Zenon miał sześćdziesiąt siedem lat i mieszkanie na drugim piętrze bloku przy Sienkiewicza, tuż obok bramy, na której ktoś jeszcze w latach dziewięćdziesiątych wymalował sprayem serce z czyimiś inicjałami. Do dziś, kiedy mijał tę bramę, zerkał na nie odruchowo, choć farba dawno wyblakła.
Jego żona Krystyna zmarła w kwietniu. Odeszła tak, jak żyła — bez zbędnego hałasu, nie skarżąc się na nic, choć bóle miała już od miesięcy. Pewnego ranka po prostu się nie obudziła. Zenon znalazł ją, kiedy przyniósł jej herbatę z cytryną, tak jak robił to codziennie od trzydziestu ośmiu lat.
Syn, Marek, mieszkał w Bydgoszczy, niecałą godzinę drogi, a i tak dzwonił raz na tydzień, zawsze w niedzielę, zawsze o tej samej porze, jakby odhaczał punkt w kalendarzu.
— Tato, wszystko gra? Leki bierzesz?
Zenon odpowiadał, iż tak, iż wszystko w porządku, iż je regularnie i śpi dobrze. Kłamał gładko, bo prawda niczego by nie zmieniła. Syn miał firmę transportową, dwie ciężarówki w leasingu i żonę, która nie znosiła jeździć do teściów częściej niż na święta.
Był koniec października, ta wilgotna pora, kiedy liście już opadły, śniegu jeszcze nie ma, a cały świat za oknem wygląda jak stara, wyblakła fotografia. Zenon leżał na kanapie, na której od śmierci Krystyny sypiał, bo do sypialni nie potrafił wejść, i słuchał, jak deszcz stuka o parapet.
I wtedy usłyszał ten dźwięk.
Skrobanie. Nierówne, ale uparte, dochodzące zza klatki schodowej — nie z jego drzwi, tylko z tych naprzeciwko. Mieszkanie po Halinie Wójcik, staruszce, która przez ostatnie lata dokarmiała wszystkie okoliczne koty resztkami z obiadu i zawsze miała w kieszeni fartucha landrynki dla dzieci z klatki.
Latem córka zabrała ją do siebie, do Poznania. Przyjechali kombi, załadowali kartony w jeden dzień, a samą Halinę, drobną i jakby mniejszą niż zwykle, posadzili na tylnym siedzeniu. Wyglądała przez szybę na swoje okna, jakby zostawiła tam coś, czego nie dało się spakować.
— Zenek, dopilnujesz rudego? — poprosiła wtedy przez uchyloną szybę. — On do mnie co wieczór przychodził. Rybę mu gotowałam.
Zenon obiecał, choć żadnego rudego kota nigdy u niej nie widział.
Od tamtej pory mieszkanie stało zamknięte. Dzieci Haliny nie kwapiły się ani go wynająć, ani sprzedać — pewnie czekały, aż uporządkują papiery po drugiej stronie, w Poznaniu. Zenon nikogo nie osądzał. Nauczył się dawno nie wtrącać w cudze sprawy.
Skrobanie nie ustawało. Postał chwilę pod swoimi drzwiami, machnął ręką i wrócił na kanapę.
— A niech go… — mruknął do ciemności.
Sen nie przychodził. Leżał i słuchał tego równego, upartego dźwięku, który zza ściany trafiał gdzieś w środek klatki piersiowej, w miejsce, które po śmierci Krystyny wciąż bolało przy każdym głębszym oddechu. Dopiero nad ranem wszystko ucichło.
Rano, wynosząc śmieci, przystanął przed sąsiednimi drzwiami. U samego dołu, przy progu, na starej dermie widniały świeże, jasne pręgi. Więc mu się nie śniło. Uklęknął, przejechał palcami po zadrapaniach — dość głębokich.
— Rudy… — przypomniał sobie słowa Haliny.
Dzień minął zwyczajnie. Ugotował sobie kaszę, zjadł kanapkę z pasztetem, poszedł do sklepu Lewiatan po chleb, posiedział trochę przed klatką z Ryśkiem z parteru. Rozmawiali o zimie, która zapowiadała się sroga, i o kolejnej podwyżce czynszu w spółdzielni. Rysiek po zawale rzucił palenie, ale wciąż trzymał w zębach niezapaloną fajkę.
— Coś dzisiaj taki ponury jesteś — zauważył, mrużąc oczy.
— A kiedy byłem wesoły?
— No… jak Krysia jeszcze żyła, częściej się uśmiechałeś.
Zenon nic nie odpowiedział, wstał z ławki i powlókł się do domu.
Druga noc zaczęła się tak samo — ciszą. Tylko iż teraz Zenon już nie spał, tylko czekał, sam nie wiedząc na co. Bliżej północy dźwięk wrócił. Skrobanie. Tak samo miarowe, tak samo uparte.
Wstał, zarzucił na ramiona stary szlafrok Krystyny — swój dawno się przetarł, a ten wciąż był ciepły, frotowy. Kiedyś pachniał żoną. Zapach prawie zniknął, ale Zenonowi wciąż się wydawało, iż go czuje.
Podszedł do drzwi, otworzył. Na klatce paliła się słaba żarówka, pod sufitem, jeszcze od lata poplamiona muchami. W jej żółtym świetle wreszcie zobaczył sprawcę bezsenności.
Pod drzwiami Haliny siedział kot. Zwrócony pyskiem do drzwi, systematycznie skrobał dermę prawą łapą. Nie odwracał się, nie reagował na nic. Skrob-skrob-skrob. Krótka przerwa. I znów: skrob-skrob-skrob.
Rzeczywiście był rudy — tyle iż tak wychudzony, iż na grzbiecie odznaczał się każdy kręg, boki miał zapadnięte, a ogon, który u rudych kotów zwykle jest puszysty, zwisał cienkim, brudnym sznurem. Sierść zbita w kołtuny, pełna łopianów.
Zenon stał w progu i patrzył. Kot nie zwracał na niego uwagi — miał ważniejsze zajęcie. Czekał. Czekał, aż znajome drzwi się w końcu otworzą, aż buchnie z nich ciepło, zapach gotowanej ryby i tych starych dłoni, które zawsze pachną mąką i czymś jeszcze, czego nazwać się nie da. Ale każdy kot ten zapach zna. Tak pachnie miłość.
— Ej — powiedział cicho Zenon. — Rudy.
Kot znieruchomiał, powoli obrócił głowę. Wielkie żółte oczy na wychudzonym pysku spojrzały na niego uważnie.
— Nie ma jej tu — powiedział. — Wyjechała pani Halina. Rozumiesz? Wyjechała. Nikogo tam nie ma.
Kot patrzył jeszcze sekundę, drugą, trzecią. Potem odwrócił się i znów zaczął skrobać.
Zenonowi coś ścisnęło gardło. Odchrząknął, przestąpił niezgrabnie z nogi na nogę.
— No co ty… głupi jesteś… tam pusto. Nikogo za tymi drzwiami nie ma. Rozumiesz czy nie?
Kot oczywiście nie rozumiał. A może właśnie wszystko rozumiał, tylko nie chciał się z tym pogodzić. W jego świecie za tymi drzwiami wciąż mieszkała dobra staruszka, która co wieczór gotowała mu rybę, nalewała mleko do miseczki i przejeżdżała chropowatą dłonią po grzbiecie, mówiąc: „jedz, jedz, rudzielcu, ale schudłeś".
Dla kota to mieszkanie było ostatnim miejscem na świecie, gdzie ktoś na niego czekał. Dlatego wciąż drapał. Nie mógł uwierzyć, iż to miejsce po prostu zniknęło. Bo jeżeli zniknęło i ono, to co mu jeszcze zostało?
Zenon zamknął swoje drzwi, oparł się o nie plecami. Stał tak kilka minut, słuchając, jak za ścianą powtarza się ten sam dźwięk. Skrob. Skrob. Skrob. Potem wrócił na kanapę, naciągnął koc pod brodę. Nie zasnął.
Trzeciej nocy, kiedy skrobanie zaczęło się znowu, o wpół do pierwszej, Zenon już nie leżał i nie czekał. Wstał, włożył buty na bosą stopę, wziął z lodówki resztkę gotowanego kurczaka, którą chował na jutro, i wyszedł na klatkę.
Kot spojrzał na niego, potem na miskę w ręku, potem znów na drzwi Haliny. Nie ruszył się.
— Ona nie wróci — powiedział Zenon, kucając na tyle, na ile pozwalało mu kolano po dwóch operacjach. — Ale ja tu jestem. I mam kurczaka.
Postawił miskę pod swoimi drzwiami, nie pod jej. Cofnął się o krok, usiadł na najniższym stopniu schodów, żeby nie stać zbyt blisko, i czekał.
Kot zawahał się długo — może pięć minut, może dziesięć. W końcu podszedł, powąchał, zaczął jeść tak łapczywie, iż dławił się kęsami. Zenon patrzył, jak wychudzone łopatki poruszają się pod skołtunioną sierścią, i pomyślał, iż jeszcze tydzień takiego głodu, a to zwierzę by nie przeżyło zimy.
Rano zadzwonił do córki Haliny, której numer znalazł kiedyś zapisany na kartce przypiętej magnesem do lodówki sąsiadki — miał go z czasów, gdy odbierał dla niej przesyłki. Kobieta odebrała zdziwiona, iż w ogóle ktoś dzwoni z tego numeru na klatce.
— Pana kot? Nie, my nie mamy żadnego kota — powiedziała. — Mama nigdy o nim nie wspominała.
— To był kot mamy — odparł Zenon spokojnie. — Trzy noce już drapie w jej drzwi. Umiera z głodu pod progiem, gdzie ona zawsze mu gotowała.
W słuchawce zapadła cisza, dłuższa, niż wymagała odpowiedź.
— Proszę pana, mama ma demencję, ledwo nas poznaje. Nie mamy siły teraz jeszcze zwierzęciem się zajmować.
— Nie proszę, żeby pani się zajmowała — powiedział Zenon. — Ja się zajmę. Tylko proszę powiedzieć, żeby przysłali kogoś otworzyć to mieszkanie. Chociaż na chwilę. Niech kot zobaczy, iż tam pusto. Bo inaczej będzie tak drapał, aż sobie łapy zedrze do kości.
Trzy dni później przyjechał zięć Haliny z kluczami, otworzył drzwi, zabrał kilka pudeł z pamiątkami i wyszedł, zostawiając mieszkanie uchylone na piętnaście minut. Zenon trzymał kota na rękach — już go do tego czasu przyzwyczaił, karmiąc co wieczór na tym samym stopniu schodów — i wniósł go do środka.
Kot obszedł puste pokoje, powąchał kuchenny blat, gdzie kiedyś stał gar z rybą, usiadł na chwilę pod oknem, w miejscu, gdzie prawdopodobnie sypiał na parapecie. Potem sam wyszedł na klatkę i już nigdy więcej nie zadrapał w te drzwi.
Zenon zabrał go do siebie tego samego wieczoru. Nazwał go Rudy, bo nic innego nie pasowało. Zawiózł go do weterynarza przy ulicy Toruńskiej, zapłacił sto osiemdziesiąt złotych za odrobaczenie, szczepienie i maść na kołtuny, których część trzeba było po prostu wystrzyc.
Kiedy w niedzielę zadzwonił syn z rutynowym pytaniem, czy tata je i bierze leki, Zenon po raz pierwszy od kwietnia odpowiedział coś innego niż zwykłe „wszystko dobrze".
— Mam kota — powiedział. — Rudego. Śpi teraz na miejscu twojej mamy na kanapie.
Marek milczał chwilę, potem zapytał, czy tacie czegoś nie potrzeba, czy da radę go utrzymać, czy to nie za duży wydatek na emeryturze.
— Dam radę — odpowiedział Zenon, patrząc, jak Rudy, już nieco tęższy, myje łapę w pasie zimowego światła z okna. — On mnie potrzebuje bardziej, niż ja jego. To chyba wystarczy.









