Kiedy kot milczał i patrzył na nią… Ania, motornicza z warszawskiego autobusu, w skórzanej kurtce ratuje tajemniczego futrzastego pasażera bez biletu spod siedzenia, a przypadkowy los — w postaci zgubionego kuponu na loterię — prowadzi ją przez niezwykłą noc pełną kawy, sąsiedzkiej pomocy, spełnienia życzeń i… magii, która zmienia wszystko.

10 godzin temu

Kot patrzył na mnie w milczeniu. Odetchąłem głęboko i zebrałem się na odwagę, sięgając po niego z nadzieją, iż rękawy mojej skórzanej kurtki uchronią dłonie przed pazurami tego puchatego gapowicza…

Zmiana dobiegała końca. Przeszedłem na tył autobusu, dokładnie zaglądając pod każde siedzenie.

Ten autobus był dla mnie jak drugi dom, a w domu zawsze ceniłem porządek. Może dlatego, iż nie miał mi kto w nim nabrudzić?

Andrzeju, pora byś się w końcu ożenił powtarzały mi ciocie z zajezdni. Już masz na karku trzydziestkę, a przez cały czas sam. I ta twoja praca przecież nie dla kobiet, a i nie każdy facet by tu wytrzymał pasażerowie bywają coraz trudniejsi!

Trafiają mi się całkiem mili ludzie odpowiadałem. I lubię swoją robotę. A żona… to nie kot ani pies, żeby ją sobie założyć!

Ciotki zerkały po sobie znacząco. Wiedziały dobrze, iż z mężem jest o wiele więcej kłopotów niż z jakimkolwiek zwierzakiem.

To kota sobie spraw, Andrzej! radziły. Przynajmniej nie będziesz sam!

Westchnąłem:

Kot na razie sam się nie pojawił odpowiadałem rozczulonym ciociom, wracałem do domu, włączałem muzykę, szykowałem jedzenie, czytałem książkę, a potem szedłem spać…

Dni mijały podobne do siebie jak dwie krople wody. Nie przepadałem za weekendami, bo wtedy zostawało mi za dużo wolnego. Często wtedy sam jeździłem autobusem jako pasażer.

Lubiłem to poczucie, iż ktoś mnie wiezie w lepsze, szczęśliwsze życie…

Ten dzień nie różnił się od innych. Po zmianie ruszyłem wzdłuż autobusu, by posprzątać po pasażerach.

Zaglądając pod tylne siedzenie, aż się cofnąłem napotkałem spojrzenie dwóch błyszczących oczu!

Ej, kto tam? Kici kici! Jak się tam znalazłeś? kucnąłem. Zagubiłeś się?

Kot patrzył na mnie w zupełnym milczeniu.

Odważyłem się i sięgnąłem po niego, z nadzieją, iż rękawy ochronią mnie przed jego pazurami.

Kot dał się wyciągnąć spod siedzenia i wtedy mogłem mu się dokładniej przyjrzeć.

Wyglądał pięknie.

Nie znam się szczególnie na rasach, ale charakterystyczny pyszczek i puszystość wskazywały, iż to pers. Miał na szyi obrożę z medalikiem.

Merlin przeczytałem obracając medalion. Co, może ten sam? Wielki mag i czarodziej?

Kot ziewnął, co mogło znaczyć: A kto wie?

Więc co zrobić z panem magiem? rzuciłem półżartem. Gdzie szukać twoich właścicieli?

Kot znowu tylko na mnie spojrzał i przeciągle ziewnął. Jakby chciał powiedzieć: A może byś mnie czymś poczęstował? I chętnie bym się przespał

Nie miałem wyboru, a raczej miałem dwa, ale jakim trzeba być człowiekiem, by zostawić tego futrzanego znajdę na ulicy?!

Dobrze powiedziałem stanowczo. Dziś śpisz u mnie, jutro wydrukuję ogłoszenie z twoim zdjęciem. Ktoś pewnie cię szuka i się martwi!

Kot choćby nie zaprotestował. Ale gdy tylko ruszyłem w stronę wyjścia, wykręcił się z moich rąk, przeszedł przez autobus i wrócił z czymś w zębach spod siedzenia.

Co tam masz? spytałem, pochylając się.

Kot położył na mojej dłoni zdrapkę los na loterię.

No ładnie! przyjrzałem się znalezisku. To co, twój właściciel zgubił cię i los jednocześnie?

Kot znowu westchnął spojrzeniem. Jakby mówił: Chodźmy już do domu, czas na spoczynek!

Całe popołudnie zastanawiałem się, czy wspomnieć o losie w ogłoszeniu. Przecież ktoś mógłby się podszyć pod właściciela, żeby zabrać zdrapkę!

Trzeba zachować spryt! Na razie kupiłem przysmaki dla nowego gościa.

W sklepie patrzyłem trochę zagubiony na rzędy jedzenia dla kotów.

Które chcesz? spytałem.

Merlin obwąchał opakowania, po czym postukał łapą w jeden z nich.

Na pewno ten?

Chwycił go zębami wątpliwości nie było.

Bystry jesteś, chłopie! pochwaliłem go.

Wiem o tym! zamruczał, jakby odpowiadając.

Dokupiwszy coś dla siebie, poszliśmy do domu.

Czuj się jak u siebie! położyłem kota na podłodze.

Natychmiast poszedł zwiedzać mieszkanie. Ja zabrałem się do szykowania jedzenia zamiast miski dostał dwa spodki.

Po posiłku zrobiłem mu zdjęcie i wydrukowałem ogłoszenie żadnego słowa ani o imieniu, ani o losie.

Pokazałem wydruk Merlinowi.

Popatrz, jak ładnie wyglądasz! rzuciłem. Jutro powieszę ogłoszenie w autobusie, może znajdzie się właściciel!

Wtedy mnie olśniło: jutro znowu mam zmianę, a nie mogę zabrać kota do pracy Ani zostawić samego po takim przeżyciu byłby zestresowany.

I przypomniałem sobie Witka sąsiada z klatki. Pracuje z domu, wystarczy mu laptop i internet.

Mijaliśmy się czasem, gdy szedł po zakupy wysoki, trochę nieporadny, w okularach.

Tym razem postanowiłem poprosić o przysługę.

Zapukałem do drzwi. Witek otworzył mi nieco zaspany, w luźnej bluzie i domowych klapkach.

Wyłuszczyłem sprawę najlepiej jak umiałem. Ku mojemu zaskoczeniu, Witek tylko skinął głową i wziął ode mnie zapasowy klucz.

Na chwilę poczułem ukłucie smutku, iż choćby nie zapytał, jak się mam. Ale cóż, liczy się pomoc.

Wróciłem do siebie.

Kici kici! Merlin, gdzie jesteś?

Kot był przy drzwiach balkonowych, domagając się wyjścia. Zaryzykowałem otworzyłem balkon; uznałem, iż tak rozumny kot nie wyskoczy z ósmego piętra.

Merlin wskoczył na barierkę. Złapałem go, by go nie zdmuchnął wiatr.

Spojrzał na mnie, potem w górę więc i ja spojrzałem. Nocne niebo błyszczało tysiącem gwiazd. Jedna spadła, ciągnąc za sobą długi ślad.

Kot przysunął się do mojej dłoni. Westchnąłem i pomyślałem życzenie…

Usnąłem gwałtownie pewnie przez kocie mruczenie Merlina.

Rano jeszcze raz wytłumaczyłem Witkowi wszystko i poszedłem do pracy.

W autobusie ogłoszenie czekało na właściciela kota bez skutku. Czułem się głupio… a jednocześnie z ulgą. Bo w domu czekał ktoś wyjątkowy.

Wróciwszy, poczułem w kuchni zapach świeżo zaparzonej kawy. Ja piłem tylko rozpuszczalną!

Zrobiłem kawę przyznał Witek. Przepraszam, ale ta twoja to dno. Chcesz spróbować mojej?

Chętnie! ucieszyłem się. A gdzie Merlin?

Kot pojawił się momentalnie, nad wyraz zadowolony. Przysunął się do nogi, mruknął.

Twój Merlin w pełni sił Witek sięgnął, by go pogłaskać. Wiesz, dawno tak nie odpocząłem. Myślałem, iż popracuję, a włączyłem komputer i zacząłem pisać. Kiedyś wymyślałem bajki. Samo się napisało opowieść o kocie.

Pokażesz? spytałem.

Ale to takie głupstewko Witek się ociągał, choć widziałem, iż tak naprawdę bardzo chciał się nim pochwalić.

Oczywiście, pokaż! Uwielbiam bajki i fantasy!

Witek w końcu ustąpił.

Potem siedzieliśmy, czytaliśmy bajkę i piliśmy kawę, a Merlin spoglądał na nas pobłażliwie, jakbyśmy byli parą rozbrykanych kociąt.

Bardzo podobała mi się opowieść Witka. Kiedy wrócił do siebie, poczułem się nieznacznie samotny ale z kotem obok trudno być smutnym na długo.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Merlin wyprostował się i dostojnie podreptał do wejścia. Kto tam? spytałem ostrożnie.

W sprawie ogłoszenia padło zza drzwi.

Serce mi ścisnęło, ale otworzyłem.

Na progu stał starszy pan w czarnym płaszczu. Uśmiechnął się.

Proszę się nie martwić, panie Andrzeju. Przyszedłem po kota, nazywa się Merlin. O, już leci.

Kot jednym susem znalazł się na jego ramionach, nie miałem wątpliwości.

Wejdzie pan? usłyszałem swój głos.

Robiło mi się smutno. Jak można tak przywiązać się do kota przez jeden dzień? Starszy pan wszedł, rozejrzał się.

Postawi mi pan kawę?

Zaparzyłem kawę na szczęście Witek zostawił swojej w ładnej puszce. Przez cały ten czas pan i kot patrzyli na siebie, niby rozmawiając bez słów.

A nie znalazł pan jeszcze czegoś? zagadnął nagle staruszek.

Poczułem jak rumienią mi się policzki. Podałem mu los.

Ale to panu się chyba zgubił?

To dla pana uśmiechnął się Kot nie protestuje.

A jeżeli coś wygram?

Będzie pan odrzucał możliwość szczęścia? odparł z uśmiechem.

Opadłem z wrażenia właśnie o to prosiłem, gdy spadała ta gwiazda.

Proszę dać szansę szczęściu. Nie smuć się, młody człowieku. Jeszcze się spotkamy. Gdy wrócisz

Skąd mam wrócić? chciałem spytać. Ale staruszek już wychodził.

Klucz w zamku sam się przekręcił, a ja opadłem na łóżko i zasnąłem. Przyśniła mi się bajka Witka: o czarodzieju, który przez całe życie myślał tylko o sobie. Jego czary nikomu nie dawały euforii i został za karę zamieniony w kota. I miał tak błąkać się po świecie, póki zaklęcia się nie rozproszą…

Nazajutrz wróciłem do pracy, a wszystko wydawało się piękniejsze słońce, pasażerowie, autobus.

Tak, sprawdziłem zdrapkę. Wygrałem podróż nad Bałtyk. Bardziej jednak zdziwił mnie mój szef, który powiedział:

Jedź, Andrzej! Należy ci się odpoczynek. Chłopaki ogarną twoje kursy!

A potem były morze, gwiazdy i poczucie, iż wszystko zaczyna się od nowa.

Wróciłem do Poznania szczęśliwy, przywiozłem muszelki i wspomnienie morza, które teraz poruszało się w moim sercu.

Otwierając drzwi, zauważyłem, iż Witek wychodzi z mieszkania. Wysoki, rozczochrany jak zawsze.

Ktoś tu u ciebie był wczoraj rzucił. Prosił, żeby ci przekazać zawahał się, patrząc na mnie. Jesteś inny. I bardzo ładny.

Dziękuję uśmiechnąłem się. Co miałeś przekazać?

Witek stuknął się w czoło, zniknął w pokoju i wrócił z puchatym, szarym kociakiem w ramionach. Miał znajome spojrzenie jak Merlina.

W końcu perskie koty wszystkie są trochę dumne.

To syn twojego kota Znaczy, tego, którego znalazłeś w autobusie. Nazywa się Artur.

Starszy pan powiedział, iż z Merlinem mogą ci powierzyć jego wychowanie zawahał się. adekwatnie powiedział: mogą go powierzyć nam.

Miau! potwierdził kociak Artur, wyciągając łapki.

Wyciągnąłem dłoń i od razu spotkałem ciepłą dłoń Witka.

Zrozumiałem coś ważnego czasem w życiu trzeba dać szansę szczęściu, choćby jeżeli pojawia się ono w formie puchatego kota i przyjaźni na klatce schodowej. Po tej przygodzie wiem, iż w codzienności jest miejsce na magię, o ile tylko mamy serce, by ją dostrzec.

Idź do oryginalnego materiału