Ale mam. Zarabiam w klinice weterynaryjnej, lekarka Anna płaci mi kilka złotych.
Weź, przyda się później.
W domu mama gotowała kolację. Uśmiechnęła się, gdy mnie zobaczyła:
Jak tam w klinice? Anna zadowolona z ciebie?
Mówi, iż mam dobre ręce. I jestem cierpliwy. Myślę poważnie może zostanę weterynarzem.
A w szkole jak?
Dobrze. choćby pan Piotr z fizyki chwali mnie za uwagę.
Mama kiwnęła głową. Przez ten miesiąc bardzo się zmieniłem. Nie pyskuję, pomagam w domu, choćby sąsiadom mówię dzień dobry. Najważniejsze mam cel. Marzenie.
Wiesz powiedziała jutro pan Witold przyjdzie. Chce zaproponować ci dodatkowe zajęcie. Znajomy ma hodowlę psów, potrzeba pomocnika.
Rozpromieniłem się:
Naprawdę? Mogę brać ze sobą Rudego?
Myślę, iż tak. Jest już prawie służbowym psem.
Wieczorem siedziałem z Rudym przed blokiem. Ćwiczyliśmy nową komendę pilnuj. Rudy wykonywał wszystko z zaangażowaniem, patrząc w oczy z oddaniem.
Pan Witold dosiadł się na ławkę.
Jutro jedziesz do hodowli?
Jadę. Z Rudym.
To połóż się wcześniej. Będzie ciężki dzień.
Kiedy poszedł, zostałem z Rudym jeszcze chwilę. Położył łeb na moich kolanach, westchnął z zadowoleniem.
Odnalazłem Rudego, on znalazł mnie. I nigdy już nie będziemy samotni.

5 godzin temu





