Zaraz po przyjeździe biegnę ci ja na znajomą
plażę, za którą już mocno tęskniłem. Biegnę i z daleka widzę coś kolorowego wiszącego
na ogrodzeniu wejścia – latawiec!
I od razu mam
uśmiech od wnętrza, od środka człowieka, czyli uradowało się najpierw moje wewnętrzne
dziecko, a potem cała moja osobistość!
Przypomniało się (bowiem) dzieciństwo, kiedy to na
łąkach pod Warszawą pasjami
pilotowałem latawce wykonywane z papieru przez jednego z wujków.
Latawiec jest, przestrzeń jest, wiatr – tu zawsze jest,
a więc dalej do zabawy.
Na niskim pułapie latawiec manewrował samodzielnie
lewo – prawo, a wystarczyło popuścić żyłki o kilkanaście metrów, aby tkwił
stabilnie. Niby takie nic, a dla mnie Wielka
Frajda.
Któregoś razu podszedł chłopiec i patrząc do góry
na latawca powiedział:
- Ale fajny!
- To ja krótko; - chcesz?
- Co?
- Latawca!
Oczy mu zabłysły i wydusił tylko jedno
słowo: - No!
Co zrozumiałem bezbłędnie jako „chcę”. I dostał.
Potem był konkurs latawców w Bohnsack, czyli Sobieszewie.
(Tu miały być zdjęcia z konkursu, ale wyskakuje błąd i nie chcą się wpisać. Proszę kliknąć )