Dzień 14 czerwca
Czasem naprawdę zastanawiam się, jak to możliwe, iż jedna osoba potrafi tak mocno wpływać na równowagę w rodzinie. U nas nie ma wielkich dramatów podziałów spadkowych, kłótni o pieniądze, pociągu do alkoholu czy tajonych zdrad. Może właśnie dlatego każda iskra frustracji wydaje się większa. Powiem szczerze, iż gdyby nie teściowa, mielibyśmy naprawdę bajkową atmosferę.
Od początku próbowałam się z nią jakoś porozumieć, znaleźć choćby kawałek wspólnego języka, ale co chwila napotykałam mur. Przywiązanie między dzieckiem a matką? Oczywiście, tego nie neguję. Ale facet, który ma już 37 lat i wciąż słucha się mamy we wszystkim! To przechodzi ludzkie pojęcie. A najbardziej boli mnie, iż mam wrażenie, iż teściowa nie przepada za moim synem Tymkiem własnym wnukiem! Tyle razy widziałam, jak patrzy na niego chłodno, prawie obojętnie.
A ostatnia sytuacja już naprawdę przeszła samą siebie. Co roku Tymek spędza większość wakacji u moich rodziców w ich drewnianym domku nad jeziorem nieopodal Mrągowa. Tym razem jednak nie mogli się nim zająć mama, jako lekarz w szpitalu wojewódzkim, nie dostała urlopu przez szalejącego wirusa, a tata przez swoje serce nie mógł zostać z wnukiem sam. Ja też nie miałam szans wziąć wolnego, więc liczyłam na teściową. Ustaliłyśmy wszystko miesiąc wcześniej, wyraźnie poprosiłam, żeby przez te dziesięć dni się nim zajęła.
I co? Tydzień przed terminem dostaję telefon:
Zosiu, dostałam wycieczkę do Zakopanego, więc musisz sobie jakoś inaczej poradzić z Tymkiem.
Poczułam taką złość i bezsilność, iż choćby nie odpowiedziałam, tylko się rozłączyłam. Przez chwilę miałam ochotę krzyczeć. Okazało się zresztą później, iż „dostałam wycieczkę” oznaczało: „kupiłam ją sobie sama”, wiedząc, jakie mieliśmy plany wobec Tymka!
Do tego wszystkiego poprosiła Andrzeja, mojego męża (czyli swojego „syneczka”), żeby codziennie podlewał jej ogródek i doglądał szklarni na działce pod Łodzią, dopóki jej nie będzie. Oczywiście wiadomo, iż Andrzej nie ma czasu choćby spokojnie zjeść obiadu, więc ten obowiązek spadłby na mnie. Ale nie tym razem. Po prostu tego nie zrobiłam. Powiedziałam wprost:
choćby nie masz pojęcia, ile nerwów mnie kosztowało załatwienie opieki dla Tymka. Nie podam ręki, jeżeli ty mnie zostawiłaś na lodzie. Chcesz odpoczynku proszę bardzo. Tylko potem nie dziw się, gdy wrócisz i zobaczysz wyschnięte pomidory i zwiędłe pelargonie.
Gdy to usłyszała, była wściekła, ale mimo wszystko pojechała na te swoje „wczasy”. Ja w tym czasie biegałam po całej Łodzi, szukając półkolonii albo obozu z wolnym miejscem dla mojego syna.
Dziś się nad tym zastanawiam, patrząc na sytuację z boku czy to ja się uniosłam dumą? Czy może ona naprawdę przekroczyła granicę przyzwoitości? Wiem jedno: mam dość bycia tą, która zawsze ratuje sytuację. Czy dobrze zrobiłam? Sama nie wiem. Chyba po prostu nadszedł czas, by postawić własne granice.

5 dni temu






