Grając koncerty solowe czuję się w pełni artystką

2 godzin temu

– Wiolonczelę wybrałam ze względu na jej… wygląd. Dopiero później się w niej zakochałam, w jej brzmieniu i możliwościach – mówi Agnieszka KOVA Kowalczyk.

Twój koncert był częścią niedawnej, oficjalnej premiery wydanego przy wsparciu powiatu poznańskiego ebooka pt. „Rozkwitam na nowo”. Utwory z albumu „Boginie”, do tego bohaterki wydawnictwa – panie po mastektomii… Wszystko to ze sobą świetnie współgrało, pod względem klimatu, jak i tematyki wydarzenia.
– Nie ukrywam, iż bardzo się ucieszyłam, kiedy dowiedziałam się, iż tam zagram. I to z kilku powodów. Kompozycji poświęconych kobiecym bóstwom napisałam w sumie ponad dwadzieścia, ale na płytę „Boginie” trafiło ich dziewięć. Tak się złożyło, iż wspomniany ebook także opowiada historię dziewięciu kobiet, dzielnie walczących o swoje zdrowie. Skojarzenie było więc oczywiste. Dziewiątka jest zresztą dla mnie magiczna cyfra.

Twoja druga solowa płyta również będzie tematyczna?
– Tak. „Dancing Souls of Trees”, bo taki jest jej tytuł, nawiązywać będzie do świętych gajów oraz drzew odgrywających istotną rolę w różnych kulturach świata. Dlaczego drzewa? Natura jest moją kolejną, wielką inspiracją. Przy okazji zdradzę, iż mam już także przygotowany materiał na trzeci album. On z kolei będzie poświęcony zapachom. Niektóre utwory, które znajdą się na tej płycie gram już na koncertach.

Kiedy pomyślałaś, iż wiolonczela to jest właśnie „to” i gra na tym instrumencie stanie się sposobem na życie?
– To był kompletny przypadek. To też śmieszna historia. Zacznę od tego, iż w mojej rodzinie nikt nie był muzykiem. Ja, mając cztery lata, trafiłam do ogniska muzycznego, ale było to trochę na zasadzie „pójdę tam, potańczę, pośpiewam”. Jedna z pań zauważyła jednak, iż mam dobry słuch, dobre poczucie rytmu i zaproponowała, abym zaczęła uczęszczać do „zerówki”, która powstawała przy Szkole Muzycznej w Toruniu, bo z tego miasta pochodzę. I tak też się stało… Tam już na wstępie padło pytanie, na czym chciałabym grać? Ja nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć wskazałam na wiolonczelę, która nie wiedzieć dlaczego zwróciła moją uwagę. Pewnie dlatego, iż była bardzo duża, a ja już w tym wieku byłam wysoka. Można więc powiedzieć, iż swój przyszły instrument wybrałem ze względu na wygląd, a dopiero później się w nim zakochałam, w jego brzmieniu i możliwościach.

fot. (3x) Daria Olzacka

O tych możliwościach właśnie porozmawiajmy. Jak przykuć uwagę widza grając półtoragodzinny koncert tylko na wiolonczeli?
– Zacznę od tego, iż już samo przyciągnięcie ludzi na koncert nie jest wcale takie proste, bo to w końcu „tylko” wiolonczela. Tym bardziej grając solo i opierając repertuar na własnej muzyce. To dopiero jest wyzwanie! Dlatego w moim życiu pojawiła wiolonczela elektryczna, a potem doszły jeszcze zabawy z loopami i elektroniką. To otworzyło nowe możliwości. Dzięki temu też, mimo iż gram na wiolonczeli już 35 lat, cały czas się uczę i rozwijam. przez cały czas są światy, które są przede mną do odkrycia.

Tym bardziej, iż Ty nie boisz się wyzwań. W ilu projektach się aktualnie udzielasz?
– Współpracuje z wieloma zespołami. Doliczyłam się ich czternastu. W niektórych przypadkach są to większe składy, ale to także duety, tria czy kwartety. Oczywiście nie wszystkie te projekty cały czas funkcjonują, i nie z każdym non stop koncertuję. One się ze sobą przeplatają. Ogólnie rzecz biorąc, mam co robić…

A który z tych projektów jest dla Ciebie najważniejszy?
– Ten solowy. Skończyłam Akademię Muzyczną i zostałam tylko lub aż wykonawcą. Dopiero kilka lat temu zaczęłam komponować i było to dla mnie wielkie odkrycie. To był też przełom w moim życiu artystycznym. Nagle odkryłam coś, czego się zupełnie po sobie nie spodziewałam. Większość życia myślałam, iż będę tylko wykonawcą, i to muzyki klasycznej. A okazało się, iż od tej klasyki mocno odeszłam. Jako solistka czuję się w pełni artystką. Odpowiedzialną za swój koncert od A do Z. Za to, co ludzie usłyszą, jaka będzie scenografia, jak będę wyglądać i co chcę im przekazać. Bo decydując się na występy solowe zaczęłam też sporo mówić ze sceny, głównie o swoich inspiracjach. To było dla mnie ogromne wyzwanie, z którym musiałam się zmierzyć.

Były też inne momenty przełomowe?
– Bardzo istotny okazał się projekt Cello 2 Cello, który tworzę z inna wiolonczelistką Izabelą Buchowską. Jesteśmy duetem wykonującym covery – popowe, rockowe, jazzowe, muzykę filmową… Swego czasu pojechałyśmy do Londynu na casting do pewnej amerykańskiej agencji koncertowej. I ten casting przeszłyśmy, dzięki czemu teraz koncertujemy po całym świecie. Gramy w różnych, ciekawych miejscach. Mnie w pamięci chyba najbardziej utkwił występ na brytyjskim liniowcu Queen Mary.

Przez wiele lat grałaś też o boku Raya Wilsona, byłego wokalisty Genesis…
– To niesamowity muzyk i artysta. Bardzo go podziwiam. Nie tylko za głos, ale przede wszystkim za profesjonalizm. Każdy jego koncert jest dopracowany do granic możliwości. Współpracujemy do tej pory, ale teraz ta kooperacja jest sporadyczna, w zależności od tego jakiego instrumentarium Ray potrzebuje podczas występu.

Liczyłaś kiedyś, na ilu płytach zagrałaś?
– Nie, ale trochę tego było. W końcu jestem również muzykiem sesyjnym. Grałam w różnych konfiguracjach i różną muzykę. Ostatnio mocniej zaangażowałam się w projekt pod nazwą Wieczornik.

Z tego co wiem, Twoją wielką pasją są też podróże…
– Koncertowanie się z tym wiąże. Odwiedziłam blisko dziewięćdziesiąt krajów. Pierwszy raz wyjechałam mając 9 lat, po tym jak wygrałam regionalny konkurs muzyczny dla dzieci. To był początek lat 90-tych, i choć trudno w to uwierzyć, nagrodą było tournée po Norwegii. Wróciłam z niego wręcz oszołomiona. Byłam zachwycona tym, co tam zobaczyłam, jak i tym, iż mogłam grać dla ludzi. Od razu po przyjeździe zakomunikowałam zaskoczonym rodzicom, iż chciałabym to robić do końca swojego życia. No, i tak sobie wykrakałam.

Nadal to lubisz?
– Czasami jestem tymi wyprawami zmęczona. Zwłaszcza, iż podróżowanie liniami lotniczymi z wiolonczelą nie jest łatwe. Bywa i tak, iż wiolonczela musi mieć swój bilet i leci na siedzeniu obok mnie. Co więcej, dostaje nawet… posiłek. Wiele razy, przez swój instrument, zdarzyło mi się też utknąć na lotnisku. I to na wiele godzin. Stres związany z podróżami jest więc dość duży. Ale to moje życie. Mam w domu cztery walizki i dwie z nich zawsze są otwarte. Teraz też się powoli pakuję, bo przede mną wylot na koncerty do Japonii i na Alaskę.

Rozmawiał: Tomasz Sikorski

Idź do oryginalnego materiału