Gdy warkot silnika Mercedesa w końcu zniknął wśród drzew, cisza opadła na mnie niczym gruby koc

1 tydzień temu

Gdy warkot silnika Mercedesa w końcu zniknął między drzewami, cisza opadła na mnie jak ciężki koc. Stałam tam z torbą w dłoniach, z kolanami drżącymi od wysiłku, a każdy oddech bolał. Powietrze było nasycone zapachem wilgotnej ziemi, mchu i gnijących liści. Ptaki ucichły. Jakby samo las wiedziało, iż coś jest bardzo nie tak.

Nie krzyczałam już. Łzy, które nie przyszły choćby na pogrzebie, teraz same napływały do oczu. Nie z powodu żalu. Z powodu upokorzenia. Zrozumienia, iż moja własna krew mój syn odrzucił mnie jak stary mebel.

Usiadłam na zwalonym pniu, próbując zebrać myśli. Słońce już chyliło się ku zachodowi, światło zżółkło, a cienie się wydłużyły. W ciszy słyszałam tylko bicie własnego serca. Wiedziałam: jeżeli tu zostanę, umrę. Ale nie byłam skłonna mu tego dać.

Wyciągnęłam z torby zdjęcie męża. Jego twarz, dawny, ciepły uśmiech patrzył na mnie prosto w oczy.

Widzisz, Józek? szepnęłam. Na to wychowałeś. Z takiego dobrego chłopca byłeś dumny.

Łza spadła na fotografię. I w tej chwili coś we mnie przeskoczyło. Nie strach wziął górę, ale wola. Ta uparta, wiejska kobieca wola, która przez całe życie mnie podtrzymywała.

Wstałam. jeżeli myślał, iż tu cicho zginę, to mnie nie znał. Przeżyłam wojnę, PGR-y, inflację, szpitale. Przeżyłam i to.

Szłam. Nie wiem, jak długo. Las był gęsty, gałęzie chrupały pod stopami. Buty zabłocone, serce tłukło się w gardle. Aż w oddali szelest, potem zarys małej chaty. Opuszczona gajówka. Dach nierówny, okna zabite deskami, ale w środku było sucho. Znalazłam stary koc. Położyłam się na pryczy i w środku nocy, przy pohukiwaniu sowy, zasnęłam.

Obudziłam się o świcie. Każdy mięsień bolał, ale umysł był jasny. Wiedziałam, co robić: wracać do miasta. Nie z zemsty. Dla sprawiedliwości. Bo ten chłopak, który potrafił zostawić matkę w lesie, przestał być człowiekiem. A tacy muszą wiedzieć, iż życie nie pozostaje dłużne.

Wędrowałam godzinami, aż usłyszałam w oddali warkot samochodów. Wyszłam na szosę. Ciężarówka zwolniła. Kierowca, sześćdziesięcioletni mężczyzna z sumiastym wąsem, spojrzał na mnie zdumiony:

Jezu, pani, co pani tu robi?

Wracam do domu odparłam cicho. Tylko syn zapomniał mnie podwieźć.

Nie pytał więcej. Wsadził mnie do kabiny i zawiózł do miasta. Poszłam na policję. Młody sierżant patrzył na mnie z niedowierzaniem.

Proszę pani, to na serio? Twierdzi pani, iż syn zostawił panią w lesie? Na pewno nie pomyłka?

Wyjęłam telefon ten stary, z przyciskami. Pokazałam mu jedyne zdjęcie, które zdążyłam zrobić w aucie: czarnego Mercedesa znikającego między drzewami.

To chyba nie pomyłka, młody człowieku powiedziałam.

Historia gwałtownie się rozeszła. Moje zdjęcie trafiło na czołówki gazet: Syn bogatego biznesmena porzucił starszą matkę w lesie. Sąsiedzi, znajomi, kościelne kumoszki wszyscy o tym gadali. Zdjęcie Andrzeja z pogrzebu, w czarnym garniturze, nabrało nowego znaczenia: chłodu i wstydu.

Gdy w końcu wezwano go na komisariat, był blady, spięty. Spotkaliśmy się na korytarzu.

Mamo po co mi to zrobiłaś? Teraz to koniec. Firmie, reputacji wszystkiemu!

Spojrzałam mu w oczy. Nie było w nich wyrzutów, tylko strach.

Mnie też był koniec, synu odparłam cicho. Tylko ja postanowiłam żyć dalej.

Śledztwo ciągnęło się tygodniami. Wynajął adwokata, tłumaczył, iż to nieporozumienie, iż się wystraszył. choćby przeprosił, ale wiedziałam: nie o mnie chodziło, tylko o zmycie hańby z siebie.

Sąd uznał go winnym. Narażenie na utratę życia, porzucenie osoby starszej. Półtora roku w zawieszeniu, grzywna, prace społeczne. Według prawa łagodny wyrok. Ale prawdziwa kara nadeszła później.

Gdy wychodziliśmy z sali, zatrzymał się na schodach. Spojrzał na mnie pustym wzrokiem.

Zniszczyłaś mi życie szepnął ledwo słyszalnie.

Nie, synu odpowiedziałam. Sam je zniszczyłeś. Ja tylko wyszłam z tego lasu.

Więcej go nie widziałam. Sprzedał mieszkanie, wyjechał za granicę. Mówią, iż żyje gdzieś w Niemczech.

Ja zostałam. W tym samym mieszkaniu, które kiedyś chciał mi zabrać. Wyremontowałam je.

Ściany pomalowałam na nowo, w oknach pojawiły się pelargonie. Codziennie rano parzę kawę mocną, z mlekiem, bez cukru. I zawsze stawiam dwie filiżanki na stole. Jedną dla męża.

Na parapecie leży mały, biały kamyk. Ten sam, o który uderzyłam kolanem, gdy upadłam na leśnej ścieżce. Pamiątka. Nie bólu siły.

Bo starość nie zaczyna się wtedy, gdy cię odrzucą. Tylko gdy sam uwierzysz, iż nie ma w tobie już życia.

Ja nie uwierzyłam.

I dlatego wciąż żyję.

Idź do oryginalnego materiału