
pierwsze w życiu. Rozpakowałam taki oto zestaw dla absolutnie początkujących:
i zabrałam się do roboty.
Na tym etapie już zdążyłam dziabnąć się do krwi w palec i złamać pierwszą igłę. :P Potem już było tylko lepiej:
c.d. jutro.
Z zadaniem o oddawaniu ciuchów mam największy problem. Po pierwsze, zmieniły się przepisy dotyczące opłat za utylizację starych ciuchów i nikt już starych ubrań nie zbiera, za drogi gips. Po drugie, większość moich ciuchów nosi się do momentu podarcia. Więc nie wiem. jeżeli do 10 stycznia nie będzie akcji o zbieraniu ubrań, pewnie dam se spokój. Wyrzucanie do kontenera na ciuchy chyba większego sensu nie ma.
wieczorem:
fotopułapka zwierzyła mi się ze znajomości z kosem:
Muszę ją ustawić trochę niżej.
Herbatka z Irvinga zielona z cytryną. Dobra, bardzo intensywnie cytrynowa.

Kartka:


Nadszedł ósmy dzień. Minął tydzień i raczej nie działo się to już w stajni, tylko w jakimś domu w Betlejem. I tak to Betlejem okazało się nie takie najgorsze.
Należało Go obrzezać. Wszedł w Przymierze, to samo, w które dotąd Wchodził jako Bóg - teraz wszedł jako człowiek. Dopełnił (czyli dokonał pełni) Przymierza w Sobie Samym.
Poddał się Prawu, chociaż był Panem Prawa. I może choćby przez chwilę (albo i dłużej?) Żałował, iż Wymyślił to całe obrzezanie :P.
I odtąd na Imię Jezus będzie się zginać każde kolano. Tym Imieniem nazwał Go anioł jeszcze przed Wcieleniem. Czy to Imię odwiecznie Nosił u Ojca? Czy Wybrał je dwa dni przed Zwiastowaniem? Szczerze? Druga opcja wydaje mi się bardziej prawdopodobna. Za dużo ludzi przed Nim i po Nim nosiło to samo imię. A u Ojca wcale nie Potrzebował imienia. To trochę tak jak z aniołami w Niebie - tam nie potrzebują imion, otrzymują je dopiero przy jakiejś robocie na ziemi.









