Szczeniak leżał w rowie przy drodze do Sułkowa – tam, gdzie kończy się asfalt i zaczyna się szuter prowadzący ku kopalni. Zwinięty w twardy kłębek, nos wciśnięty w brzuch, jakby chciał się schować sam w sobie. Jakby wystarczyło zwinąć się mocniej, a świat przestanie zauważać, minie, nie skrzywdzi. Marek prawie go przejechał. A jechał w sumie po ziemniaki. Matka zadzwoniła rano, głos zachrypnięty, po przeziębieniu: Marek, mam w piwnicy trzy worki z zeszłego roku, tyle nie zjem, zabierz, bo wykiełkują i trzeba będzie wyrzucić. Marek się nie kłócił. Z matką dyskutować to jak z prądem rzeki Raby – możesz wiosłować ile chcesz, i tak poniesie cię tam, gdzie chce.
Wrzesień wyszedł dziwny. Babie lato przyszło wcześnie, odbyło swoje i nagle wróciło, jakby o czymś zapomniało. Powietrze miękkie, ciepłe, pachniało tak, jak pachnie tylko wieś na przedmieściach Wieliczki na początku jesieni: opadłymi jabłkami, stygnącą ziemią i lekko dymem z pierwszych wieczornych palenisk. Marek jechał wolno, szyba uchylona, łokieć na zewnątrz, i kto by spojrzał z boku, zobaczyłby czterdziestodwuletniego mężczyznę, krępego, z krótką fryzurą i opalonymi na brąz przedramionami, prowadzącego zdezelowaną Dacię Dokker z miną kogoś, komu jest dobrze. Po prostu dobrze – bez powodu, od samego faktu, iż jest sobota, iż droga przed nim, a na końcu matka z wiecznymi ziemniakami i opowieściami o sąsiadce Halince, która znowu „coś kombinuje".
Przyhamował na zakręcie, bo z krzaków wyskoczyła sroka i o mało nie wleciała w szybę – głupi ptak, leci nisko, jakby nie znał przepisów. Zaklął bez złości i wtedy kątem oka zobaczył. Kłębek. Brudnorudy, z łaciatym umaszczeniem, mały. Leży na samej krawędzi asfaltu, na granicy drogi i trawy. Nie rusza się. Pierwsza myśl: martwy. Marek odwrócił wzrok, nacisnął gaz. Ale po sekundzie – nie, stop. Zatrzymał się, cofnął. Wysiadł.
Szczeniak żył. Stało się to jasne, gdy Marek podszedł na trzy kroki – kłębek drgnął, spod pyszczka przyciśniętego do brzucha błysnęło jedno oko. Brązowe, mokre, przerażone do granic możliwości. Patrzyło tak, jak patrzy stworzenie, które świat już zdążył skrzywdzić, ale które wciąż nie wierzy, iż może być tylko taki.
– No cześć – powiedział Marek. Kucnął. – Czyj ty jesteś?
Głupie pytanie. Szczeniak był niczyj – to było widać po wszystkim. Po brudnej sierści, po żebrach sterczących jak klawisze akordeonu, po tym, jak wzdrygnął się na ludzki głos – nie zerwał się do ucieczki, bo nie miał już na to sił, po prostu drgnął, jak drga człowiek budzony w środku złego snu.
Marek wyciągnął rękę. Szczeniak nie ugryzł, nie warknął – tylko mocniej wcisnął nos w brzuch i zamknął oko. Zamknął i tyle. Rób, co chcesz. Nie mam już siły ani się bronić, ani się bać. Jestem zmęczony.
Ten gest – to zamknięte oko – ścisnął coś w środku Marka. Wiele w życiu widział. W wojsku widział, na budowie widział, w latach dziewięćdziesiątych widział rzeczy, o których lepiej nie mówić przy obiedzie. Ale to małe, brudne, głodne stworzenie, leżące przy drodze i zamykające oko, bo nie zostało mu choćby siły, żeby się bać – to było coś innego. Jak cios, tylko nie pięścią, czymś miękkim i beznadziejnym.
Podniósł szczeniaka. Był lekki – nienaturalnie lekki, jakby w środku była słoma zamiast kości i mięsa. Gorący, drżący, z sercem walącym tak szybko, iż Marek czuł je przez dłoń. Tup-tup-tup-tup – jak zegarek, który się spieszy, boi się nie zdążyć.
Położył go na siedzeniu pasażera, na starej kurtce, którą wozi w aucie „na wszelki wypadek". Szczeniak nie stawiał oporu. Leżał jak szmatka, tylko oddychał – szybko, płytko, z gwizdem.
– No i co ja mam z tobą zrobić? – zapytał Marek.
Stał przy aucie i myślił szybko, po męsku, bez zbędnych rozterek. Zabrać do domu – nie da rady. To było pierwsze i najważniejsze. Dorota, jego żona, nie powie nic. Dorota spojrzy. Ma taki wzrok – spokojny, równy, bez cienia emocji na powierzchni – od którego Markowi zawsze chciało się zapaść pod ziemię. Ten wzrok znaczył: „Serio? Naprawdę to zrobiłeś? Przecież to już przerabialiśmy".
A przerabiali. Trzy lata temu Marek przyniósł kotka – znalazł na budowie, w piwnicy. Kotek przeżył u nich dwa tygodnie, nasrał na nowy dywan w salonie, zjadł fiołka Doroty, podarł zasłony i na koniec swojej błyskotliwej kariery przewrócił akwarium z gupikami. Dorota wtedy nic nie powiedziała – po prostu zadzwoniła do teściowej i poprosiła o „przygarnięcie". Matka oczywiście kota wzięła. Do dziś u niej mieszka – gruby, bezczelny, z miną zwycięzcy. Nazywa się Filemon. Oryginalnie.
Po historii z Filemonem Dorota przeprowadziła z Markiem rozmowę. Spokojną, jak wszystko, co robiła Dorota. Bez krzyku, bez łez, bez trzaskania talerzami. Usiadła naprzeciw, złożyła ręce na stole i powiedziała:
– Marek, umówmy się. Żadnych więcej zwierząt w domu. Ani kotów, ani psów, ani chomików, ani żółwi. Oboje pracujemy, w domu nikogo cały dzień, Kuba ma szesnaście lat, nie interesują go zwierzaki, a mnie nie chce się po nich sprzątać. Umowa stoi?
Marek wtedy skinął. Nie dlatego, iż się zgadzał, tylko dlatego, iż z Dorotą łatwiej się zgodzić, niż się kłócić. Nie krzyczała, nie naciskała – po prostu miała rację. Obiektywnie, logicznie, bezdyskusyjnie. I od tego robiło się jeszcze bardziej gorzko, bo cholera – a jeżeli się chce? A jeżeli dusza tego wymaga? A jeżeli ten kłębek brudnorudej sierści leży przy drodze i zamyka oko?
Do domu nie można. Więc – do schroniska. Marek wyjął telefon, wpisał w wyszukiwarkę: „schronisko dla zwierząt Wieliczka". Znalazło się jedno – „Psia Buda", na obrzeżach, w strefie przemysłowej za dawną cukrownią. Czynne do osiemnastej. Zegarek pokazywał za piętnaście dwunasta. Czasu było mnóstwo.
Wsiadł do auta, spojrzał na szczeniaka. Ten wciąż leżał na kurtce, tylko teraz uchylił jedno oko i patrzył na Marka. Nie z nadzieją – z jakąś cichą, pogodzoną z losem ciekawością. Tak patrzy człowiek z okna pociągu na nieznane miasto: ciekawe, ale niedługo, zaraz jedziemy dalej.
– Do schroniska jedziemy – powiedział Marek, jakby szczeniak mógł zrozumieć. – Tam cię nakarmią, wyleczą. Tam są dobrzy ludzie. Znajdą ci dom.
Zapalił silnik i skręcił w stronę miasta. Do schroniska było ze dwadzieścia pięć kilometrów. Dobrą drogą – kwadrans, ale droga nie była dobra, tylko małopolska, czyli taka, po której da się jechać na dwie prędkości: wolno i bardzo wolno. Marek wybrał „wolno" i toczył się, omijając dziury, które przez całe lato nie zrobiły się ani płytsze, ani rzadsze.
Szczeniak milczał. Nie skomlał, nie kręcił się – leżał i oddychał. I patrzył. To „patrzył" było najcięższe. Marek czuł na sobie ten wzrok, jak się czuje przeciąg – nie widać go, ale wiadomo, iż jest. Jedno brązowe oko, uchylone, wilgotne, śledziło każdy jego ruch. Bez wyrzutu, bez prośby – po prostu śledziło.
Na piątym kilometrze Marek nie wytrzymał, zjechał na pobocze, wyjął z kieszeni drzwi butelkę wody, otworzył, nalał na dłoń. Podsunął pyszczkowi. Szczeniak powąchał. Potem – ostrożnie, jakby się bał, iż to pułapka – lizną. Raz, drugi, trzeci. I wtedy go poniosło: zaczął chłeptać łapczywie, śpiesznie, rozchlapując wodę po kurtce, po siedzeniu, po ręce Marka. Chłeptał tak, jakby ta woda była ostatnią na ziemi, jakby nigdy więcej i nigdzie.
– Spokojnie, spokojnie – mruczał Marek. – Dokąd się śpieszysz? Nikt ci nie zabierze.
Szczeniak napił się, wtulił mokry pyszczek w dłoń Marka i znieruchomiał. I wtedy Marek poczuł – pierwszy raz – jak małe gorące ciałko odrobinę się rozluźnia. Odrobinkę, ale rozluźnia. Drżenie stało się rzadsze, oddech równiejszy. Jakby szczeniak powiedział sobie: dobra, ten chyba nie skrzywdzi. Na razie nie skrzywdzi.
Marek zabrał rękę, wytarł o dżinsy, pojechał dalej.
Na siódmym kilometrze pomyślał: może nakarmić? W aucie miał połówkę kanapki z szynką, którą złapał rano w drodze do matki. Wyjął, oderwał kawałek chleba, ugniótł palcami, położył przed szczeniakiem. Ten popatrzył na chleb. Potem na Marka. Potem znowu na chleb. I zjadł – ostrożnie, bez łapczywości, jakby bał się wypaść nieuprzejmie. Marek dał jeszcze kawałek. I jeszcze jeden. Szczeniak zjadł wszystko, oblizał się i znów się położył, nos przy brzuchu. Ale teraz – Marek zauważył – leżał inaczej. Nie tym twardym, rozpaczliwym kłębkiem, a trochę swobodniej. Obydwoje oczu otwarte.
Na dwunastym kilometrze wydarzyło się to, czego Marek się nie spodziewał. Jechał, patrzył na drogę, przewijał w głowie, co powie w schronisku – znalazłem przy drodze, nie wiem czyj, proszę, weźcie – i nagle poczuł coś ciepłego na dłoni. Na tej, która leżała na dźwigni skrzyni biegów. Spojrzał w dół. Szczeniak się dopełzł – dosłownie dopełzł – i położył pyszczek na jego ręce. Po prostu położył – gorący, mokry, z noskiem-guziczkiem i wąsami łaskoczącymi nadgarstek. Położył i zamknął oczy.
Markowi ścisnęło gardło. Po prostu – nagle, ścisnęło. Jak wtedy, gdy w ciemności nadepniesz na grabie albo usłyszysz piosenkę, którą śpiewała ci mama w dzieciństwie. Zacisnął zęby, przełknął i wbił wzrok w drogę. W dziury, w żwir, w pobocze. Tylko w drogę. Nie w rękę. Nie w ten gorący pyszczek na swojej dłoni.
Na piętnastym kilometrze zatrzymał się na stacji Orlen. Trzeba było zatankować. Wyszedł, zatankował, wpadł do sklepiku, kupił paczkę ciastek i wodę. Wrócił do auta, pokruszył jedno ciastko na dłoń i dał szczeniakowi. Ten zjadł, napił się i znów oparł pyszczek na ręce Marka. Jak na własnej poduszce. Jak na jedynym bezpiecznym miejscu na świecie.
Marek usiadł i zapalił. Rzucił palenie pięć lat temu – Dorota nalegała – ale teraz znalazł w schowku zmiętą paczkę marków, o której zapomniał wyrzucić, i zapalił. Papieros był suchy, gorzki, obrzydliwy. Zaciągnął się i pomyślał: co on robi? Wiezie żywą istotę – małą, głodną, chorą, przestraszoną – do schroniska. Do miejsca z kratami, betonową podłogą, szczekaniem ze wszystkich stron i wolontariuszkami – dobrymi, ale zmęczonymi do granic ludźmi, u których takich szczeniaków jest dwieście. I każdy niczyj. I na każdego nie starcza ani pieniędzy, ani rąk, ani czasu. I znajdują domy – tak, znajdują, ale nie wszystkim. Daleko nie wszystkim.
Dopalił, wyrzucił niedopałek, spojrzał na szczeniaka.
– No dobra – powiedział. – Jedziemy.
Ale ręka – ta, na której leżał pyszczek – nie drgnęła.
Na dwudziestym kilometrze zadzwonił Waldek. Waldek to Waldek, sąsiad, kumpel od podstawówki, człowiek, którego jednym słowem opisać się nie da, ale gdyby trzeba było – słowo brzmiałoby „głośny". Waldek nie zadzwonił – Waldek wrzasnął w słuchawkę, jakby dzieliło ich nie dwadzieścia kilometrów, tylko dwadzieścia tysięcy.
– Marek! Gdzie jesteś? Poćwiartowałem karpie, ze pięć sztuk, ogromne jak łapcie! Wpadaj, usmażymy!
– Nie mogę, Waldek. Sprawa.
– Jaka sprawa? Sobota! Jakie sprawy w sobotę? Płot znów naprawiasz?
– Szczeniaka znalazłem. Wiozę do schroniska.
Cisza. Waldek zamilkł, co samo w sobie było wydarzeniem historycznej rangi, bo Waldek milczał mniej więcej tak często, jak w Krakowie pada śnieg w lipcu.
– Szczeniaka? – powtórzył. – A czemu do schroniska?
– A gdzie? Do domu nie można. Dorota…
– A-a-a – przeciągnął Waldek tonem człowieka, który wszystko rozumie i współczuje, ale pomóc nie może. – No tak, Dorota. No… słuchaj, może do matki? Masz przecież matkę na wsi, będzie jej towarzystwo.
– U matki jest Filemon. Nie dogadają się.
– To ten, co gupiki zjadł?
– On. – Marek się uśmiechnął. Nie zjadł, przewrócił akwarium. Ale w pamięci rodzinnej ta historia zdążyła urosnąć do legendy o kocie-mordercy.
– No to… – Waldek się zastanawiał. To był trudny proces, i Marek usłyszał, jak po drugiej stronie syczy olej na patelni – Waldek myślał i jednocześnie smażył ryby. – To ja nie wiem, Marek. Mnie żona też nie pozwala. Mamy Rexa, wiesz, on innych psów nie znosi. Rzuci się – nie odciągniesz.
– Nie proszę cię o nic, Waldek. Tak tylko mówię.
– No, schronisko też opcja. Tam normalnie. Karmią, leczą…
– No tak.
– A czego tak mówisz?
– Jak?
– No tak. Jakby cię wieźli na egzekucję, nie szczeniaka do schroniska.
Marek zamilkł. Waldek – przy całej swojej hałaśliwości – czasem trafiał w sedno. Właśnie tak się czuł: jakby kogoś wiózł na egzekucję. A ten ktoś leżał na jego ręce i ufnie sapał.
– No dobra, Waldek. Smaż te karpie.
– Dawaj, Marek. Wpadnij potem, opowiesz.
Rozłączył się, i w aucie zrobiło się cicho. Cicho i duszno – słońce grzało przez przednią szybę, Marek czuł, jak pot spływa mu między łopatkami, jak koszulka klei się do pleców. Uchylił szybę szerzej. Szczeniak strzygł uszami – wiatr łaskotał – ale pyszczka z ręki nie zabrał.
Na dwudziestym trzecim kilometrze Marek zobaczył znak: „Wieliczka centrum – 7 km". Siedem kilometrów. Kwadrans. I tyle. Przyjedzie, wejdzie, odda. I pojedzie do matki po ziemniaki. I wszystko będzie jak było.
Jak było. Spróbował sobie wyobrazić: wchodzi do schroniska. Zapach, szczekanie, klatki. Dziewczyna-wolontariuszka ze zmęczonymi oczami. „Kolejnego przywieźli?" – nie z wyrzutem, tylko z tym rozpaczliwym zmęczeniem ludzi, którzy codziennie robią dobrą rzecz i codziennie widzą, iż ta dobra rzecz to za mało. Podaje szczeniaka. Szczeniak patrzy na niego. Tym samym wzrokiem – jednym brązowym okiem, wilgotnym, bez wyrzutu. Marek odwraca się i wychodzi. Siada w aucie. Na siedzeniu pasażera – pusta kurtka. I zapach – szczeniaczy, cierpki, ciepły. Mokra plama po wodzie. Okruchy po ciastku. I tyle.
Marek zacisnął dłonie na kierownicy.
– Cholera – powiedział cicho. Potem głośniej: – Cholera!
Szczeniak drgnął. Marek natychmiast ściszył głos, pogłaskał go po grzbiecie i zjechał na najbliższy parking – przy sklepie spożywczym, tuż przed rondem prowadzącym do schroniska. Wyłączył silnik. Siedział, patrzył przez przednią szybę na billboard reklamujący dożynki gminne, i myślał.
Nie o zasadach. O konkretach. O tym, iż w schronisku ten szczeniak będzie jednym z dwustu, iż nikt nie będzie go czekał przy furtce, iż nie ma nikogo, kto zna jego wagę, jego sposób picia wody, jego przyzwyczajenie do ludzkiej dłoni pod pyszczkiem. To on to wie. On jeden.
Wyjął telefon. Nie zadzwonił do Doroty od razu – najpierw wpisał w przeglądarkę: „ile kosztuje utrzymanie psa miesięcznie". Wyszło różnie, od stu do trzystu złotych, zależnie od karmy i weterynarza. Policzył w głowie: szczepienia, odrobaczenie, kastracja – może dwieście czterdzieści złotych jednorazowo w najbliższej lecznicy przy ulicy Krakowskiej, tam gdzie wozili kota sąsiadki. Dalej – karma, tania, ale porządna, sto pięćdziesiąt na miesiąc. Nic kosmicznego. Nie to go powstrzymywało.
Zadzwonił do Doroty.
Odebrała po trzecim sygnale, w tle słychać było odkurzacz.
– Cześć, u matki już jesteś?
– Jeszcze nie. Słuchaj. Znalazłem szczeniaka przy drodze do Sułkowa. Wiozę go do schroniska w Wieliczce, ale…
Cisza po drugiej stronie. Odkurzacz ucichł.
– Ale co?
– Ale nie chcę.
Dorota nie odpowiedziała od razu. Marek wyobraził sobie jej twarz – ten sam spokojny, równy wzrok, którym patrzyła na niego trzy lata temu przy stole. Czekał na zdanie o umowie, o Kubie, o sprzątaniu.
– Jaki on jest? – zapytała zamiast tego.
– Mały. Rudy, z łatami. Chudy strasznie. Śpi mi na ręce, jak jadę.
Znowu cisza, krótsza.
– Marek, ja nie mówię, iż tak, ale… przywieź go. Zobaczymy. jeżeli będzie gryzł meble albo szczał na dywan, oddajemy do twojej matki, koniec dyskusji.
Marek poczuł, jak coś w klatce piersiowej rozluźnia się dokładnie tak samo, jak wcześniej rozluźniło się ciałko szczeniaka pod jego dłonią.
– Dorota…
– Nie dziękuj mi teraz, tylko jedź do weterynarza, zanim go wniesiesz do domu. I kup mu jakąś miskę po drodze, bo z talerza jeść nie będzie.
Rozłączyła się. Marek popatrzył na szczeniaka, który uniósł głowę i patrzył na niego oboma oczami – już bez tego dawnego przymrużenia, bez rezygnacji.
– No – powiedział Marek. – Słyszałeś. Jedziemy do doktora, a potem do domu. Do prawdziwego domu.
Zawrócił na rondzie, minął zjazd do schroniska, skierował się na ulicę Krakowską. W lecznicy weterynaryjnej młody lekarz obejrzał szczeniaka, powiedział, iż to suczka, mniej więcej dziesięć tygodni, wychudzona, ale bez poważniejszych chorób, zapisał krople na pchły i termin szczepienia za dwa tygodnie. Rachunek – dwieście czterdzieści złotych co do grosza, tak jak Marek policzył w głowie na parkingu.
Do matki po ziemniaki dojechał dopiero po czwartej. Matka spojrzała na szczeniaka śpiącego na tylnym siedzeniu, pokiwała głową i powiedziała tylko: – No, w końcu ktoś w tym domu ma serce. Barsik… to znaczy Filemon, będzie zazdrosny.
W poniedziałek wieczorem, gdy Kuba wrócił ze szkoły i zobaczył rudą sukę biegającą po podwórku z jego starą piłką, zapytał tylko: – Jak się wabi? Dorota, siedząca na progu z kubkiem herbaty, odpowiedziała, zanim Marek zdążył cokolwiek powiedzieć: – Malina. Bo ruda i bo kolczasta z natury, ale słodka, kiedy się ją pozna.
Marek stał w progu, patrzył, jak Malina skacze wokół syna, i pomyślał, iż tego wieczoru nie musi już nikomu tłumaczyć, dlaczego skręcił z drogi do schroniska.

17 godzin temu








