Kocur Wacek

2 dni temu

Wacek

Beatko, czyś ty rozum postradała?! Pani Teresa cię żywcem zje za to!

Maniusiu, a co miałabym z nim zrobić? Wyrzucić? Przecież szkoda! Żywy przecież!

On może i żywy, ale co z tobą będzie, jeżeli go tu zostawisz, to już nie ręczę!

Maneczko, kochana, no przestań! To przecież nie tygrys, tylko zwykły kociak. Niech trochę pomieszka, co?

A co ty mnie przekonujesz? Maria zaśmiała się i pogłaskała po maleńkiej główce rudego niespodziewanego lokatora. Myślisz, iż mi nie szkoda? Skąd go wytrzasnęłaś? Taki mizerny! Pewnie chory, choćby główki nie podnosi. Skarb normalnie!

Wychodzimy! Beata zręcznie złapała z wieszaka długi szalik, który Maria własnoręcznie zrobiła na drutach i zawinęła w niego znalezionego kociaka. Wracałam dzisiaj ze zmiany przez park. On leżał na ścieżce. Albo sam się wygramolił z krzaków, albo ktoś go tam podrzucił. Już śniegiem go przysypało. Gdyby nie był rudy, wcale bym go nie zauważyła. Podniosłam, a on zupełnie zimny. Pomyślałam, iż to już po nim, nie oddycha. Ale potem zrozumiałam żyje! Złapałam go i biegłam całą drogę do akademika. Beata zachichotała, nalewając mleko do emaliowanego kubka, żeby je podgrzać. Pani Teresa tak na mnie spojrzała, jak przemknęłam koło niej, iż aż jej szczęka opadła.

No to czekaj na wizytę, Beatko, na pewno cię odwiedzi. Oj, będzie piekło! Pamiętasz, jak się darła na Lidkę, gdy przyprowadziła kota? O mało jej nie wyrzuciła. Porządku, mówi, brakuje! A przecież nie wolno trzymać zwierząt w akademiku.

Marianko, ale ty przecież mnie nie wydasz? Beata spojrzała z niepokojem w drzwiach. Gdyby przyszła podczas mojej nieobecności, schowaj go gdzieś, proszę. Ja tylko mleka mu podgrzeję i zaraz wracam.

Idź już! Maria zgarnęła ze stołu szalik z kociakiem i wysypała z koszyczka swoje robótki. Nic nie widziałam, nic nie wiem, nic nie powiem! zaśpiewała i, nakrywając koszyczek, puściła Beacie oczko. Idź! Nie bój się!

Beata wyszła, a Maria spojrzała do koszyka i pokręciła głową:

No masz szczęście, rudzielec! Oddychaj, nędzniku! Beata to dobra dusza, jak coś ci się stanie, długo by płakała. A mnie to potrzebne?

Kociak milczał. Oddychał bardzo słabo, leżąc z zamkniętymi oczami i na słowa Marii zupełnie nie reagował.

Pokój powoli tonął w ciemnościach. Wieczorne zmierzchy zaczynały swoje panowanie, a Marii nie chciało się zapalać światła. Lubiła tę porę. Cały wieczór przed nią. Dobrze, jak się pracuje na drugą zmianę wracasz do domu prosto do łóżka. A tak można i poczytać, i pogadać z Beatą. Wypytać o jej sprawy z Michałem. Maria westchnęła. Dobrze jej! Ma chłopaka, do ślubu się szykują. A ona, Maria? Nikogo. I komu taka potrzebna wysoka baba? Beata to laleczka, kruszynka. Oczy zielone jak u syreny, warkocze po pas. Śliczność! A ona? Baba jak dąb! Babcia tak mówiła, patrząc jak rosła wnuczka jednym ruchem przewraca wszelką niesprawiedliwość wśród swoich trzech braciszków. Chłopaki byli młodsi, rozrabiaki straszne. Teraz już dorośli. Najstarszy się choćby ożenił dobrą dziewczynę poślubił. Maria dopiero co na wesele do rodzinnej wsi jeździła. A ona, Maria, ciągle sama. I choćby widoków żadnych nie ma. Za bardzo rzuca się w oczy chłopakom w mieście. I wzrost, i posturę ma, a gdzie takiego olbrzyma znaleźć, co by nie wstyd było? Może i racja, iż babcia ją wciąż do domu ściąga? Ale co ona tam będzie robić? Chłopaków w miasteczku już nie ma prawie wcale. I pracy brak, tylko gospodarstwo. A po co się uczyła? Tu w fabryce ją cenią, szanują. choćby wczasy za zasługi dali. Maria potrząsnęła głową, odganiając smutki. Co tam, zdąży jeszcze za mąż wyjść! Niemożliwe, żeby nie znalazł się nikt!

Beata wróciła i zabrała się za szukanie pipetki, żeby nakarmić kociaka. Z miseczki pić nie dał rady próbował, ale nie miał siły lizać. Widząc, jak Beata ledwo powstrzymuje łzy, Maria odłożyła książkę i przejęła rudego biedaka:

Dawaj!

Nabrała mleka do pipetki, delikatnie uchyliła pyszczek kociaka palcami i syknęła:

No, ruszaj się! Beatka nie po to cię przyniosła, żebyś tu z głodu padał!

Kociak się dławił, chrząkał, ale pić zaczął.

Kociaka nazwano Wackiem. Pani Teresa prawie przez rok nie wiedziała, iż w pokoju dziewczyn mieszka ktoś jeszcze, aż do chwili, gdy przypadkiem zobaczyła, jak przez otwarte okno na parterze przemknęła ruda błyskawica z puszystym ogonem.

A to co jeszcze?!

Jej krzyk postawił na nogi całe akademiki.

Pani Tereso, błagam! Przecież pani choćby nie wiedziała, iż mamy kota! Tak grzeczny, myszki łapie!

Jakie myszki?! U nas nie ma myszy! Nasz akademik jest wzorcowy!

Pewnie! Maria, zakładając ręce na szerokiej piersi, zmierzyła wzrokiem panią Teresę i nogą zasłoniła za sobą kręcącego się Wacka. I myszy mamy wzorcowe! Tłuściutkie, wyhodowane! Wacek co rano układa je równo przy moim łóżku. Następnym razem pokażę, żeby nie tylko nam było dane być dumnym z łowieckich sukcesów kota. Może i dyrektora fabryki zaprosić? Niech zobaczy.

Mario! Popamiętasz jeszcze! Pani Teresa złagodniała i z groźnym wzrokiem spojrzała na Beatę. Twoje dzieło? A jak wyjdziesz za mąż, to co? Weźmiesz go?

Sama nie wiem. Beata przytuliła kota do siebie. Kocha mnie, ale za panią Marię uważa tu gospodynię. Będzie tęsknił…

A daj ty spokój! Pani Teresa nagle się roześmiała, patrząc na zmieszaną Beatę. Gadasz o nim jak o chłopie! Beata, to kot! Tam gdzie dają jeść, tam dobrze.

Nie powiedziałabym… Próbuję go przekupić, a i tak do Marii się łasi. Beata oddała kota koleżance i objęła panią Teresę. No i jak będzie? Możemy go zatrzymać?

O, przebiegłaś ty lisico! Pani Teresa podniosła palec i zagroziła. Tylko żeby go nie było widać ani słychać! Rozumiano? Bo i mnie, i was wyrzucą stąd i dobrze zrobią!

Ślub Beaty odbył się jak należy, a Maria została sama z Wackiem. Dni zaczęły płynąć powoli, nostalgicznie. Pani Teresa nie kwapiła się, by przydzielić jej współlokatorkę. Stary akademik dogorywał. Dziewczyny żyły nadzieją, iż lada dzień dostaną pokoje w nowym bloku. Budowa raz szła, raz przystawała, ale coś się jednak działo. Maria w weekendy, razem z innymi, chodziła na budowę pomagać robotnikom. Krążyła po pustych korytarzach, próbując wyobrazić sobie swoje przyszłe życie w nowym miejscu. Któregoś dnia właśnie tam spotkała swój los tak jej się wtedy wydawało.

Aleksander, tak jak ona, był przyjezdny. Młodszy w rodzinie, opiekował się rodzicami. Po śmierci mamy i taty przeprowadził się do miasta. Mimo iż nie miał tu nic swojego, żyło się mu radośniej. Wokół pełno dziewczyn, ale miał swoje plany szukał żony. I to najlepiej z posagiem, żeby mieszkanie jakieś było lub rodzina pomóc mogła. Maria nie wpisywała się w ten szablon ani trochę. Ale obok takiej urody, która spojrzała na niego z góry i przedefilowała korytarzem, Aleksander nie przeszedł obojętnie.

Jego niezgrabne zaloty Marię najpierw śmieszyły.

O Jezu! Toż ja mu będę po głowie pukać! O głowę niższy! Dokąd to? chichotała, opowiadając o Aleksandrze Beacie, która wstąpiła z wizytą.

Maria! No coś ty! To w rozmiarze rzecz? Jaki to człowiek?

Nie wiem Maria poważniała i spuszczała wzrok. Naprawdę nie wiem, Beatko.

Patrzyła, jak Beata mozolnie podnosi się do wyjścia, głaszcze Wacka leżącego na łóżku, tuląc powiększający się brzuch.

Ciężko ci? Maria wyjmowała z szafki słoik miodu od braci.

Nie, trochę dziwnie. Jak na dworcu jakby się gdzieś miało jechać, gdzie dobrze będzie. Stoisz, czekasz na pociąg i tylko myślisz byle szybciej. Beata przyjęła miód i, całując przyjaciółkę, pomachała na pożegnanie kotu. Trzymaj się, Wacek. Pilnuj jej!

To chyba przez ciążę Beaty albo Maria w końcu dość miała samotności, bo Aleksander niedługo zaczął bywać w ich malutkim pokoiku coraz częściej. Wacek znienawidził go od pierwszego dnia. Sycząc i wyginając grzbiet, wskakiwał na parapet i smagał się ogonem, gotów rzucić się na gościa w każdej chwili. Maria otwierała okno i wyrzucała kota na dwór, wiedząc, iż wróci na noc, ale długo będzie trzymać się na dystans, nie dając się pogłaskać i nie jedząc jedzenia. Maria nie wiedziała, co się z nim dzieje.

Zazdrosny chyba, co? wzruszała ramionami, gdy pani Teresa pytała, dlaczego Wacek schodzi teraz do niej na dyżurkę podczas wizyt Aleksandra.

Może i zazdrosny. Może coś czuje. Ty Maria, uważaj z tym swoim chłopakiem. Nigdy nie wiadomo. Poużywa i zostawi, a potem co?

Daj spokój, pani Tereso. Jakoś nie wierzę, iż taki.

Oj, dziewczyno… pani Teresa wzdychała, ale temat ucinała. Uważaj! Tobie żyć.

I Wacek, i pani Teresa mieli rację.

Na poranne złe samopoczucie Maria nie zwracała uwagi. Ot, kefir skisł, grzyby od bratowej też stały otwarte. Minął tydzień, drugi a poprawy nie było. Maria była ciągle głodna i senna. Gdy spotkała Beatę spacerującą z wózkiem, wyżaliła się jej i dopiero wtedy dotarło do niej, co się dzieje.

Maria! Jak ty to narobiłaś?! Beata chwyciła się za głowę. Który miesiąc? Powiedziałaś mu już?

Maria stała oszołomiona wiadomością. Myśli plątały się w głowie, a gdzieś w oddali słyszała głos pani Teresy:

Oj, dziewczyno… Uważaj…

I dziwnie, właśnie ten ledwo słyszalny głos postawił ją na nogi. Otrząsnęła się, ściskając torbę, i przyspieszyła do domu. Trzeba było powiedzieć Aleksandrowi. Skończyło się wolne życie. Trzeba myśleć o przyszłości.

Tylko iż przyszłość okazała się samotna.

Przepraszam, Maria. Ale nie. Skąd mam wiedzieć, iż to mój? Nie zgadzam się. Aleksander odsunął Wacka, który rzucił się na niego i kopnął go z całej siły. Odejdź!

Wacek jednak zdołał się wbić w nogę Aleksandrowi, a krzyk mężczyzny sprawił, iż Maria sama nie wiedzieć czemu aż się uśmiechnęła:

Daj mu spokój, Wacławku! Jeszcze się otrujesz taką szują. Nie potrzeba nam takich w domu.

Długo jeszcze siedziała potem wyprostowana jak struna na krześle, patrząc na zamknięte drzwi. Wacek kręcił się wokół jej nóg, aż w końcu wskoczył jej na kolana na co rzadko pozwalała i długo leżał, cicho mrucząc, aż go spławiła.

Wystarczy smutków. Chcę herbaty. Gorącej.

Swojego synka zgłosiła tylko na siebie. Śmiało patrząc urzędniczce w oczy przy wypisywaniu aktu urodzenia, powiedziała krótko:

Ojca nie ma. Nigdy nie było. Matka jest. Starczy?

Beata przygotowała wyprawkę dla dziecka, a pani Teresa znalazła wśród znajomych solidny wózek i kilka razy odwiedzała dyrektora fabryki, żeby wydębić dla Marii lepszy pokój. Ale budowa znowu stała, dyrektor tylko rozkładał ręce:

Chętnie bym pomógł, ale się nie da. Na razie muszą państwo poczekać.

W pokoju było zimno, choć Maria jak mogła próbowała uszczelnić okna i drzwi. Nie przeganiała kota od synka, bo od razu uznał nowego domownika tego małego, płaczącego człowieka za swoją własność. Przysiadał przy dziecku i malec cichł, czując ciepło rudego opiekuna. Maria, patrząc na tę niezwykłą więź, śmiała się i zawsze wymyślała dla kota jakiś rarytas, choć z pieniędzmi było ciężko. Bracia pomagali jak mogli, bez nich by sobie nie poradziła. Aleksander rozpłynął się gdzieś w świecie, a Maria choćby nie chciała go widzieć. Pomocy i tak by nie było, a tylko rozdarłby jej serce. Skreśliła go z pamięci, zostawiając sobie to, co najlepsze synka.

Rodzina pojawiła się tłumnie, jak tylko Marię z dzieckiem wypuszczono ze szpitala.

Ale pulchny! Prawdziwy siłacz, Marianka, cały ty!

Maria słuchała pochwał i czuła, jakby miała się rozpłakać co nigdy nie było jej w zwyczaju. Ani słowem, ani spojrzeniem nikt jej nie wypominał. Wręcz przeciwnie, żona najstarszego brata przygarnęła ją w kuchni i szepnęła na ucho:

I dobrze, iż urodziłaś! Nigdy już nie będziesz sama, Maryjko. Dobry człowiek się znajdzie, zobaczysz. Nie wszyscy to takie dranie. A o synka się nie martw pomożemy, jak trzeba. Wychowamy chłopca, nie martw się.

Rodzina słowa dotrzymała. Co dwa tygodnie zjawiał się któryś z braci z gościnami dla Marii i syna. Maria rozpakowywała kosze i torby z łzami w oczach. Jak kilka człowiekowi potrzeba tylko mieć pewność, iż nie jest sam. Że jest ktoś, kto cię kocha i wesprze. A jeżeli coś się stanie, nie zostawi twojego dziecka, tylko przyjmie jak własne. W takich chwilach Maria złościła się na swoje łzy, ale była szczęśliwa, iż nie jest sama.

Żłobek dla Janka był prawdziwym wyzwaniem. Często chorował, a Maria rozdzierała się między pracę a dom. Gdyby nie pomoc pani Teresy i Beaty, pewnie rzuciłaby wszystko i wróciła do wsi. Ale myśląc o życiu pod jednym dachem z rodziną brata, odwlekała powrót jak mogła. Nie chciała nikomu wchodzić w drogę.

Siedząc przy łóżeczku syna, który spał rozsypany od gorączki, Maria nieraz wspominała swoją niedoszłą miłość i myślała, jak nie każdemu dane jest spotkać człowieka, co stanie się oparciem i wsparciem. Teraz już wiedziała dokładnie, czego chce od tego, kto może kiedyś pojawi się w jej życiu. Nie potrzebowała już westchnień i słodkich słówek, jak to miał Aleksander. Chciała kogoś, kto zrobi jej herbatę i pogoni do łóżka:

Idź, ja zostanę z synem.

A potem zabierze ich w niedzielę do zoo i kupi Jankowi balonik, pochwali jej barszcz i kotlety, a potem przybije półkę, co od miesięcy leży w kącie i tylko zawadza. Kogoś, kto będzie obok. Zawsze.

I tyle. To będzie dla niej rodzina. Taka, jakiej pragnie.

Sen przychodził Marii ukradkiem, wyganiając troski i zmartwienia. Opierała głowę na stole przy łóżeczku synka i zasypiała w dziwacznej pozycji.

W jednej z takich nocy wydarzyło się coś, co przewróciło jej życie do góry nogami, stawiając w końcu kropki i przecinki w jej wielozdaniowym, skomplikowanym losie.

Janek chorował już trzeci dzień. Gorączka nie spadała, Maria padała z nóg, starając się zrobić wszystko, by mu pomóc. Lekarka z przychodni, która mieszkała po sąsiedzku, przychodziła sama bez wezwania i, obejrzawszy malca, tylko kręciła głową:

Na razie nic pocieszającego nie powiem. Dobrze robisz, wszystko tak jak trzeba. Poczekajmy. Organizm silny, poradzi sobie.

Maria nie schodziła syna z rąk, gdy ten tulił się do niej, zasypiając na krótko, by znów się budzić, rozpaczliwie łapiąc się za ucho. Pani Teresa przyniosła wieczorem garnczek z ciepłym rosołem i przytuliwszy Janka, przyłożyła policzek do jego rozpalonego czoła:

Gorący jak piec!

Gorączka nie spada, choćbym nie wiem co robiła.

Może i dobrze? pani Teresa pogładziła chłopca po rękach, narysowała sroczkę. Jak jest, to znaczy, iż organizm walczy. Lekarze tak mówią.

Wiem… Maria westchnęła. Ale nie mogę patrzeć, jak cierpi. Taki malutki.

Przejdzie! A ty, jak się wykończysz, to żadnego pożytku nie będziesz miała. Zjedzcie coś i połóżcie się. Rano mądrzejsze wieczora.

Maria pokiwała głową i zaczęła szykować kompres, a pani Teresa wyszła po cichu.

Wacek ulokował się przy śpiącym Janku, trzepocząc ogonem i uciekając przed chwytem malca. Zmęczony dzieciak, przytulony do kota, zasnął jeszcze zanim Maria skończyła z kompresem. Pokręciła się chwilę przy łóżeczku, wahając się, czy go budzić, ale odpuściła.

Sięgnąwszy po garnek, Maria wyszła do kuchni podgrzać rosół. Stała przy kuchence, gdy usłyszała, iż coś się rozbiło, a potem rozległ się płacz Janka. Porzuciła wszystko i pędem wróciła do pokoju. Otworzyła drzwi i zamarła. Potem zerwała ze stojaka niską taboretę i rzuciła się na ratunek kotu.

Ogromny szczur walczył z Wackiem na życie i śmierć. Wacek uwijał się wokół niego jak rudy błyskawica, ale już miał porwane ucho i głęboko rozorany bok. Maria chciała pomóc, ale wtedy Wacek wreszcie doskoczył do gardła szczura. Zaciskał zęby tak mocno, iż długo nie mogła go odciągnąć od martwego zwierzęcia.

Wacek, kochany, już! Udało ci się! Już!

Kocur kwilił, odpuścił wreszcie i powlókł się do łóżeczka, gdzie płakał Janek. Maria rzuciła się do synka, a gdy zobaczyła, co leżało w łóżeczku obok niego, zamarła: drugi szczur, mniejszy, ale i tak potwór. Wyrwała Janka i wybiegła na korytarz:

Pomocy!

Godzinę później, opatuliwszy syna jak mogła, pojechała do pani Teresy. Ta dała klucze do swojego mieszkania i obiecała zająć się kotem.

Skandal jakieś! Szczury! U nas!? Przecież ostatnio była deratyzacja! złościła się, bo zawsze dbała o porządek w akademiku, ale na starą, rozpadającą się kamienicę nic już nie mogła poradzić.

Wysprzątawszy pokój Marii, zabrała Wacka do dyżurki i poczęła opatrywać rany.

Bohaterski z ciebie kot, Wacław! I dobrze, iż cię zostawiłam, oj dobrze! Ze świecą takich szukać.

Wacek leżał, ciężko dysząc, choćby nie próbując się wylizać. Jeść odmówił, co bardzo zaniepokoiło panią Teresę. Rano, po nocnej zmianie, wróciła do domu i zaraz zadzwoniła do Marii:

Popilnujesz Janka? Maria nerwowo się pakowała. Gdzie ja z nim pójdę? Gdzie znajdę lekarza dla kota?

Dobrze robisz! Blisko akademika jest lecznica dla zwierząt. Spytasz tam. Leć!

Maria prawie biegła do akademika. Wacek leżał przy jej łóżku, wyciągnięty, oddychał z trudem.

Wacek! Daj radę, jeszcze chwilka! Już pędzimy!

Dobiegła do lecznicy i, odpychając świeżo upieczoną weterynarkę w białym kitlu, zawołała:

Lekarza! Najlepszego! Natychmiast!

Początkująca lekarka otworzyła usta, by zaprotestować, ale zobaczywszy Marię, kiwnęła głową i gestem pokazała ławkę pod ścianą.

Maria tuliła Wacka, licząc jego oddechy, gotowa zaraz sama iść szukać lekarza, gdy drzwi się otworzyły i w progu stanął prawdziwy gigant.

Co tu się dzieje? niskim głosem zapytał, aż Marii z wrażenia mowę odjęło.

Otrząsnęła się pod jego spojrzeniem i podała mu Wacka:

Proszę…

Kto mu tak urządził? lekkim ruchem przechwycił kota, jakby był piórkiem, obracając go i oglądając rany.

Szczury.

Nie wygląda na śmietnikowca, zadbany przecież.

To mój kot.

Gdzie go szczury znalazły? Wypuszczasz go na dwór?

Nie, w pokoju go dopadły.

Cuda.

Długo jeszcze będzie mnie pan wypytywał? On przecież cierpi! Maria wybuchła, łzy złości stanęły jej w oczach. Wacek leżał bezradny, aż serce ściskało. On uratował mi synka! Proszę mu pomóc!

Nie trzeba się wydzierać. Przedstawię się jestem Sergiusz. Pani?

Maria.

No i dobrze znamy się! Na przyszłość wolę, jak się spokojnie rozmawia, a nie wrzeszczy.

Weterynarz pokiwał głową i niespodziewanie się uśmiechnął:

Pomożemy twojemu bohaterowi! Nie bój się!

A kilka lat później duży rudy kot cicho wejdzie do dziecięcego pokoju, obchodząc każdy kąt, wskoczy do łóżeczka obok kanapy, na której spał będzie Janek. Mała Alinka, poczuwszy ciepły, puszysty bok, odwróci się przez sen i wplącze palce w gęste futro. Wacek zamruczy, śpiewając jej po kociemu, a dziewczynka zaśnie mocniej, nie słysząc już, jak do pokoju wchodzi rodzina. Maria poprawi kołdrę synkowi, naciągnie z powrotem zrolowaną przez sen skarpetkę córce i przytuli się do ramienia męża:

Nie ma lepszej niani, co, Sergiuszu?

Gdzie tam! Sergiusz podrapie Wacka za, kiedyś przez siebie zszywanym, uchem. I dobrze, iż wtedy na mnie krzyczałaś, i dobrze, iż nad nim trzy doby czuwałem! Takie koty to prawdziwy skarb.

On i tak jest złoty, zobacz, jak się świeci.

Wacek pacnie nosem wyciągniętą rękę Marii, przeciągnie się obok Alinki, obejmując ją łapą. Maria zgasi lampkę, zawoła męża, i delikatnie zamknie drzwi do dziecięcego pokoju. Jej dzieci nigdy nie będą znały strachu przed ciemnością zawsze, odkąd pamiętają, będzie z nimi Wacek. A z nim przecież nic już nie trzeba się bać.

Idź do oryginalnego materiału