Kocurek Wacek

10 godzin temu

Kotek Felek

Bożena, czyś ty zwariowała! Pani Jadwiga cię żywcem stąd wyrzuci, jak się dowie!

Iza, no ale co miałam zrobić? Mam go wyrzucić? Przecież to żywe stworzenie.

On żyje, ale czy ty po tym przeżyjesz, to już mam wątpliwości. Pani komendantka tylko czeka na takie kwiatki.

Izuniu, kochana, nie przesadzaj! Przecież to nie żaden tygrys, a maleńki kociak. Niech sobie trochę tu pobędzie, dobrze?

Przestań już mnie przekonywać roześmiała się Iza i pogłaskała malutką rudą główkę niespodziewanego lokatora. Myślisz, iż mi go nie szkoda? Gdzieś ty go zgarnęła? Sam skóra i kości! Pewnie jeszcze chory łepek ledwo trzyma. Skarb, nie kot.

Wracamy! Bożena, chwytając z wieszaka długi szalik, który Iza własnoręcznie wydziergała, otuliła nim znajdkę. Wracałam dziś z Popław przez park po dyżurze. A ten leży na chodniku. Albo z krzaków się wyczołgał albo ktoś go tam zostawił. Całego go już śnieg zasypał. Ledwo go zauważyłam, bo takie rude coś w bieli śmigło. Podnoszę zimny jak lód. Myślałam, iż już po nim, choćby nie oddycha. A potem zobaczyłam jeszcze żyje! Chwyciłam i biegiem do akademika. Bożena zachichotała, nalewając mleka do emaliowanego kubka O mało co nie wpadłam na panią Jadwigę po drodze, tak się na mnie spojrzała, iż aż szeroko oczy otworzyła.

No to czekaj na najście. Bożenka, aleś sobie napytała biedy! Przypominasz sobie, jak Lidia kota przytargała i prawie wyleciała? Porządek musi być! W akademiku zwierząt mieć nie wolno.

Izka, tylko mnie nie wydaj, dobra? Jakby przyszła, gdy mnie nie będzie schowaj go gdzieś. Tylko mu mleczko podgrzeję i lecę z powrotem.

Idź już! Iza zwinęła z blatu szalik z kociakiem i wyrzuciła z koszyka swoje robótki na drutach. Nic nie widziałam, nic nie wiem, nic nie powiem! wyśpiewała, przykrywając koszyk i puszczając oko do Bożeny. Leć, nie bój się!

Bożena wyszła, a Iza zajrzała do koszyka i pokręciła głową:

Rude szczęście się nam trafiło Oddychaj, biedaku. Bożena dobra dziewczyna, będzie płakać, jak ci się coś stanie. A po co mi potem takie zmartwienia?

Kociak milczał. Ledwo oddychał, leżąc z zamkniętymi oczami i nie reagował na słowa Izy.

W pokoju robiło się powoli ciemno. Wieczorne zmierzchy Iza lubiła najbardziej. Jeszcze niemal cały wieczór przed nią. To nie to, co na drugiej zmianie, gdzie wracasz i zaraz spać trzeba. A tu luz! I można poczytać, i pogadać z Bożeną o tym jej Michale… Ach, Bożenie to dobrze! Ma chłopaka, zaprosił ją już na ślub. A Iza? Nikogo. I komu by się taka wysoka dziewczyna spodobała? Bożena filigranowa, włosy jak z bajki, oczy jak u syreny. Piękność. A Iza, jak to babcia mówiła, nasza Panna Mocarna. Broniła braci jak lwica. Teraz już dorośli, najstarszy żonaty, a Iza wciąż sama. Może babcia dobrze radzi, żeby wrócić do rodzinnej wsi? Ale tam facetów jak na lekarstwo, poza tym robota tylko na fermie. Po co się tyle uczyła, skoro tu, w fabryce, się ją ceni i traktuje z szacunkiem? Jeszcze i wczasy jej dali, gdy jechała na urlop Odrzuciła ponure myśli na męża jeszcze przyjdzie czas! Nie może być tak, żeby nikt się nie znalazł.

Bożena wróciła i zaczęła szukać pipety, by nakarmić kociaka mlekiem, bo z miski nie dawał rady próbował lizać, ale był zbyt słaby. Patrząc na nią, Iza położyła książkę i wzięła rudego bidaka na ręce:

Daj!

Nabrała mleka do pipety, przytrzymała kotka palcami i na siłę otworzyła pyszczek:

Do roboty! Po to cię tu przywlokła, a nie po to, byś padł z głodu!

Kotek krztusił się, prychał, ale pił.

Nazwali go Felkiem. Pani Jadwiga nie wiedziała dobre dziesięć miesięcy, iż w pokoju dziewczyn mieszka ktoś poza nimi, aż pewnego dnia zobaczyła, jak przez otwarte okno na parterze przemknęła ruda błyskawica z wspaniałym ogonem.

Co to za zwierzyna?!

Jej wrzask poderwał na nogi pół akademika.

Pani Jadziu, no przecież choćby pani nie wiedziała, iż u nas kot mieszka! Pilnuje nas, myszy łapie!

Jakie myszy? Przecież tu nie ma żadnych myszy! Porządek, wzorcowe akademiki mają być bez zwierząt!

A właśnie! Iza, splatając ręce na szerokiej piersi, spojrzała na panią Jadwigę i przydeptała leżącego Felka stopą. U nas i myszy są takie wzorcowe, iż Felek co rano podkłada mi je obok łóżka na pokaz! Następnym razem pokażę należy się naszym gościom duma z jego efektów! Może i dyrektora fabryki zaprosimy, bo czemu nie?

Izabela! Uważaj! pani Jadwiga już trochę łagodniej spojrzała na Bożenę. Twój pomysł? Jak wyjdziesz za mąż, to co z nim zrobisz? Zabierzesz?

Sama nie wiem… On mnie lubi, ale za właścicielkę i tak Izę uważa. Pewnie tęskniłby za nią…

Eeee, gadasz o nim jak o mężu! roześmiała się pani Jadwiga patrząc na Bożenę. Felek to kot, gdzie dają jeść, tam dobrze.

Wcale nie! Ja się do niego miziam, a on i tak do Izy się tuli. Bożena oddała kota koleżance i objęła panią Jadwigę ramieniem. No to jak? Może jednak pozwoli pani go zatrzymać?

Ty lisico jedna! pani Jadwiga wywróciła oczami, pogroziła palcem i szepnęła. Żeby go ani nie było widać, ani słychać! Bo nas wszystkich wykopią i będą mieli rację.

Ślub Bożeny odbył się jak trzeba i Iza została sama z Felkiem. Dni zaczęły się dłużyć, bardziej pusto i smutno się zrobiło. Pani Jadwiga jakoś nie spieszyła się, by przydzielać jej nową współlokatorkę. Stary akademik chylił się ku końcowi. Dziewczyny coraz częściej wzdychały, licząc na lepszy pokój w nowym budynku. Budowa raz ruszała, raz stawała, ale szła. Iza z innymi chodziła pomagać robotnikom, rozmyślała w pustych korytarzach, jak to tu będzie wyglądało, gdy wszystko skończą. W taki właśnie dzień spotkała swojego, jak wtedy myślała, los.

Daniel, podobnie jak ona, był „napływowy”. Ostatni z rodzeństwa, do miasta przyjechał po śmierci rodziców. Choć nie miał tu nic, życie mu się odmieniło kobiet wokół mnóstwo, ale Daniel miał swoje wymagania. Szukał żony z mieszkaniem lub jakimś zapleczem, żeby było komu pomóc. Iza do tej kategorii nie pasowała, ale kiedy ją zobaczył, nie mógł przejść obojętnie.

Jego toporne zaloty Izę na początku rozbawiły.

O rany! On niższy ode mnie prawie o głowę! Wyglądam przy nim jak strażnik z bajki! chichotała do Bożeny, gdy ta wpadała z wizytą.

Iza! Przestań, czy to naprawdę chodzi o wzrost? A jaki on człowiek?

Sama już nie wiem… Iza poważniała i spuszczała wzrok.

Obserwowała Bożenę, jak powoli podnosi się z krzesła, gładzi rozleniwionego Felka na łóżku, łapiąc się za okrągły brzuszek.

Ciężko? Iza sięgała po słoik miodu od brata.

Nie, tylko dziwnie jakoś To jakbyś czekała na pociąg na peronie, do miejsca, gdzie będzie ci lepiej. I tylko myślisz no, niech ten pociąg wreszcie przyjedzie. Bożena uśmiechała się, całując przyjaciółkę i żegnając kota. Pa, Felku. Pilnuj jej!

Czy to Bożenina ciąża, czy Izowe samotne wieczory, ale Daniel zaczął coraz częściej zaglądać do niej do pokoju. Felek go nie znosił syczał, robił grzbiet i zbiegał na parapet, bacznie obserwując intruza. Iza wypędzała go wtedy na dwór, wiedząc, iż wróci na noc i długo siedzi w kącie obrażony, nie pozwala się głaskać i nic nie je. Co mu się działo, nie wiedziała.

Może zazdrosny? wzruszała ramionami na pytania pani Jadwigi, do której już stałym zwyczajem Felek przychodził, gdy Daniel odwiedzał Izę.

Może zazdrosny, może coś wyczuwa? Uważaj z nim, Iza. Bo jak cię porzuci…

Nie gadaj tak, pani Jadziu. Nie wierzę, żeby był do tego zdolny.

Oj, dziecko Życie pokaże.

I jak się okazało pani Jadwiga i Felek mieli rację.

Na codzienne zmęczenie Iza przez pierwsze dni nie zwracała uwagi. Kefir kwaśniał, grzyby od bratowej też długo postały. Minął tydzień, potem drugi wciąż chciało jej się jeść i spać. Kiedy spotkała Bożenę z wózkiem na ulicy i opowiedziała jej co i jak, prawda spadła na nią jak grom.

Iza! Jak to? Jesteś w ciąży?! Powiedziałaś mu już?

Iza stała zszokowana, myśli się plątały, a gdzieś w środku cicho usłyszała wciąż słowa pani Jadwigi:

Oj, dziecko Pamiętaj

To właśnie ten głos postawił ją w pion. Kiwnęła niecierpliwie głową na pytania Bożeny i poszła prosto do domu. Musiała powiedzieć Danielowi. Zabawa się skończyła. Czas myśleć o przyszłości.

Tylko przyszłość przyszło jej budować samej.

Słuchaj, Iza, ale to nie wchodzi w grę. Skąd mam wiedzieć, iż to mój dzieciak? Tak się nie zgadzam. Daniel odsunął Felka, który natarczywie go atakował, i kopnął go ile siły. Spadaj!

Felek jednak zdążył zatopić pazury w nodze i krzyk Daniela sprawił, iż Iza, aż się uśmiechnęła, choć przez łzy:

Zostaw go, Felku! Jeszcze mu zaszkodzisz. Takiej szumowiny to nam nie trzeba.

Długo potem siedziała prosto jak struna na krześle, patrząc na zatrzaskujące się za Danielem drzwi. Felek krążył wokół jej nóg, aż w końcu wskoczył jej na kolana, czego zwykle mu nie pozwalała. Ułożył się i zaczął cicho mruczeć, dopóki Iza go nie pogoniła.

Wystarczy tego smutku. Czas na herbatę. Taką gorącą.

Syna, Janka, zapisała tylko na siebie. Patrząc w oczy urzędniczce, stanowczo odpowiedziała:

Ojca nie ma. Nigdy nie było. Matka wystarczy, prawda?

Bożena przygotowała wyprawkę, a pani Jadwiga znalazła przez znajomych dobrą spacerówkę i nie raz chodziła do dyrektora fabryki, by wywalczyć dla Izy lepszy pokój. Ale budowa znowu stała, dyrektor tylko rozkładał ręce:

Starałbym się, ale co zrobić. Póki co musi być jak jest.

W akademiku panowało zimno, jak by się Iza nie starała uszczelnić okien. Dlatego nie przepędzała Felka od syna. I kot natychmiast uznał, iż ten krzyczący klopsik to już jego „dzidziuś”. Kładł się przy Janku, a mały uspokajał się i zasypiał przy jego ciepłym futerku. Iza, widząc tę dziwaczną kocią miłość, tylko się śmiała i podrzucała Felkowi jakąś przekąskę, choć o to było trudno. Gdyby nie bracia, nie starczyłoby jej choćby na pieluchy. Daniel zniknął z miasta i Iza choćby nie zamierzała go szukać. Pomocy nie będzie, a ran już wystarczy. Zostawiła tylko w sercu najpiękniejsze syna.

Rodzina stawiła się od razu, jak tylko Iza z maluchem wyszła ze szpitala.

Ale klucha! Jak mama nasz mały siłacz!

Iza czuła ulgę, bliska łez, czego u niej nikt jeszcze nie widział. Nikt jej nie wyrzucał niczego, bratowa przytuliła w kuchni i szepnęła:

I bardzo dobrze, iż urodziłaś! Już nie jesteś sama. Dobry facet się jeszcze trafi, nie martw się, Iza! Nie wszyscy są tacy. Za syna się nie bój, pomożemy ci. Chłopak wyrośnie na człowieka!

Rodzina słowa dotrzymała. Co dwa tygodnie ktoś z braci przyjeżdżał do miasta z darami. Iza rozpakowywała siatki, a łzy cisnęły jej się do oczu jak kilka trzeba człowiekowi. Po prostu wiedzieć, iż nie jest sam. Że ktoś myśli o tobie, wspiera i nie zostawi w potrzebie. choćby twojego dziecka przyjmie jak swoje. W takich chwilach złościła się na siebie za łzy, ale była wdzięczna losowi.

Żłobek dla Janka był szkołą przetrwania. Chłopak ciągle chorował, a Iza biegała między fabryką a domem. Gdyby nie pomoc pani Jadwigi i Bożeny, wróciłaby na wieś. Ale nie chciała utrudniać życia rodzinie brata.

Siedząc przy łóżeczku syna, śpiącego z wysoką temperaturą, myślała czasem o niespełnionej miłości i rozumiała, iż nie każdy ma szczęście trafić na dobrego człowieka, na wsparcie i bezpieczeństwo. Teraz wiedziała już, czego oczekuje od tego, kto kiedyś może zagości w jej życiu zero słodkości i komplementów. Ma być ktoś, kto poda herbatę i powie: Odpocznij, ja się zajmę synem. Potem zabierze ich w niedzielę do zoo i kupi balonik. Pochwali jej barszcz, przybije półkę, która od miesięcy leży w kącie. Po prostu będzie.

I tylko tyle. I to właśnie będzie dla niej rodzina.

Sen przyszedł do Izy nieproszony głowa opadała jej na stół przy łóżeczku syna.

W jedną z takich nocy zdarzyło się coś, co wszystko w jej życiu ustawiło na adekwatnym miejscu.

Janek chorował trzeci dzień. Gorączka nie spadała, Iza była wykończona. Pani doktor, mieszkająca w bloku obok, przychodziła codziennie i tylko kręciła głową:

Robi pani dobrze, proszę czekać. Ma chłopak siłę da radę.

Iza nie opuszczała syna, tuliła go, on przysypiał na chwilę i zaraz znowu płakał przez ból ucha. Wieczorem pani Jadwiga przyniosła rosół i przytuliła Janka do policzka.

Ale gorący!

Nic nie schodzi ta temperatura, jakby się człowiek nie starał.

A może i dobrze, walczy organizm mówią lekarze.

Wiem… Ale patrzeć nie mogę, ile on płacze. Taki maluch.

Wyzdrowieje, przetrwacie! Ale ty, jak się wykończysz, nic nie pomożesz. Zjedzcie i idźcie spać, rano wszystko będzie lepiej.

Iza kiwnęła głową, zabrała się za okład dla Janka, a pani Jadwiga wyszła cicho z pokoju.

Felek, położywszy się w łóżeczku obok dziecka, machał ogonem, nie pozwalając Jankowi go złapać. Maluch, zmęczony zabawą, zasnął przy kocie, zanim Iza skończyła robić kompres. Stała chwilę, rozważając, czy budzić syna, ale dała mu spać.

Dotykając dłonią rosołu na stole, wzięła garnek i wyszła cicho do kuchni podgrzać. Stojąc przy kuchence, usłyszała trzask i grzmot. Zaraz wybuch płaczu. Rzuciła wszystko i pobiegła do pokoju. Otworzyła drzwi i zastygła ze strachu, po czym chwyciła taboret i rzuciła się na pomoc kotu.

Ogromny szczur walczył z Felkiem, już poranionym jedno ucho wisiało, na boku miał rany. Kocur wygiął się i wreszcie złapał szczura za gardło tak mocno, iż Iza nie mogła go oderwać.

Feluś, już, zostaw, wystarczy. Poradziłeś sobie!

Kot wydał zduszony dźwięk i puścił zdobycz, by powłócząc łapami, podejść do łóżeczka, gdzie płakał mały Janek. Iza, widząc, co leży w łóżeczku drugi, mniejszy szczur obok dziecka wyrwała małego z pościeli i wybiegła na korytarz, krzycząc:

Pomocy!

Godzinę później, opatuliwszy syna, pojechała do pani Jadwigi, która dała klucze do swojego mieszkania i obiecała pilnować Felka.

Co za skandal! Szczury, u nas! Dopiero co była deratyzacja! pani Jadwiga była wściekła, bo starała się zawsze dbać o akademik, ale ze starym budynkiem nic już nie mogła zrobić.

Po uprzątnięciu Izowego pokoju, zabrała Felka do siebie i zaczęła opatrywać rany.

No kot-bohater, Felku! Dobrze, iż cię wtedy nie wyrzuciłam. Takich kotów ze świecą szukać.

Kot leżał ciężko oddychając i nie próbował się wylizywać. Nie chciał jeść, pani Jadwiga od razu wiedziała, iż to źle. Rano po skończonej zmianie pojechała do Izy i powiedziała:

Przypilnuję Janka, idź z kotem do weterynarza, tu za rogiem jest przychodnia.

Iza naprawdę biegła. Felek leżał pod jej łóżkiem, ciężko dyszał, wyciągnięte łapy.

Feluniu, poczekaj, już, zaraz! Szybko!

Dotarła do lecznicy, cała rozdygotana, przepchnęła się przez korytarz i krzyknęła do młodej recepcjonistki:

Lekarza! Najlepszego! Natychmiast!

Dziewczyna chciała coś burknąć, ale widząc stanowczą minę Izy, wskazała ławkę.

Iza tuliła Felka, wsłuchując się w każdy jego oddech, aż nagle drzwi się otworzyły i do poczekalni wszedł prawdziwy olbrzym.

Co tu mamy? zagrzmiał głęboki głos. Iza przez chwilę nie mogła się odezwać.

Ocknęła się pod surowym spojrzeniem lekarza i podała mu kota:

Tutaj…

Kto mu to zrobił? lekarz zręcznie i delikatnie obejrzał Felka.

Szczury.

Ale jaki zadbany, domowy?

Mój, w pokoju…

A nie szkoda go tak na dwór puszczać?

Nie! U nas w środku go szczur zaatakował!

Cuda… pokręcił głową. Ale co tu gadać, pomagać trzeba! Głos jej się załamał, aż wrzasnęła przez łzy. On mi uratował synka! Proszę, pomóżcie!

Ależ spokojnie. Jestem Paweł. A pani?

Iza.

No to się poznaliśmy. Na przyszłość spokojnie, głośne krzyki nie pomagają.

Weterynarz się uśmiechnął.

Damy radę! Niech się pani nie martwi!

Kilka lat później wielki rudy kot wchodził do dziecięcego pokoju, sprawdzał kąty, wskakiwał do łóżeczka stojącego przy kanapie, na której spał Janek. Mała Alicja, czując ciepło przy boku, obracała się przez sen i chwytała kocią sierść. Felek mruczał, a dziewczynka spała mocniej, nie słysząc jak za kotem wchodzą rodzice. Iza poprawiła synowi kołdrę, naciągnęła Alicji skarpetkę, przytuliła się do męża:

Niezła niania, co Pawełek?

Lepszej być nie może Paweł podrapał Felka za kiedyś przez siebie zszywanym uchem. Dobrze, iż wtedy się na mnie wydzierałaś. I iż cztery dni walczyłem o kota! Takie Felki to skarb.

On już jest złoty. Widzisz, aż świeci.

Felek dotknął nosem wyciągniętej dłoni Izy, położył się przy Alicji. Iza zgasiła lampkę, zawołała męża, lekko przymknęła drzwi. Jej dzieci nigdy nie bały się ciemności bo zawsze był z nimi Felek. A z takim kotem strach nie istnieje.

Idź do oryginalnego materiału