Wózki i krewetki
Zaskakuje liczba szczurów. Wieczorami chroboczą pazurkami wśród krzewów i platanów, a w tle trwa spektakl migotania Wieży Eiffla. Trwa też wtedy spektakl sprzedaży ulicznej. Z wózków sklepowych przerobionych na grille można kupić gorącą kukurydzę, z płacht rzuconych na chodnik wyrastają mikre wieżyczki Eiffla – breloczki i durnostojki. Płachtę można w razie potrzeby chwycić sprawnie za cztery rogi i zgarnąć jednym ruchem towar z ulicy, a następnie ulotnić się, znikając w tłumie.
Przy stateczkach, nad Sekwaną, robię sobie zdjęcie z metalowym pomnikiem krewetek. Podobno symbolizują zagrożone ekocydem oceany. Są podświetlone, ułożone w kształt serca. Ale dzisiaj w jednej przepaliły się żarówki, pozostaje ciemna i martwa. Ta druga, oświetlona, tętni życiem. Ciągną do niej owady, pająki tkają sieci, pożywiają się ćmami.
Kolejnego dnia rano biegnę wzdłuż rzeki, a w zakamarkach murków otaczających nabrzeże stoją osmalone wózki sklepowe, wspominają noc, smętnie tłuką się w nich zbite kule foliowych serc. Wieczorem ktoś znowu rozpali ogień między kratkami, coś upiecze i sprzeda.
Mijam zacumowaną na Sekwanie wyspę, porośniętą wybujałymi chwastami i niskimi drzewami i krzewami. To w połowie dzikaria, miejsca wolno żyjącej przyrody, posadzonej przez człowieka na barkach. Są tu ścieżki i przestrzeń do wypoczynku, z chaszczy słychać wróble, niżej w wodzie korzystają z zaułków wysepki kokoszki wodne.
Miski
Biegnę, bo ciało domaga się ruchu innego niż tylko wędrowanie przez miasto. Zapieka się, jak długo nieużywane części w samochodzie. Ledwo to można później odkręcić, naoliwić, przyspawane i stężałe. Samo oglądanie wystaw sztuki powoduje zapiekanie się mechanizmów percepcji. „Pływające miski” w Bourse de Commerce umożliwiają uruchomienie nowych lub zakurzonych połączeń w głowie.
Siadasz na brzegu sadzawki; po przejrzystej wodzie, pchane delikatnym prądem, pływają białe misy. Zderzając się, wydają dźwięk, który na początku jest nieprzyjemny jak pęknięcie szklanki w dłoni. Ale z czasem oswajam się i odkrywam w dryfie coś kojącego. Przestrzeń jest czysta, jasna, odbodźcowana. Pojawiają się strumienie myśli.
W Bourse de Commerce na pływające miski patrzą i ludzie, i psy. Basen ma średnicę osiemnastu metrów, jest jasno, rozmowy toczą się szeptem lub milkną. Słychać kliknięcia aparatów fotograficznych w telefonach. Instalację stworzyła Céleste Boursier-Mougenot, nazwała ją „Clinamen”.
„Tytuł clinamen pochodzi z fizyki epikurejskiej i odnosi się do przypadkowego ruchu atomów – pojęcia, które współbrzmi z nieuchronnie zmiennym i nieprzewidywalnym charakterem dzieła.” – czytam w ulotce.
Gawrony
Jest bardzo ciepło, deszcz spadnie dopiero za dwa dni. Patrzę na zmęczone drzewa, zmęczone gołębie, zmęczone gawrony – widzę u nich aberracje w ubarwieniu jak u kawek żyjących w polskich miastach, mają białe plamy piór w przepisowej czerni. Mam ochotę nakarmić je wszystkie czymś zdrowym, choć nie potwierdzono z całą pewnością, iż ptaki przebarwiają się od złej diety.
Kupuję paczkę orzechów laskowych i rzucam gawronom, siedząc na trawie w Lasku Bulońskim. Ktoś obok pali marihuanę, a gawrony podchodzą coraz bliżej. Jeden podlatuje na gałąź drzewa wiszącą tuż nad moją torbą, gdzie w kieszeni leżą orzechy. Wyciągam dłoń, na której położyłam orzech. Gawron patrzy, ale nie usiądzie mi na ręce i nie zabierze jedzenia, czeka, aż rzucę.
W Ogrodach Tuileries gawrony chodzą między parkowymi krzesłami (zamiast ławek są tu krzesła, można je przenieść, zgrupować, siedzieć gdzieś samotnie, to mobilna infrastruktura parkowa) niczym kury. Kontrolują pilnie, co jem. Wysysam cukier z orzecha pekan wyłuskanego z ciastka i rzucam obserwującemu mnie ptakowi.
Przebiega szczur, gawrony ruszają za nim z krzykiem, ale szary ogon znika w zaroślach bez uszczerbku na zdrowiu.
Idąc do Centrum Pompidou, przechodzę przez plac wyłożony betonowymi płytami. Byłoby tu zupełnie nieznośnie, gorąco i brzydko, gdyby nie kępy zieleni: drzewek i krzaków, wkomponowanych w przestrzeń. Do tego fontanny – woda zamieniona w mgiełkę wytryskuje spomiędzy płyt. W rozproszonych kroplach tworzą się tęcze i kąpią się dzieci. Gdy fontanna milknie, z kęp zieleni zlatują w wodę szpaki i wróble, nogi moczą gawrony.
Jest w tym tyle zadowolenia i ludzkich dzieci, i ptasich stad, iż trudno mi stamtąd odejść, nie mogę się napatrzeć.
Burmistrzyni
W Paryżu drugą kadencję rządzi Anne Hidalgo, pierwsza na stanowisku burmistrza kobieta. Uważana za kontrowersyjną. To ona miała ambicję oczyścić Sekwanę na olimpiadę tak, by można w niej było urządzać zawody pływackie. I by przywrócić Paryżowi rzeczne kąpieliska. To ona również zasłynęła z ograniczania ruchu samochodowego w mieście, czym wywołała falę krytyki.
Podobno powiedziała, że:
„od zanieczyszczeń nie umrzemy jutro, my od nich umieramy codziennie”.
Dosadza więc drzewa, wiedząc, iż są bezcennymi naturalnymi klimatyzatorami miasta, którego mieszkańcy umierają podczas uderzeń upałów. Od 2018 roku w Paryżu można korzystać z aplikacji, która ostrzeże przed wyspami ciepła i wskaże miejsca chłodniejsze, pomoże znaleźć najbliższy punk dystrybucji darmowej wody.
Aplikacja Extrema działa dziś również w Rotterdamie, Atenach czy Mediolanie. Hidalgo wspierała zakładanie ogrodów na dachach, farmy miejskie, bioróżnorodność, odporność. Słowem, chciała przygotować Paryż na coraz trudniejsze konsekwencje zmiany klimatu. Stawiała odpór demagogii antyklimatycznej Donalda Trumpa, ostrzegała przed szerzącą się dezinformacją dotyczącą wpływu człowieka na planetę.
Za chwilę kończy kadencję i zapowiedziała, iż o trzecią nie będzie się ubiegać. Czytam o burmistrzyni w „Magazynie Miasta” z 2019 roku , przeszukuję internet, szukając świeższych informacji. Znajduję przy okazji powtarzające się zdania o napięciach, jakie wywołały jej decyzje, o tym, jak dużo wydawała pieniędzy na podróże służbowe i ubrania. Waga jednak ciągle przechyla się na korzyść pani burmistrz. Mam nadzieję.
Śluzy
Wsiadam na mały statek i płynę kanałem Świętego Marcina w głąb miasta, dziewięcioma śluzami, cztery i pół kilometra trasą, która powstała w XIX wieku podczas wielkiej przebudowy Paryża. Święty Marcin miał dostarczać miastu wodę i ułatwić przewóz towarów. W latach 60. jego użyteczność zanegowano i tak jak wcześniej fragment kanału zasypano, tak teraz pozostały odcinek postanowiono przemienić w trasę szybkiego ruchu.
Przewodnik tłumaczy nam, iż mieszkańcy zbuntowali się i dlatego dzisiaj kanał przez cały czas istnieje, a wokół niego rosną drzewa, tworząc zielony korytarz i miejsce wypoczynku. Przepływamy przez szerokie porty, gdzie cumują łódeczki paryżan, a latem, gdy paryżanie zwalniają swoje doki, wyruszając na wakacje, przybijają tu turyści.
Mijamy kąpielisko czynne tylko w środy i wypożyczalnię SUP-ów. Wzdłuż kanału działa mała gastronomia, na podestach tańczą tutejsi i nie, na wyznaczonych placykach gra się zaciekle w petankę, czyli boule.
Odkrywam Paryż na swoją miarę i z ulubionymi wątkami: skutecznej walki mieszkańców o wodę i dostęp do miejsc wypoczynku niezawłaszczonych aż tak przez kapitał. Pod drzewami wyrosły place zabaw, na murkach przysiadają ludzie, inni patrzą na nas z mostu, z którego Amelia Poulain puszczała kaczki. Nieprawda, nie obserwują nas, tylko pracujące śluzy. Huczącą wodę, która przewala się przez śluzę, a potem ściskana metalowymi, zamykającymi się wrotami, pryska nam w twarze, burzy się i podnosi, podnosi statek.
W ścianach kanału dostrzegam rośliny, które wiodą życie pół lądowe, pół podwodne. Patrzę, jak podnosząca się woda dosięga pierwszych kępek białych kwiatków. Rośliny wstrzymują oddech, falują. Gdy woda opada, nie otrzepują się jak mokre psy, ale obciekają jak niewyżęte pranie, biorą oddech i kwitną dalej.

5 godzin temu






