Leszek Bednarski wychowywał się bez ojca. A adekwatnie, ojciec był, ale gdy Leszek miał cztery lata, zginął. Pan Michał Bednarski, pracujący w Straży Pożarnej, poległ podczas akcji ratunkowej po trzęsieniu ziemi w jednym z azjatyckich krajów. Zginął razem ze swoją ukochaną owczarką niemiecką, Boksem, którego wychowywał od szczeniaka.
Mama Leszka, Elżbieta, została wdową i nie wyszła już później za mąż. Samotnie poświęciła się wychowywaniu syna. Gdy chłopak skończył czternaście lat, zapisał się do młodzieżowej sekcji kynologicznej przy Klubie Miłośników Psów. Elżbieta poparła wybór syna, ale w głębi duszy obawiała się, iż Leszek pójdzie śladami ojca i wybierze niebezpieczny zawód.
W wieku szesnastu lat Leszek przyniósł do domu szczeniaka owczarka niemieckiego. Długo nie mógł zdecydować się, jak go nazwać. Pewnego dnia, gdy wrócił ze szkoły, usłyszał, jak mama mówi do psa:
O, ty moje licho, znów coś nabroiłeś, łobuziaku.
Chłopak zaśmiał się pod nosem. Od dziecka, gdy gdzieś wszedł lub przynosił do domu błoto na ubraniu, mama zawsze wzdychała i powtarzała te same słowa. Leszek wszedł do pokoju i mówiąc przez śmiech, rzucił:
No to mamy imię. Będziesz Licho.
W ciągu dwóch lat Licho wyrósł na pięknego, silnego, zdyscyplinowanego psa służbowego. Leszek był dumny zarówno z pracy, jak i z osiągnięć psa.
Przyszła pora służby wojskowej. Leszek, podczas rekrutacji, napisał podanie z prośbą o przydział razem ze swoim psem. Ukrywał przed mamą, iż intensywnie szkoli Licho do takiej służby i liczył, iż razem zdadzą egzamin już w wojsku. Zostali wysłani do ośrodka szkoleniowego, gdzie przez trzy miesiące udowadniali, iż są gotowi do służby.
Po odbyciu szkolenia skierowano ich na wschodnią granicę Polski, niedaleko Przemyśla. Na placówce od razu zaczęli na nich wołać Licho i Bieda. Nawet, gdy wychodzili razem na patrol, żołnierze żartowali: Licho i Bieda na akcji!.
Służba mijała spokojnie, aż podczas jednego z nocnych patroli wydarzył się dramat. Zatrzymanie nielegalnych przemytników zamieniło się w strzelaninę jeden żołnierz został ranny, drugi zginął na miejscu, a Leszek zniknął. Licho także został postrzelony. Po wszczęciu alarmu przeczesano cały teren, ale chłopaka nie odnaleziono. Przez cały miesiąc trwały intensywne poszukiwania, ale bez rezultatu.
Z ciężką nowiną do Elżbiety przyszedł oficer z Wojskowej Komendy Uzupełnień. Przyprowadził także Licho. Pies doszedł do siebie po ranie, jednak wyraźnie utykał na przednią łapę. Słuchając opowieści oficera, Elżbieta płakała cicho, gładząc psa po łbie, a ten tulił się do niej, kładąc głowę na jej kolanach. Oficer mówił o nadziei, o cudach i dalszych poszukiwaniach, ale Elżbieta już go nie słuchała. Spojrzała w oczy psa i szepnęła:
O, moje licho…
Od tamtej pory każdego ranka i wieczora, w parkowych alejkach można było zobaczyć niezwykłą parę: kobietę w średnim wieku prowadzącą kulawego owczarka niemieckiego. Było w nich tyle spokoju, szlachetności i wewnętrznej siły, iż wiele osób odwracało się za nimi. Podświadomie czuło się, iż łączy ich coś głębszego niż tylko relacja właściciel-pies.
Elżbieta mówiła do psa cicho, z czułością, a pies zawsze słuchał jej uważnie, nigdy nie szczekał.
Licho, upieczemy dziś trochę pierogów z grzybami i kapustą. Ciasto właśnie wyrasta. Jutro wolne, pójdziemy nad rzekę, popływasz sobie.
Minął rok. Do Elżbiety znów zawitał przedstawiciel WKU. Przyniósł jakiś prowiant, karmę dla psa. Wytłumaczył, iż jeżeli w ciągu kolejnego roku nie będzie żadnych wieści o synu, będzie można uznać go za zmarłego. Kobieta spokojnie wysłuchała informacji, podziękowała za troskę i z tajemniczym uśmiechem zamknęła za nim drzwi.
Nie słuchaj go, Licho. Leszek żyje, czuję to.
Pewnego dnia w mieszkaniu zadzwonił dzwonek. Elżbieta zaskoczona otworzyła drzwi, ale zamiast niepokoju zobaczyła jak Licho zamerdał ogonem.
Dzień dobry, pani Elżbieto. Nazywam się Nikodem Pawlak, służyłem razem z Biedą przepraszam, z pani synem chłopak tłumaczył się szybko, widząc zaskoczenie kobiety. Hej, Licho, poznałeś mnie, łobuzie dodał z uśmiechem, patrząc na psa.
Gadali do późnego wieczora. Nikodem opowiadał o wojsku, Elżbieta podawała mu herbatę i ciasteczka, pokazywała zdjęcia Leszka z dzieciństwa, wspominali zabawne historie.
Nagle Nikodem spoważniał, jakby zbierał się na odwagę:
Proszę się nie śmiać, pani Elżbieto, ale Leszek kazał przekazać, iż na pewno wróci do domu.
Kobiecie zabrakło tchu, zasłoniła usta dłonią, łzy płynęły ciurkiem. Licho wstał, podszedł do Nikodema, dotknął jego kolana nosem i szczeknął.
Proszę się nie martwić. Nie, nie widziałem Leszka, nie wiem, gdzie jest, ale dwa tygodnie temu przyśnił mi się i powtarzał, żebym koniecznie pani to powiedział.
Elżbieta nie powstrzymywała łez, Licho lizał ją po ręce. Nikodem przyglądał się tej chwili w ciszy, czując, iż choć sen nie daje pewności cudu, nie mógł odmówić spełnienia prośby zmarłego przyjaciela.
Minął kolejny długi rok. Znów w parku przechadzała się wyjątkowa para: kobieta i pies, chodzili alejkami, rozmawiali i nie dostrzegali świata wokół.
Złota polska jesień malowała liście, promienie słońca przebijały się przez gałęzie i rozświetlały park. Przeszli na koniec alei, zawrócili. Z przeciwległej strony zbliżała się wysoka, męska sylwetka. Spowita w świetlną poświatę, szła powoli, kulejąc, każdy krok był coraz wolniejszy.
Licho się zatrzymał, strzygł uszami, jęknął cicho i wyrywając się do przodu, pociągnął smycz. Elżbieta wypuściła pętlę z ręki i pies zapominając o utykaniu pognał w stronę tego, na kogo tak długo czekał.
Kobieta stała, z opuszczonymi ramionami i zapłakanymi oczami. A tam, daleko, splątani w objęciu, stali jej Licho i Bieda.

13 godzin temu



