Kudłaty anioł
Wiesz, muszę Ci coś opowiedzieć… Słuchaj, szłam wtedy przez osiedle na Żoliborzu i jak zwykle chciałam po prostu wrócić do domu po pracy. I nagle centralnie na środku chodnika siedział potężny pies. Serio, ogromny, taki wielki, iż aż ciarki przechodziły po plecach. Śledził mnie czarnymi, uważnymi oczami i wcale nie zamierzał schodzić z drogi.
Spokojnie, piesku… grzeczny jesteś… próbowałam go uspokoić, chociaż głos miałam cichy, ledwo słyszalny.
Pies wyglądał jak niedźwiedź masa kryjąca się pod gęstą, sfilcowaną sierścią. Uszy miał czujne, jakby wyłapujące każdy szmer. No i, stary, ja naprawdę zawsze się bałam psów, wszystkich, choćby tych miniaturowych, które ludzie trzymają pod pachą. Ten lęk ciągnął się za mną od dziecka.
Kiedy miałam cztery lata, rodzice zawieźli mnie do babci na wieś pod Radomiem. Obok mieszkał facet, co trzymał całą gromadę psów. No i wyobraź sobie byłam wtedy strasznym ciekawskim dzieckiem i nie mogłam się oprzeć, żeby nie pogłaskać szczeniaka, który przypadkiem wbiegł na nasze podwórko. Chwyciłam go na ręce, a tu nagle przed sobą mam jego matkę ogromną sukę. Stała nade mną, szczerząc kły, nie rzucała się, ale nisko warczała. Ten moment mnie wtedy zamroził na lata. Strach i to okropne poczucie bezradności zapadło mi w pamięć na długo.
Od tamtej pory nie minęło mi, wiesz? Za każdym razem, gdy widziałam psa, serce zaczynało walić jak dzwon. A tu patrzę znów przede mną ten kudłaty olbrzym, zupełnie jakby los sprawdzał moją odwagę. Ostatecznie postanowiłam: nie będę kombinować, tylko pójdę inną drogą. Odwróciłam się i poszłam w stronę kamienicy, ale kątem oka widziałam, iż pies idzie za mną. Trzymał się na dystans, ale szedł krok w krok.
No, cwaniaczek mruknęłam pod nosem, patrząc na niego z ukosa. Nie podchodzi bliżej, jakby rozumiał, iż się boję… Ale po co za mną idzie? I gdzie jego właściciel?
Rozmyślałam o tym całą drogę. Wreszcie zobaczyłam swoje blokowe drzwi, więc ruszyłam niemal biegiem pod klatkę. Otworzyłam domofon, wbiegłam po schodach i ostatni raz spojrzałam przez szybę a on wciąż tam siedział, wyprostowany, jakby czekał, aż zamknę drzwi i zniknę mu z oczu.
Weszłam do mieszkania, rzuciłam torbę na półkę, zdjęłam buty, stanęłam w korytarzu i jeszcze raz podeszłam do okna musiałam sprawdzić, czy pies dalej czeka. Przekręciłam się do szyby i serio, on siedział dokładnie w tym samym miejscu, tylko gdy mnie zobaczył, machnął leniwie ogonem i spokojnie ruszył w swoją stronę. Uff odetchnęłam, myśląc, iż pewnie już nie wróci.
Ale wiesz co? To zaczęło się powtarzać. Każdego dnia podczas powrotu z pracy pojawiał się, jakby wyrastał spod ziemi. Najpierw trzymał się dobrych dziesięciu metrów za mną, ale z czasem coraz bardziej skracał dystans najpierw do pięciu, potem do trzech, a w końcu szedł już prawie przy moim boku.
Mimo iż przez długi czas czułam lęk, nie zaciskałam już dłoni w pięści przy każdym jego ruchu. Zaczęłam choćby zauważać w nim coś łagodnego. Chodził dostojnie, czasami choćby machał ogonem, a w jego oczach nie było już tej grozy. Pewnego dnia przyszło mi do głowy, że… jakoś lepiej mi się wraca do domu, wiedząc, iż idzie gdzieś obok. Postanowiłam go nazwać. Długo się nie zastanawiałam dla mnie wyglądał jak prawdziwy ochroniarz, więc powiedziałam pod nosem:
Gromosław, to będzie Twoje imię…
I wyobraź sobie! Jak tylko następnym razem wyszeptałam: Gromosław!, od razu obrócił łeb, jakby rozumiał, iż o niego chodzi.
Pracowałam wtedy jako menadżerka w agencji reklamowej na Mokotowie, więc dni miałam zawalone: spotkania, maile, telefony, poprawki do kampanii. Wieczorami byłam wykończona, najczęściej marzyłam jedynie o kapciach i herbacie z cytryną przed laptopem.
A powroty do domu… stały się dzięki Gromosławowi czymś innym. Ta jego obecność trochę mnie rozbrajała. Szedł cicho, nie rzucał się, nie kręcił wokół nóg, po prostu towarzyszył. Czasem zwalniałam, żeby mógł podejść bliżej. A gdy zdobywałam się na odwagę i patrzyłam mu w oczy nie widziałam już zagrożenia, tylko jakby… czekające na zaufanie ziarno spokoju. Z każdym wieczorem mniej się bałam, a bardziej miałam poczucie, iż nie jestem już taka sama na ulicy.
Wiesz, któregoś wrześniowego wieczoru zostałam dłużej w pracy, bo klient wrzucił nowe poprawki do projektu. Gdy wychodziłam, było już po ósmej. gwałtownie ruszyłam na tramwaj, telefon w dłoni, drzewa szumiały, a powietrze pachniało chłodną jesienią. I nagle mnie tknęło coś nie tak. Gromosława nie było. Normalnie czekał na mnie pod blokiem czy za rogiem, a tu ani śladu. Od razu pomyślałam może się rozchorował, albo ktoś go zabrał, albo już się nie pojawi?
Szłam coraz szybciej, trochę spięta. Bez niego czułam się dziwnie nieswojo, choćby samotnie. Kiedy już byłam przy przejściu obok rynku, z bocznej uliczki usłyszałam jakiś głos:
Hej, ślicznotko, może się poznamy…?
Aż mi się serce zatrzymało typ szedł za mną, czuć było alkohol. Przyspieszyłam, ale w jednej chwili złapał mnie twardo za ramię.
Nie udawaj, iż mnie nie słyszysz warknął. Próbowałam się wyrwać i krzyknąć, ale byłam w szoku.
I wtedy jakby ktoś odpalił petardę rozległ się potężny, natarczywy szczek. Mój napastnik aż się zatrząsł, puścił mnie i próbował uciec, ale nagle na chodniku pojawił się Gromosław stanął nad nim i nie pozwolił się podnieść. Facet wrzeszczał i próbował się bronić, ale Gromosław tylko warczał i ani drgnął, aż do przyjazdu policji, którą zawiadomiłam.
Jak już było po wszystkim, Gromosław podszedł do mnie i położył głowę na moich kolanach. Dopiero wtedy zluzowało mi się w środku, a łzy popłynęły po policzkach. Mocno przytuliłam go za szyję, zagłębiając palce w ten jego kudłaty kołtun.
Dzięki, mój bohaterze… wymamrotałam. Dzięki, iż byłeś blisko.
Od tego wieczoru wszystko się zmieniło. Nie wyobrażałam sobie już samotnych powrotów czy pustego mieszkania. Gromosław został ze mną, zaprosiłam go do siebie. gwałtownie przyzwyczaił się do nowego życia: wybierał sobie kącik przy drzwiach albo pod oknem, czasem leżał godzinami i patrzył na ludzi na ulicy. Kupiłam mu porządną miskę i miękkie posłanie, ale na początku tylko nieufnie je obwąchiwał. Dopiero po paru dniach zaczął się czuć u mnie pewnie.
Codziennie chodziłyśmy razem na spacery do parku obok Arkadii. On powoli, ja opowiadałam mu wszystko, co w pracy, jakby rozumiał każde słowo. I powiem Ci mając go przy sobie, już się psów nie bałam, przynajmniej nie jego. Czułam się… bezpieczna? Może ja zwariowałam, ale on naprawdę dawał mi coś, czego wcześniej nie miałam.
Bywały takie dni, iż po ciężkiej pracy miałam ochotę tylko zasnąć na kanapie. I zawsze wtedy Gromosław siadał przy mnie i spokojnie opierał łeb na moich kolanach. Dawał tyle spokoju, iż od razu robiło się lżej na duszy.
Aż któregoś ranka zobaczyłam, iż Gromosław zachowuje się dziwnie nic go nie cieszyło, nie podbiegł do miski, tylko leżał i oddychał ciężko. Zmartwiłam się, zadzwoniłam po weterynarza. Diagnoza: lekkie zatrucie, pewnie coś zjadł na dworze, trzeba podawać tabletki, dbać o to, żeby pił wodę i jadł specjalną karmę.
Tydzień opieki, kota na punkcie pilnowania miskę, antybiotyki w serku, a on z każdym dniem coraz bardziej wracał do siebie. Po tygodniu znowu witał mnie przy drzwiach, a ja miałam łzy w oczach. Obiecałam sobie, iż już zawsze będzie miał dom i opiekę.
W soboty chodziliśmy na wybieg dla psów. Z czasem zaczęłam ćwiczyć z nim podstawowe komendy zapisałam nas choćby na szkolenie. Trenerka w szoku taki bystrzak, gwałtownie łapał siad, leżeć i do mnie. Pękałam z dumy! Gromosław bawił się z innymi psami, z każdej zabawy zerkał na mnie, jakby sprawdzał, czy wszystko ok. Serio, czułam się przy nim… kompletna.
Pewnego popołudnia, gdy już naprawdę myślałam, iż tak będzie zawsze, pod blokiem czekał na mnie facet. Wysoki, ubrany zwyczajnie, trzymał w dłoni smycz.
Dobry wieczór, Pani Karolino? zapytał, lekko się uśmiechając.
Zastygłam. Tak, a Pan…?
Jestem Piotr. To mój pies powiedział, wskazując na Gromosława.
O matko, nie wiedziałam, co powiedzieć. Piotr opowiedział mi, iż przez kilka miesięcy pracował w Norwegii, zostawił psa pod opieką kumpla. Ale kumpel sobie nie poradził, wypuścił psa na ulicę. Piotr wrócił, szukał psa wszędzie, aż w końcu zobaczył, jak idziemy razem przez osiedle.
Chyba nie zabierze mi Gromosława… pomyślałam wtedy rozpaczliwie.
Widząc moją minę, Piotr dodał: Widzę, iż pies się u Pani zadomowił, już nie będę go nigdzie zabierał. Dziękuję, iż Pani się nim zajęła.
Kamień z serca. Powiedziałam mu tylko: Będę się nim opiekować, obiecuję.
Piotr pomachał mi, zniknął gdzieś w bramie, a ja tuląc Gromosława w progu mieszkania, wiedziałam, iż zrobię wszystko, by wiedział, iż ma już prawdziwy dom.
I tak sobie żyjemy ja i mój kudłaty anioł, Gromosław przez którego nie tylko poczułam, co to znaczy bezpieczeństwo, ale i jak to jest kogoś naprawdę kochać.






