Maria Władysławowna obudziła się o trzeciej nad ranem, gdy na szafce nocnej zaczął uporczywie wibrować stary telefon z klawiaturą.
Przetarła oczy, nie dowierzając, kto może do niej dzwonić o tak nieprzyzwoitej porze. Sięgnęła po telefon, zerknęła na wyświetlacz i poczuła przyspieszone bicie serca. Dzwonił jej syn.
Halo Pawełku, co się stało?! zapytała zaniepokojona Maria Władysławowna. Czemu dzwonisz o tej godzinie?
Mamo, przepraszam, iż cię obudziłem. Widzisz wracałem z pracy do domu zaczął Paweł nieco roztrzęsionym głosem i potem Nie wiem, co mam zrobić
No co potem, synu? Mów, nie milcz! Chcesz, żebym zawału dostała?
Leży tutaj na drodze Może wiesz, co robić? To pierwsza taka sytuacja w moim życiu i jestem pogubiony.
Przez chwilę oboje milczeli.
Ty chyba nie chcesz mi powiedzieć, iż kogoś potrąciłeś? Na śmierć? zszokowana Maria niemal wypuściła telefon z rąk.
Nie, raczej nie na śmierć odpowiedział gwałtownie Paweł. I to choćby nie byłem ja. Ktoś inny. Zresztą, to nie człowiek.
Nie człowiek? A kto?
Pies Wygląda na owczarka niemieckiego. Jeszcze oddycha, chociaż z trudem. Co mam zrobić, mamo? Wiesz, u nas we Wrocławiu nie ma całodobowych klinik weterynaryjnych. Ty zawsze lepiej sobie radziłaś ze zwierzętami niż ja.
Paweł spojrzał na psa, który ciągle leżał przy poboczu.
W świetle reflektorów było widać, jak jego brzuch ledwie zauważalnie się unosi i opada. Ciężko dyszał, a w oczach miał taki smutek, jakby przygotowywał się do śmierci.
Ważne, iż oddycha To chyba znaczy, iż nie jest najgorzej pomyślał chłopak, przyciskając mocniej telefon do ucha.
*****
Trzy dni wcześniej.
Mamo, znów zaczynasz? Naprawdę nie masz innych zajęć?! Po co ci te koty? zapytał Paweł, wpadając na chwilę do matki, gdy zobaczył, jak ta na podwórku dokarmia koty. Zawsze była zwyczajna, ale odkąd przeszła na emeryturę, rozwinęła w sobie jakąś szaloną miłość do zwierząt. Normalni ludzie chyba by się tak nie zachowywali. Zwłaszcza na widoku.
Cześć, synku Maria Władysławowna uśmiechnęła się szeroko i pomachała synowi. Czemu nie uprzedziłeś, iż wpadniesz? Przygotowałabym coś dobrego.
Patrzę, iż wszystko dobre już twoje koty dostały mruknął Paweł ironicznie.
Naprawdę nie rozumiał, po co matka poświęca pieniądze i czas na taką działalność. Trzyma w domu już cztery przygarnięte w ciągu jedenastu miesięcy koty.
Wydawałoby się, iż wystarczy. Ale Maria Władysławowna nie zamierzała zwalniać.
Karmiła nie tylko koty, ale też psów nie omijała. choćby miejskich gołębi nie zostawiała głodnych.
Sąsiedzi szeptali o niej Matka Teresa.
Paweł czuł się nieswojo, patrząc jak ludzie spoglądają na mamę z politowaniem, choćby robiąc gesty palcem przy skroni.
Synku, niech myślą, co chcą powiedziała Maria ze spokojem, widząc nerwowy wzrok Pawła na sąsiadów. Świat jest za mało dobry, więc chcę zrobić go choć trochę lepszym.
Spojrzała na mruczące koty.
Powiedz mi, co dobrego widzą na ulicy te zwierzaki? Nic. Więc chcę dać im odrobinę miłości. Żeby nie myślały, iż są nikomu niepotrzebne. Przecież sama bałaś się samotności babcia twoja powtarzała.
Ale przecież masz już cztery koty. Nie dość? zdziwił się Paweł.
Nie chodzi o ilość, synu. Gdyby mieszkanie było większe, a emerytura nie wynosiła tych marniutkich złotówek, to zabrałabym i więcej. Kogo mogłam, zabrałam, reszcie pomagam jak mogę. I nie zamierzam przestać. Trzeba dawać dobry przykład.
Jaki przykład?
Na przykład taki ktoś popatrzy i się zastanowi. Może sam zacznie pomagać. Odpowiadamy za tych, których oswoimy. Jesteśmy ludźmi, a więc powinniśmy pomagać mniejszym braciom. Poza nami nikt tego nie zrobi.
Paweł próbował to zrozumieć, ale nie czuł tego. Była to dla niego przesada.
Inaczej by patrzył, gdyby mama pomagała biednym ludziom, ale przecież chodziło o zwierzęta
Nic nie miał do psów czy kotów na ulicy, tylko uważał, żeby nie popadać w skrajności.
A trzy dni po tej rozmowie wydarzyło się coś, co zmieniło jego poglądy.
Wrócił z pracy znacznie po północy przez niespodziewaną awarię.
Może to i lepiej rzadko miał okazję pojeździć po Wrocławiu nocą.
Zwykle nie przekraczał prędkości, ale tego wieczoru mocniej docisnął gaz kiedy jeszcze będzie mógł przeciągnąć się po pustym mieście? Niestety, długo nie pojeździł.
W porę zdążył zahamować, widząc leżącego psa na drodze.
Długo siedział, kurczowo trzymając kierownicę, zanim wysiadł zobaczyć, co się stało.
Wystarczyło jedno spojrzenie, żeby pojąć pies został potrącony. Przez kogo? Kto wie? Najważniejsze, co dalej?
Paweł kompletnie nie wiedział, co robić nigdy nie miał psa.
Zadzwonił więc do matki nie miał nikogo innego.
*****
Halo Pawełku, co się stało?! spytała Maria spanikowana, gdy odebrała telefon syna o trzeciej w nocy. Dlaczego dzwonisz o tej porze?
Wybacz, mamo, iż cię budzę. Wiesz wracałem z pracy, no i zaczął plątać się Paweł potem nie wiem, co robić
Co się stało? Mów, nie milcz! Chcesz mnie do grobu wpędzić?
No leży tu na jezdni Poradzisz mi coś?
Chwila ciszy.
Chcesz powiedzieć, iż potrąciłeś człowieka?! Na śmierć?! głos Marii wybrzmiał grozą.
Nie, na pewno nie człowieka Paweł się poprawił. Kogoś inny potrącił. I to właśnie pies.
Pies? Jaki?
Wygląda na owczarka, raczej bezdomny. Jeszcze oddycha, ale ciężko. Co mam zrobić, mamo? Przecież u nas w mieście nie ma czynnych całą noc weterynarzy. Może masz jakiś pomysł? Ty lepiej dogadujesz się ze zwierzętami niż ja.
Paweł spojrzał na ledwo dyszącego psa, który leżał w świetle reflektorów.
Najważniejsze oddycha pocieszył się w duchu, mocniej przyciskając telefon.
Mamo, więc co robić? Masz jakiegoś znajomego weterynarza?
Niestety nie mam. Kliniki całodobowej faktycznie nie ma. Jechać z psem do innego miasta za ryzykowne. Możesz nie zdążyć. Wiesz co, przywieź tego psa do mnie.
Do ciebie? Serio?
Oczywiście! Czego się dziwisz? Znowu boisz się, co ludzie powiedzą?
Nie. Tylko boisz się, iż koty będą się biły z psem Chyba nie zrobię im krzywdy?
To przecież koty, a nie krokodyle. Będzie dobrze. Ty nie trać czasu w rozmowę, tylko ostrożnie włóż psa do auta i przywieź do mnie. Przygotuję wszystko, co trzeba. Jakaś pomoc zawsze się liczy.
*****
Pół godziny później Paweł, niosąc psa na rękach, wspinał się na czwarte piętro bloku mamy.
Zabrudził całe auto, sam też był w brudzie, ale pierwszy raz w życiu nie robiło to na nim wrażenia. Myślał tylko, by pies przeżył. Martwił się o niego jak o człowieka.
Połóż go tu, tylko ostrożnie powiedziała Maria, pokazując na kanapę przykrytą starymi prześcieradłami.
Maria nie była weterynarzem, ale przez lata, karmiąc koty i chodząc z nimi do lecznicy, nauczyła się wielu rzeczy. Paweł z kolei sprawdził w telefonie, co robić w takich sytuacjach. Jego telefon miał internet, nie to co mamy stary telefon.
I choć nie od razu, udało im się zatamować krwawienie. Pies odetchnął nieco lżej.
Co ciekawe, choćby koty postanowiły pomóc.
Początkowo nieufnie patrzyły na ogromnego psa, ale po chwili ułożyły się obok i zaczęły mruczeć cicho, jakby chciały go ukoić. Pies przy tym odgłosie zasnął nie stracił przytomności, a po prostu zasnął.
To dobrze, bo do świtu nie czuł bólu (no, koty naprawdę się postarały dołożyły swoje lecznicze łapki).
Mamo myślisz, iż wszystko z nim będzie w porządku? spytał cicho Paweł, kładąc dłoń na psie.
Jestem pewna, iż wyzdrowieje odpowiedziała z uśmiechem Maria. Rany nie są tak poważne. A wiesz, synku może ten cudowny pies pojawił się w twoim życiu po to, by rozbudzić twoje serce na zwierzęta?
Przecież nie mogłem go zostawić na ulicy w takim stanie zawstydził się Paweł. To nie byłoby po ludzku.
O to właśnie mi chodzi. Jeszcze trzy dni temu nie umiałeś pojąć, czemu karmię koty, a dziś sam, nie śpiąc i nie jedząc, siedzisz z psem. I coś mi się wydaje, iż nie oddasz go z powrotem na ulicę, prawda?
Chyba masz rację zawstydził się jeszcze bardziej Paweł. To wszystko było dla niego tak nowe, a przy tym niezwykłe i przyjemne.
Miło poczuć się po prostu człowiekiem.
*****
O świcie Paweł zawiózł psa do weterynarza. Przyszedł pierwszy pod drzwi, ludzie stojący w kolejce widząc chłopaka z wielkim psem na rękach, sami się rozsunęli bez słowa.
I wtedy Paweł ostatecznie przekonał się, iż nie ma nic złego w pomaganiu zwierzętom. Ludzie, którzy to robią, stają się lepsi bardziej ludzcy. Psa nazwał Ralf i dziś Ralf biega z Pawłem i Marią po parku w każdy weekend. Przepraszam nie we trójkę, a w piątkę czy szóstkę
Bo razem z Ralfem chodzą koty, które Maria dokarmiała. Często same się przyłączają. Nikt się nie sprzeciwia.
Sąsiedzi patrzą na tę dziwną kompanię, śmieją się i kręcą głowami. Ale Paweł już się tym nie przejmuje.
Dziękuje Ralfowi, który tak niespodziewanie zjawił się w jego życiu; i mamie, która dała dobry przykład.
A także tym ludziom spod lecznicy za to, iż po prostu są wrażliwi.
Wtedy po raz pierwszy pomyślał całkiem poważnie, iż świat naprawdę staje się trochę lepszy.
I nieważne, co powiedzą inni on, jak mama, będzie pomagał każdemu, kto potrzebuje wsparcia. Nieważne, czy to kot, pies, czy człowiek.
Taka oto opowieść.

6 godzin temu




