Klucze
– Kocham go! A ty znowu swoje głupoty! Nie chcę słuchać! Zazdrościsz mi, dlatego się wtrącasz! Zajmij się wreszcie sobą, daj mi spokój!
Małgorzata nie krzyczała. Ona wrzeszczała tak głośno, iż choćby pan Marian z trzeciego piętra, który lubił majsterkować przy swoim Fiacie w garażu, zamilkł i nastawił ucho. Niezbyt był ciekawski, więc to znaczy, iż Małgorzata naprawdę przesadziła.
Czy miała powód…?
Chyba tak. Przynajmniej ona tak uważała.
Bo stan zakochania był dla Małgorzaty jak oddech. Przerwy, jeżeli już się zdarzały, były tak krótkie, iż zauważyć je mogły tylko dwie osoby: jej matka i siostra. Matki od lat nie było, a siostra, Jagoda, nie chciała wysłuchiwać jej zwierzeń.
A bez tego cudownego stanu Małgorzata nie żyła, a jedynie egzystowała. Miała wtedy zagubiony wzrok, myśli jej uciekały, nie mogła się na niczym skupić, a nerwy rozstrajały się na tyle, iż współpracowniczki pytały:
– Może jakieś zioła na uspokojenie powinnaś brać, Małgosiu? Trudno z tobą ostatnio rozmawiać…
Małgosia wtedy tylko zagryzała zęby i myślała źle o „tych normalnych”. Pewnie, u nich wszystko poukładane! Mąż czeka w domu, dzieci biegają, a ona? Bez domu i bez męża. Syn niby jest, ale do udanych trudno go zaliczyć. choćby porównując z kuzynostwem, Paweł wypadał blado. Dzieci Jagody były zdolne i poukładane. Maciek, starszy, grał w piłkę i miał same piątki, a najmłodsza Hania śpiewała w zespole folklorystycznym, z którym jeździła po całej Polsce na konkursy. I to też Małgorzatę bolało. Dlaczego tak jest? Przecież ona też kiedyś próbowała różnych kółek, sekcji, ale wszędzie nudziło jej się po kilku tygodniach.
Bo, jak tłumaczyła sobie Małgosia, trzeba żyć zgodnie ze swoim sercem! Nie będzie drugiego życia! Nikt nie przyniesie jej szczęścia na złotej tacy: „Bierz, Małgosiu, nie krępuj się! Wszystko dla ciebie!”.
Tę prawdę zrozumiała dawno. Patrzyła, jak Jagoda ślęczy nad książkami i śmiała się, szykując się na dyskotekę:
– Ucz się, ucz, Jagódka! Kto cię wtedy zechce? Babcia zawsze mówiła, iż kobieta nie powinna być mądrzejsza od faceta! Zobaczysz, żaden chłopak na ciebie choćby nie spojrzy!
– I nie musi! burknęła Jagoda. I tak nie o to chodzi! Babcia mówiła, iż prawdziwie mądra kobieta nie będzie się wywyższać nad ukochanego. To nie to samo.
– E tam, nie zawracaj mi głowy! Lepiej pomóż zrobić fryzurę! Cezary już czeka pod blokiem!
Małgorzata leciała na randkę, a Jagoda siadała z książką na kanapie. Dwie godziny ciszy były świętem dla ich rodziców.
Swoją siostrę Jagoda bardzo kochała. Znała Małgorzatę prawie jak samą siebie. Nie była ona zła, tylko trochę roztrzepana, niepewna siebie, ale miała ogromnie dobre serce. To Małgorzata przynosiła do domu kolejne znajdy dwa koty i psa. Rodzice pozwolili na tyle, pod warunkiem, iż to ona się nimi w pełni zajmie ze sprzątaniem, karmieniem i w ogóle wszystkim. I trzeba przyznać, Małgosia dotrzymała słowa. Nigdy nie prosiła Jagody, by pomogła wyprowadzić psa czy posprzątać po kotach. Czasem tylko Jagodzie wydawało się, iż Małgorzata kocha zwierzęta bardziej niż ludzi.
– Gosia, mama prosiła, by jechać do babci i pomoc przy sprzątaniu.
– Jedź sama, ja mam swoje sprawy!
– Jakie?
– A co cię to obchodzi? Królik kuleje, muszę z nim jechać do weterynarza.
– On kuleje już tydzień!
– I co z tego? Babcia młoda nie jest, ale sobie poradzi! A Królik to zwierzę, sam nie poprosi o pomoc!
Dziewczyny pokłóciły się, każda poszła w swoją stronę. Jagoda pojechała do babci, Małgorzata wyciągnęła z szafy swój ulubiony sweterek, bo Cezary już czekał na nią pod klatką, a Królik był tylko wymówką.
Szkołę skończyły oczywiście zupełnie inaczej: Jagoda z wyróżnieniem, Małgorzata przeciętnie.
O wyborze przyszłości Małgorzata nie musiała myśleć długo. Od dziecka marzyła, by zostać cukiernikiem. Zapatrzona na wystawy pełne ciastek, zawsze wyciągała ręce do matki, byle tylko dostać jakieś słodkości. Potem te pączki czy kremówki oddawała siostrze najważniejsze było napatrzeć się na kremowe kwiatki i lepić podobne z plasteliny.
Drogi sióstr rozeszły się. Jagoda zamieszkała z babcią, która wymagała już opieki, a mieszkanie miała blisko uczelni, więc obu było wygodnie. Młoda dziewczyna i jej babcia dogadywały się doskonale. choćby swojego męża, Marka, Jagoda przedstawiła najpierw babci.
– Miejsca u nas dość dla wszystkich mówiła starsza pani.
Wesele, choć skromne, było radosne, zamieszkali z mężem u babci, a starsza kobieta już nie ukrywała swojego planu dom miał przypaść młodszym.
– Tak będzie sprawiedliwie, Jagódka. A Małgosia dostanie pokój po dziadku. Ten w starej kamienicy. Wam należy się to mieszkanie. Szkoda tylko, iż swoich wnuków chyba nie doczekam…
Babcia jednak zdążyła zobaczyć Maćka, pierwszego prawnuka, choć już jej wtedy brakowało sił i mówiła coraz rzadziej. Odeszła, gdy Maciek miał dwa lata. Przez rok jeszcze walczyła po udarze. Jagoda płakała długo, żegnając tę, która dała jej tyle ciepła.
Decyzji babci nikt nie kwestionował to ona zachowała się najbardziej sprawiedliwie. choćby Małgorzata nie protestowała, bo wtedy była zajęta kolejnym romansem. Miała „miłość”! Ale tej miłości bardziej pasowało określenie „przygoda”. Wybranek Małgorzaty, Eryk, cieszył się, gdy przychodziła, robiła porządki, gotowała i posprzątała, ale nocować nie pozwalał.
– Jestem samotnikiem, Gosiu. Musisz zrozumieć.
Ona kiwała ze zrozumieniem głową, zwłaszcza kiedy patrzył na jej mało udaną podobiznę olejną, którą Eryk kiedyś namalował, bardziej dla sportu niż z inspiracji. Portret dostała w prezencie, kiedy przyszła z „dobrą nowiną”.
Szła tego dnia ulicami Warszawy, oślepiona od słońca, z głową pełną marzeń była pewna, iż nowe życie, to, które w niej właśnie powstało, to prawdziwy cud. Ale to szczęście pękło jak bańka Eryk spoważniał i przerwał jej monolog:
– Jaki jeszcze dziecko, zwariowałaś?!
Rozstanie było puste i zimne, a marzenia pękły i rozsypały się drobniutko jak szkło. Duma Małgosi nie podniosła się już z tej klęski. Poprosiła tylko o swój portret „na pamiątkę”, a potem w domu porwała go na strzępy, mówiąc przez łzy:
– Jeszcze będę szczęśliwa! A ty już raczej nie…
Jak potoczyło się życie Eryka, Małgorzata przestała się interesować. Sama miała wystarczająco na głowie. Urodziła syna, ale nie poczuła szczęścia: szukała w nim cech ojca, jego „genialności”, a znajdowała tylko przeciętność. Paweł był spokojny, zamknięty w sobie, jego pasją była piłka nożna i szachy. Sam znalazł kółko, chodził do niego bez namowy matki i tylko wzruszał ramionami na jej pytania:
– Co ty tam widzisz? Nudne to jak flaki z olejem!
Jemu nigdy nie było nudno. Gra przypominała mu taniec, a rozkładając ciekawą partię, czasem sam krążył po pokoju, poruszając się do muzyki, którą miał w głowie. Robił to jednak tylko wtedy, kiedy matka nie widziała bała się takich „tańców”, kazała przestać.
– Tańce są dla dziewczyn! Przestań wygłupiać się!
Jedyną, która rozumiała Pawła, była jego kuzynka, Hania. Dlaczego mama z ciocią się kłócą nie wiedział. Babcia mówiła zawsze, iż rodzina to rodzina. Pawłowi to nie pomagało, ale zapamiętał te słowa. Z Maćkiem miał poprawne relacje, ale Hania była dla niego kimś ważnym czuł, iż ona go rozumie. Natura daje czasami takie porozumienie, bez słów.
– Ty słyszysz tę muzykę? patrzyła z zachwytem Hania.
– Tak… Cicha, ale piękna…
– Ja chyba też. Popatrz!
Kręciła się po pokoju, próbując wyrazić, co gra jej w duszy, gdy brat otwierał przed nią swoje wizje.
Ale dzieci nie decydują z kim mogą się kontaktować. Matka Pawła, gdy pokłóciła się z Jagodą o jakąś błahostkę, potrafiła zabronić synowi widywać kuzynostwo.
Paweł był wobec takiej samowoli bezsilny. Próbował wszystkiego: buntował się, robił awantury, odmawiał jedzenia, pewny, iż matka w końcu zmieni zdanie i powie zrezygnowana:
– Rób co chcesz! Mam już dosyć tego twojego jęczenia!
Nie wiedział, dlaczego mama tak się unosi. A po tym, jak kolejny romans Mamy się rozpadł i dowiedziała się, jak babcia rozporządziła mieszkaniem, zerwała kontakty z siostrą.
– To niesprawiedliwe! Przecież jestem taką samą wnuczką jak ty!
– Małgosiu, nie prosiłam o mieszkanie! jeżeli chcesz, możemy je sprzedać i podzielić się! Nie chcę się z tobą kłócić!
– Nie chcę żadnych twoich łask! Babcia i tak zawsze bardziej cię kochała! Dlatego zostawiła ci wszystko! Mnie nikt nie kochał prawdziwie!
– Małgosia, przecież to nieprawda! A mama, tata, ja?
– Taka to miłość? Skoro mnie nie rozumiecie? Myślisz, iż chodzi o mieszkanie? Nie! Potrzebuję tylko czuć się kochaną!
– Małgosiu…
– Dość! Już nic nie chcę słyszeć!
I tak żal zakotwiczył między siostrami. Ułożył sobie gniazdo z dawnych uraz i nieporozumień, z rzeczy małych, o których Małgosia nie umiała zapomnieć.
Patrz, Małgosiu! Pamiętasz, jak Jagodzie kupili lalkę? Taka sama jak twoja, tylko w różowej sukience, a twoja była zielona Niby detal, ale ty marzyłaś o różowej, tak? A jej nie chciała się z tobą zamienić! Pamiętaj! Z takich drobiazgów składa się życie. Z jakiegoś tuszu do rzęs, który ci się marzył, ale dostała go Jagoda, z Marka, własnego mieszkania i dobrej pracy, z dzieci tak różnych od twojego spokojnego Pawła. Wszystko to buduje twój dom, Małgosiu. Krzywy, prowizoryczny, pusty. Bo to, co mogłoby go naprawić, przypadło w udziale siostrze. I czy ona lepsza od ciebie? Oczywiście iż nie! Brak jej najważniejszego tego lotu, marzeń, chęci na życie bez oglądania się za siebie! Ona nie zna prawdziwej miłości! Nie tej, którą ona sobie sama wymyśliła, gdzie Marek jest jedyną szansą na szczęście, ale tej, o której wiesz tylko ty! Miłość to lot! Miłość to życie! Miłość daje klucze do szczęścia i oddaje je nie każdemu! Jagoda o tych kluczach nie wie…
Żal Jagody był mniejszy, może dlatego iż miała mniej złych wspomnień, a może dusza jej była pogodniejsza. Jej gniazdo było liche, kilka gałązek, byle jakie byle nikt nie mógł się przez nie przedrzeć. I ona próbowała, rozmawiała, próbowała zbliżyć się do siostry. choćby jeżeli Małgosia mówiła, iż nie jest dla niej siostrą, nie mogła zerwać tej więzi, bo czuła: nie tego chciała mama, nie tego uczyła babcia.
Rodzice zmarli jeden po drugim niemal w tym samym roku. Siostry trwały w rozpaczy.
– Jagódko, jak to możliwe?! Przecież byli młodzi! Powinno być jeszcze tyle życia przed nimi!
– Gosiu, los nie pyta. Zrobiliśmy wszystko, co mogłyśmy. Czasem to nie wystarcza. Trzeba pogodzić się z tym, czego nie da się zmienić…
Odstępując od spadku na rzecz Małgosi, Jagoda na chwilę zyskała spokój. Siostra zajmowała się dokumentami, wciąż zafascynowana kolejną „szansą na szczęście”.
– Myślałam, iż zabierzesz też to mieszkanie rzuciła Małgorzata, poprawiając kaptur nie patrząc na siostrę. Obie czekały pod kancelarią notarialną na Marka, który miał podjechać.
– Czemu tak uważasz, Małgosiu? Przecież jesteśmy rodziną.
– Ale ty mnie nigdy nie rozumiałaś…
– I ty mnie też nie… Ale czy to aż takie ważne?
– Oczywiście! jeżeli ludzie się nie rozumieją, po co mają być razem?
– Może właśnie po to, by starać się zrozumieć? Przecież nic nie przychodzi łatwo, nie ty pierwsza to mówisz.
– Ty masz łatwo! Mąż, dom, dzieci. Ja sama!
– A Paweł?
– On sam sobie radzi! Prawie go nie widuję. Ciągle w pracy, a on i tak spędza więcej czasu w twoim domu.
– Bo mu u nas dobrze, spokojnie…
– No właśnie! Jagoda, ty zawsze musisz być taka idealna! Zawsze byłaś lepsza ode mnie i moje dziecko też takie nie jest! Wszystko przez ciebie!
– Małgosiu, nigdy nie powiedziałam, iż jesteś złą matką!
– Zawsze! Ty jesteś doskonała, dzieci genialne A ja…
– Przestań! Słyszysz siebie?
Marek znalazł żonę we łzach.
– Czemu ona tak mnie rani? Za co?
Przytulił ją i rzucił:
– Złośliwy charakter. Jeszcze ją życie nie przetrąciło.
Jagoda natychmiast pobladła.
– Nie mów tak! A jeżeli naprawdę coś się stanie? Marek, żal mi jej…
– I dobrze!
– Co?
– Ze współczuciem łatwiej wybaczyć. Może kiedyś zrozumie, kto ją naprawdę kocha.
– Może. Ale dla mnie to zawsze będzie siostra. Innej nie mam… I zawsze będę ją kochać.
Kiepska zgoda lepsza od dobrej kłótni. Jagoda zrobiła wszystko, by w końcu się pogodzić. Ta cienka nicią, która ich łączyła, była już ledwie widoczna, ale wciąż istniała.
Mężczyźni pojawiali się w życiu Małgorzaty i znikali nie zostawiając po sobie nic oprócz goryczy i kolejnych nieporozumień. Co z nią jest nie tak, skoro każdemu daje z siebie wszystko, a oni zawsze mówią:
– Małgosiu, luz! Przecież nic nie obiecywaliśmy, nie pamiętasz?
Tak było zawsze. Każdy mężczyzna od początku uprzedzał:
– Nie jestem gotowy na poważny związek. Trudna sytuacja. Rozumiesz mnie?
I ona rozumiała przez chwilę. Potem zapominała, a gdy znowu ją zostawiali, bolało równie mocno.
Wciąż dawała kolejnym „klucze do szczęścia”, ale nikt ich nie chciał
Paweł w czasie miłosnych romansów matki mieszkał głównie u Jagody. Ani ona, ani Marek nie mieli nic przeciwko chłopca traktowali jak własnego syna. Pokój Maćka od dawna miał dwupoziomowe łóżko i dwa komputery chłopcy chętnie grali, nieraz wraz z Hanią, która denerwowała ich swoją szybkością.
Jagoda meldowała Małgorzacie o postępach syna, ale ta machała ręką:
– I tak dobrze! Ważne, iż z Maćkiem w tej samej szkole. Jak coś, to mnie powiadomisz.
– Ale daleko mu dojeżdżać! Może lepiej by było, żeby mieszkał z nami na jakiś czas.
– Jasne, niech zostanie. Sama wiesz, jakie mam teraz zamieszanie. Wszystko się dopiero układa. Dziękuję! Tomek jest cudowny! Chce, żebyśmy byli rodziną!
– Oświadczył ci się?
– Jeszcze nie, ale wszystko zmierza w tym kierunku! Teraz nie przeszkadzajcie, pomóżcie mi! To moja szansa na szczęście!
– Małgosiu, oczywiście.
Ale Jagoda nie ufała siostrzanemu wybrankowi wydawał się jej zarozumiały, z dziwnym poczuciem humoru. Doskwierały jej jego złośliwe żarty. A Paweł? On już całkiem zamknął się w sobie i wolał spędzać czas u Jagody. Ta dbała o niego, a z siostrą starała się nie kłócić.
O tym, iż Tomek chce sprzedać mieszkanie Małgorzaty i podzielić pieniądze, Jagoda dowiedziała się przypadkiem.
Wróciwszy do domu, rzuciła tylko:
– Chłopcy, kto tu zamienił przedpokój w błotnisko?!
Hania, wybiegająca z pokoju chłopców, wykrzyknęła i poprosiła mamę na bok.
– Mamo, tylko się nie denerwuj…
– Co się stało?! serce Jagody podskoczyło.
– Tam Paweł… Przykładamy mu lód, ale nie pomaga…
Nie czekała dłużej pobiegła do pokoju chłopców. Paweł leżał na łóżku, twarzą do ściany, z lodem przy policzku.
– Pawełku, co się stało?
– Nic…
Był wyraźnie zamknięty, a Pawłowi nie zdarzało się obrażać. Skoro nie chce mówić, to znak, iż stało się coś poważnego.
Wskoczyła na górne łóżko, przytuliła go, delikatnie dotknęła rosnącego pod okiem siniaka.
– Czy to Tomek?
Odpowiedź była oczywista Paweł wybuchnął płaczem. Wiedział, iż Jagoda go zrozumie bo tylko ona potrafiła. Próbował bronić matki, a dorosły facet, który wykręcał jej rękę, przyłożył mu i rzucił:
– Ty mnie będziesz pouczał? No już, zmykaj, dzieciaki mają słuchać dorosłych!
Takiego Tomka jeszcze nie widział. Zdał sobie sprawę: ten człowiek też nie kocha jego mamy. Chce tylko czegoś od niej. Wika mawiała:
– Kiedy kochasz to widać. To trudne, Pawle?
– Bardzo…
– A przecież muzykę umiesz zobaczyć…
– Chyba nie wszyscy są w stanie usłyszeć tę melodię…
Paweł próbował powstrzymać złość na Tomka, ale został gwałtownie powalony i przestał rozumieć, dlaczego wszystko jest zawsze przeciwko niemu. Słyszał jeszcze tylko zdumione oczy mamy i jej zdławiony szept:
– Pawle, po co to zrobiłeś?
Więcej się nie tłumaczył. Było mu wstyd i cholernie bolało.
W końcu zabrał swoje rzeczy i przyszedł do Jagody.
Jagoda, wysłuchawszy Pawła, natychmiast zadzwoniła do siostry. Po kilku nieodebranych sygnałach wybrała Marka.
– Gdzie jesteś? Nie wchodź na górę. Podjedziesz ze mną do Małgorzaty.
Zostawiła dzieci z Pawłem, każąc im go nie zostawiać choćby na chwilę. Sama ubrała się w pośpiechu i pobiegła na parking.
– Co się stało? spytał zaniepokojony Marek.
– Po drodze wyjaśnię. Jedźmy!
Rozmowa nie układała się od początku. Małgorzata płakała, klęcząc na klatce schodowej, przeklinając życie, bo Tomek gwałtownie spakował się i wyszedł, rzucając złe słowa na pożegnanie.
– Kocham go! krzyczała, nie odpowiadając na pytania siostry.
– Kogo, Małgosiu?! Kogo kochasz? Człowieka, który uderza twoje dziecko?! Czy masz choć trochę rozumu? Ile jeszcze?! Ty wciąż szukasz szczęścia i nie widzisz, iż jest tu od lat! A Paweł? Czemu go ranisz? On jest twoim synem!
– On od dawna twoim synem! Zabierasz mi go! Domu prawie nie ma, nie gada ze mną! Przez ciebie mam same kłopoty! Wszystko straciłam przez ciebie!
– Co ci zabrałam?!
– Życie! Moje klucze!
– Jakie klucze?
Jagoda oniemiała. Wreszcie do niej dotarło klucze do szczęścia.
Zamilkła, potem nagle przytuliła siostrę, tak jak kiedyś mama.
– Chodź tu! O, Małgosiu… Dlaczego jesteś
– Głupia? Chciałaś powiedzieć!
– Nie! Wrażliwa jesteś. Bardzo… i nigdy nie miałaś dość czułości. To rozumiem. Ale nie oczekuj, iż zrozumiem, jak można przedłożyć mężczyznę nad własne dziecko. To nienormalne, Małgosiu, przecież to wiesz! A klucze? Nie zabrałam ci żadnych! Sama ledwo ogarniam własne. Ale różnica między nami jest
– Jaka?
– Ty wciąż próbujesz oddać swoje klucze komuś, ja trzymam je przy sobie.
– I to dobrze?
– Nie wiem. Życie pokaże.
– Już pokazało Jak mam żyć dalej? Nikt mnie nie kocha!
– Ja cię kocham. Mało? Paweł cię kocha. Nie wystarcza?
– Nie wiem
– Zacznij od tego. Reszta się znajdzie, Małgosiu.
– A jak nie?
– To znaczy, iż twoje klucze nie do tych drzwi, w które próbujesz je włożyć. Ta prawdziwa brama może zostanie na zawsze zamknięta. Chcesz resztę życia spędzić na korytarzu?
– Nie!
– To bądź mądra! Jedziesz do syna?
– Nie wybaczy mi…
– Paweł wie o życiu więcej niż jego matka. Ale lekko nie będzie, jest bardzo zraniony.
– Przeczuwam
– Rusz się więc! Jesteś jego matką. A ja już się nie cackam! Marek, podaj jej chusteczki, niech się ogarnie. Jedziemy, dzieci czekają!
Paweł doczeka się ojczyma, później i Małgorzata odnajdzie to, czego tak pragnęła. Syn jednak zostanie u Jagody, wybierze jej ciepły dom, nie mieszkanie matki, w którym z czasem będzie krzyczeć nowonarodzona siostrzyczka. Małgorzata postara się, by wiedział, iż jest kochany. Mąż Małgorzaty okaże się mądrym człowiekiem, da Pawłowi czas i powoli znów zbliży ich tak mocno, iż więź stanie się silniejsza niż niejedna krew.
Podczas pożegnania na dworcu, gdy Paweł jechał na studia do Poznania, przytulił wszystkich, ojczyma uścisnął mocno i powiedział:
– Pilnuj mamy!
Wysoki mężczyzna z siwiejącymi włosami tylko skinął głową.
– A ty siebie, synu. Poczekamy tutaj.
– Wiem!
Dziś myślę: w życiu czasem najtrudniej dbać o to, by klucz nie przepadł przez pośpiech, żal czy zazdrość. Czasem klucz do szczęścia jest bliżej, niż nam się wydaje. Tylko trzeba najpierw znaleźć do niego adekwatne drzwi.

12 godzin temu





