«Jak teściowa zamienia weekend w prawdziwą udrękę»

3 tygodni temu

**Jak teściowa zamienia weekendy w torturę**

Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, iż moje rzadkie, wyczekiwane weekendy zamienią się w harówkę, po której bolą mięśnie, a łzy same napływają do oczu nie uwierzyłabym. A jednak. Winna jest teściowa, stanowcza Bogumiła Nowak, która uznała: skoro mąż Tomek i ja mieszkamy w bloku bez ogródka, to znaczy, iż nie mamy problemów i czasu nam zbywa. Więc można nas wykorzystywać, jak się żywnie podoba.

Z Tomkiem jesteśmy małżeństwem od roku. Ślub był skromny pieniędzy brakowało, a w naszym mieście każda złotówka się liczy. Rodzice pomogli nam z wynajmem starego mieszkania. Oczywiście, nie było w najlepszym stanie, więc planowaliśmy remonty. Nie wszystko naraz, ale od wiosny coś tam poprawialiśmy: tu kran, tam tapety, w kuchni nową podłogę. Ciągle brakuje gotówki, a czasu tym bardziej.

Tymczasem rodzice Tomka mają dom na wsi z dużym ogrodem, kurami, kaczkami, kozą i choćby dwoma krowami. Mieszkają na przedmieściach, gdzie wielu trzyma się swojej ziemi od czasów PRL-u. To ich wybór, ich projekt. Szanujemy to, ale dla nas to nie życie.

Bogumiła widziała to inaczej. Gdy tylko dowiedziała się, iż siedzimy w ciepłym mieszkaniu, bez obowiązków, zaczęła nas regularnie zapraszać. Najpierw niby w odwiedziny. Ale już niedługo każdy weekend miał jasny cel: Przyjeżdżajcie i pomagajcie! Nie na relaks, nie na odpoczynek tylko do roboty. Ledwo przekroczyliśmy próg, a już wręczała nam miotłę, motykę lub wiadro. Uśmiech i do ogródka.

Na początku myślałam: no dobrze, pomożemy kilka razy, pokażemy, iż jesteśmy częścią rodziny. Tomek też próbował hamować matkę: Mamy remont, mało czasu, stresujące prace. Ale upór Bogumiły nie zna granic. Żyjecie jak królowie w mieście! A ja tu wszystko sama dźwigam! Argumenty o zmęczeniu ją nie interesowały. Co wy tam w tej klitce macie do roboty? Wychowaliśmy was, teraz musicie się odwdzięczyć!

Przyznam, chciałam być dobrą synową. Nie zaczynać awantur. Ale pewnego razu wcisnęła mi wiadro z wodą i szmatę: Jak ja zrobię zupę, to ty umyjesz podłogę aż do szopy i z powrotem. A Tomek niech struże deski, kurnik trzeba naprawić. Spróbowałam grzecznie odmówić, tłumacząc, iż jestem wykończona po tygodniu. Ale choćby nie słuchała. Jakbym była najemną robotnicą, która śmie odmówić pracy.

W niedzielę wieczorem czułam każdy mięsień. W poniedziałek zaspałam do pracy. Szef był w szoku nigdy nie chorowałam, a tu nagle padam. Skłamałam, iż źle się czuję. A to wszystko po wypoczynkowym weekendzie u teściowej. Zero radości, zero wdzięczności tylko złość i rozczarowanie.

Najgorsze, iż Tomek i ja wielokrotnie tłumaczyliśmy: mamy swoje obowiązki, jesteśmy zmęczeni, mieszkanie to ciągły remont! A Bogumiła dzwoniła codziennie: Kiedy w końcu przyjedziecie? Ogród sam się nie zaorze! Gdy mówiliśmy, iż teraz nie damy rady, odpowiadała: Co wy tam remontujecie, iż od miesięcy nie skończyliście? Pałac budujecie?

Jej bezczelność mnie zszokowała. Zwłaszcza gdy otwarcie stwierdziła: Liczyłam na ciebie. Jesteś kobietą. Musisz nauczyć się doić krowy i sadzić warzywa to cię wzmocni. Milczałam, ale we mnie gotowało się od złości. Nigdy nie chciałam żyć na wsi. Nie muszę doić krów czy nosić gnoju.

Tomek stanął po mojej stronie. Też miał dość jej żądań. Kiedyś jeździł do rodziców z przyjemnością teraz tylko z poczucia obowiązku. Telefony często ignorował, bo słyszał same pretensje. Za każdym razem walczyłam ze sobą, szukając wymówek, by tam nie jechać.

W końcu zadzwoniłam do swojej mamy i opowiedziałam wszystko. A ona mnie zrozumiała. Powiedziała, iż pomoc powinna być dobrowolna. Że nie wolno traktować młodej rodziny jak darmowej siły roboczej. I iż jeżeli teraz się nie postawimy, będzie tylko gorzej.

Jestem tak zmęczona. Tym podwójnym życiem praca w mieście i remont tutaj, wiejska harówka tam. Chciałabym wreszcie się wyspać. Spędzić weekend z książką lub filmem, a nie z łopatą i błotem.

Tomek uważa, iż trzeba postawić ultimatum: albo Bogumiła przestanie nas terroryzować, albo zerwiemy kontakt. Brzmi ostro? Może. Ale mamy swoje życie, marzenia, cele. Nie podpisaliśmy się na bycie wiecznymi robotnikami.

A jeżeli ktoś powie: To normalne, Rodzicom trzeba pomagać nie sprzeczam się. Ale pomaganie oznacza, iż się pyta, a nie rozkazuje. Że jest wdzięczność, a nie manipulacja. Że ma się wybór, a nie narzuca obowiązki.

Może zima ochłodzi zapał Bogumiły. A ja wreszcie odetchnę. I przypomnę sobie, iż weekend jest po to, by odpocząć, a nie odbębniać przymusową służbę.

Nauczyłam się jednego: obowiązków nie można znosić tylko z poczucia winy, a miłości nie da się wymusić pracą. Niektóre granice trzeba wyznaczyć samemu bo inaczej zrobi to ktoś inny.

Idź do oryginalnego materiału