Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć historię, która wydarzyła się jeszcze w latach 90., w małym, spokojnym miasteczku na Mazowszu. Pamiętasz jeszcze, jak wszystko wyglądało wtedy cisza, stare bloki i ludzie, którzy naprawdę się znali i wspierali? No więc przed klatką naszego bloku od paru dni siedziała suka, którą wszyscy już zdążyli poznać miała jedno z tych wiernych spojrzeń, co nie dają spokoju. Sąsiedzi wiedzieli, iż rodzina z mieszkania nr 22 wyjechała na długo. I teraz pod klatką pojawiła się ta psina, wyraźnie czekająca aż ktoś się w końcu zjawi…
Wszystko zaczęło się pewnego czerwcowego ranka, tuż po otwarciu księgarni. Wyobraź sobie sprzedawczynie właśnie zaczęły rozstawiać książki, kiedy nagle na ulicy rozległ się pisk hamulców. Rozbiegły się od razu zobaczyć, co się stało, ale ulica była prawie pusta, z wyjątkiem… no właśnie, tej suki. Leżała przy samym krawężniku i skomlała cicho, próbując się podnieść jej tylne łapy zupełnie odmówiły posłuszeństwa.
Najodważniejsza Zofia bez wahania podeszła do psa. Zaczęła do niej cicho mówić, głaskała po grzbiecie, próbując sprawdzić, co jej dolega.
I co tam, Zuza? spytała Halina, nie mogąc zdecydować się podejść bliżej. Obok jeszcze była kierowniczka, Pani Elżbieta. Wszyscy byli poruszeni, bo choć nie widzieli żadnych ran, to to, jak pies ciągnął za sobą łapy, wyglądało naprawdę niepokojąco.
Dziewczyny, przenieśmy ją do zaplecza, może się pozbiera zaproponowała Zofia. Nie można zostawić jej na ulicy.
Halina spojrzała na panią Elżbietę, która po chwili się zgodziła.
Dobrze, tylko coś jej podłożymy… Dasz radę ją ponieść?
Jasne, dam radę odpowiedziała Zofia i ostrożnie podniosła psa.
Psina była średniej wielkości, z trochę owczarkową mordką, chuda, brudna, zgubiona, bez obroży typowa miejska znajda.
Cały dzień spędziła w małym magazynku księgarni, a dopiero wieczorem odważyła się wypić trochę wody i zjeść kilka kawałków chleba, wszystko nie podnosząc się z miejsca. Poruszać się nie umiała.
Następnego dnia Zofia namówiła tatę, żeby podjechał po nią w przerwie obiadowej i razem zawieźli ją do weterynarza.
W miasteczku był tylko jeden niewielki gabinet bez porządnego sprzętu, choćby bez RTG. Weterynarz tylko pokręcił głową i powiedział poważnie:
Może kiedyś dojdzie do siebie… Jest młoda, zdrowa. Przy dobrej opiece przeżyje, ale raczej chodzić nie będzie.
W drodze powrotnej nikt się nie odzywał. Zofia tuliła sukę na tylnym siedzeniu, a jej tata zerkał we wsteczne lusterko. Wieczorem, przy kolacji, powiedział:
Zocha, staraj się nie przywiązywać. I nie przyzwyczajaj jej do siebie. Przecież jesienią się wyprowadzamy.
Pamiętam, tato odparła cicho Zofia.
Psina dostała imię Jagna. Została w magazynku księgarni. Przez pierwsze dwa tygodnie prawie nie wychodziła, później zaczęła czołgać się na podwórko, ciągnąc za sobą bezwładne łapy.
Co z nią zrobić? Na dworze zginie, a do domu nikt jej nie weźmie Dobrze, iż pani Elżbieta pozwala jej tu siedzieć martwiły się sprzedawczynie.
Jagna, wydawało się, nie miała zbyt dużych zmartwień z tego powodu. Po prostu poznawała zakamarki podwórka, wąchała wszystko wokół, wracała na swoje miejsce.
W weekendy dziewczyny zabierały ją do siebie po kolei, tylko Zofia odmawiała za kilka miesięcy czekała ją przeprowadzka do Szczecina tata dostał tam pracę, a rodzina miała jechać razem z nim. Sama czuła, iż już się przywiązała. Od pierwszej chwili, kiedy spotkały się spojrzeniami na tej ulicy. I Jagna też patrzyła na nią w ten charakterystyczny, ciepły sposób, całkowicie oddany.
Ale raz, gdy żadna z dziewczyn nie mogła się nią zająć, Zofia musiała zabrać Jagnię na weekend do siebie.
To tylko ten jeden raz! tłumaczyła się tatowi. Reszta ma wyjazdy, grill, pikniki
My też mieliśmy jechać na działkę dowcipkowała mama z kuchni.
Jagna, jakby to rozumiała, od razu pobiegła do mamy. Jeszcze bardziej wzbudzała litość, bo patrzyła tym swoim żałosnym, głodnym wzrokiem. Po chwili mama już przytulała ją, narzekając:
Biedna psino Chcesz coś zjeść? Zosia, wy tam ją w tej księgarni głodujecie?! Weźmiemy cię na działkę, tata planuje grill na pewno ci się spodoba!
Zosia wymownie spojrzała na tatę, który tylko westchnął.
Na działce Jagna chyba była wniebowzięta: dostała kawałki kiełbasy z grilla, zaprzyjaźniła się z sąsiednim psem Fafikiem, który od razu zaakceptował ją jak dawną dobrą znajomą. Następnego dnia, po powrocie do mieszkania, ułożyła się przy łóżku Zofii, jakby spała tam całe życie.
Dlatego powrót do magazynku księgarni następnego ranka był dla niej szokiem. Cały dzień była niespokojna, a przy obiedzie, gdy ją wypuściły na podwórko, po prostu zniknęła.
Dziewczyny ją wołały, szukały jej na osiedlu, a Jagny nie było aż do zamknięcia sklepu.
Zofia przeszukiwała okolicę, co chwilę ją wołając:
Jagna! Jagna, gdzie jesteś? Wracaj!
I wyobraź sobie, znalazła ją… pod swoim blokiem, na wpół żywą. Widać było, iż dojście do domu kosztowało ją masę wysiłku, ale na widok Zofii wybuchła radością: piszczała, lizała ręce, a jej ogon choć prawie bezwładny jakby nagle zaczął się ruszać.
Nie było sensu odprowadzać jej z powrotem do księgarni znała już drogę do domu. A i Zofia nie mogłaby jej więcej tam zamknąć.
Co dalej? spytał tata, obserwując szczęśliwą Jagnę u nóg córki.
Zamierzam ją leczyć, tata. Mam nadzieję, iż pomożesz mi, choć trochę.
Za tydzień Zofia miała zacząć urlop, a potem planowała rzucić pracę. Ponad dwa miesiące przed przeprowadzką chciała poświęcić Jagnie.
Tata parę razy zawoził je do Warszawy, gdzie była dobra klinika i robili choćby rentgen. Lekarze nie dawali gwarancji, ale zgodzili się operować więc była jakaś szansa.
Zofia z Jagną przeniosły się na działkę. Zosia opiekowała się nią non stop: leki, masaże, ćwiczenia. Psina uczyła się chodzić, krok po kroku.
Początkowo wydawało się, iż nic z tego nie będzie. Ale gdy rodzice przyjeżdżali w odwiedziny, zauważali drobne zmiany: łapy już nie zwisały całkowicie bezwładnie, choć jeszcze się rozjeżdżały.
Po miesiącu Jagna goniła już za Fafikiem, śmiesznie podskakując, a potem pozostało jej tylko lekkie utykanie.
Zosia była szczęśliwa, ale serce jej się krajało, bo czas do wyjazdu uciekał. Sąsiadka z działki, właścicielka Fafika, zaproponowała:
Zostaw ją u mnie. Im we dwójkę będzie weselej, a miejsce znane, mniej będzie tęsknić…
W dzień wyjazdu Zosia odprowadziła Jagnę do sąsiadki w gości do Fafika. Wieczorem już jechali całą rodziną do Warszawy pociągiem. Potem samolot do Szczecina, przesiadka i tak dotarli do celu.
Gdy tylko się rozpakowała, zadzwoniła do sąsiadki. I usłyszała to, czego najbardziej się obawiała.
W nocy Jagna wyczuła chyba, iż coś jest nie tak i przez całą noc ryła pod płotem. Rano sąsiadka zobaczyła na podwórku tylko Fafika. Wiedząc, iż czekanie nie ma sensu, podjechała pod blok Zofii.
Zobaczyła Jagnę siedziała pod klatką. Rozpoznała ją, ale już stanowczym warczeniem ustaliła, iż odejść nie zamierza. Na hałas wyszli sąsiedzi wszyscy wiedzieli, iż familia z mieszkania 22 wyjechała. A teraz przy klatce siedziała suka, która postanowiła czekać.
I tak długo, jak trzeba.
Od tej pory Zosia dzwoniła do sąsiadki z klatki nr 23, pani Olgi. Ta regularnie ją informowała, co słychać:
Gadałam twoja Jagna pod klatką, jak wartownik! Nikogo do siebie nie podpuszcza. Próbowałam z sąsiadką z działki ją zabrać, choćby za kiełbasę, ale na nic.
Zosia próbowała wysłać pani Oldze pieniądze na jedzenie dla Jagny, ale ta energicznie odmówiła:
Kochana, cały blok ją karmi! Jakie tam pieniądze, niepotrzebne.
Przyszła zima. Mieszkańcy, także pani Olga, często wpuszczali Jagnę do klatki, żeby się ogrzała. Suka wędrowała na trzecie piętro, gdzie mieściło się mieszkanie nr 22, i kładła się na wycieraczce przed zamkniętymi drzwiami. Wyglądała, jakby rozumiała, iż domowników nie ma, ale gdy tylko poczuła trochę ciepła, wracała na dwór pełnić swą cichą wartę.
Zosia dzwoniła też do dziewczyn z księgarni. Odwiedzały czasem dom, by sprawdzić, co u znanej psiny. Jagna rozpoznawała je z radością, brała od nich smakołyki, ale z nimi iść nie chciała.
Zosię aż skręcało z tęsknoty, chciałaby rzucić wszystko i wrócić, ale w Szczecinie miała mnóstwo obowiązków, pieniędzy nie było, a czasy na początku lat 90. jak pamiętasz naprawdę trudne.
Wróciła dopiero w czerwcu. Podchodząc do klatki, zobaczyła Jagnę siedziała nieruchomo, z nastawionymi uszami, ale cały jej tułów się trząsł: już rozpoznała Zosię i bała się, iż szczęście zaraz zniknie…
Potem były wielkie przytulania, łzy i uczucie cudu. Czułam, iż serce zaraz wyskoczy, i chyba Jagna miała tak samo.
Lato przeleciało w mgnieniu oka. W sierpniu przyjechali rodzice tata miał miesięczny urlop, ale we wrześniu ruszała kolejna delegacja, znowu na rok. Zosia przekonywała ich, żeby wzięli Jagnę ze sobą. Mama pytała wzrokiem tatę, ten milczał, marszczył się i wzdychał ciężko. Droga trudna choćby dla ludzi, a dla psa, który całe życie spędził na podwórku, to prawdziwe wyzwanie.
Wiedziałem, iż Jagna wszystko czuje. Była spięta, nie odstępowała Zosi na krok. Pewnego ranka tata spojrzał na córkę i powiedział:
Pakuj się razem z nią. Jedziemy załatwić dokumenty. Bez szczepień nie wpuszczą choćby do pociągu.
Weterynarz wystawił Jagnie paszport zdrowotny i wpisał wszystkie szczepienia, za parę słoików miodu, bo oficjalnych procedur nie dało się załatwić na czas.
Wieczorem tata szył Jagnie kaganiec wtedy takich rzeczy nie było w sklepach. Jagna, nigdy wcześniej nie nosząca kagańca, podczas przymiarek grzecznie siedziała, cała promieniała z dumy i radości.
Jedziesz z nami, Jagna powiedział tata, robiąc ostatni ścieg. Ale nie zawiedź nas, kochana
I wiesz co? Jagna nie zawiodła. Nigdy nie żałowaliśmy tej decyzji. Jeździła z nami pociągiem, latała samolotami, była z nami na Pomorzu, spędzała dni wśród lasów i jezior. Po roku wróciliśmy do domu.
Jagna przeżyła z nami trzynaście dobrych, jasnych lat zawsze wierna swojej Zosi, zawsze u jej boku, którędy by nie szły.
