Dźwięk szczekającego psa z telefonu mojej synowej podczas moich 60. urodzin w centrum Warszawy sprawił, iż zmieniłam plany przekazania im mieszkania po cioci i odechciało mi się pomagać młodej rodzinie w zdobyciu własnego lokum

4 godzin temu

Śniłam, iż mieszkam sama w przytulnej kawalerce w samym sercu Warszawy, a ulice pod moim balkonem raz szumiały deszczem, raz grały hejnałem z Mariackiej wieży, i czasem nie mogłam odróżnić, czy to dźwięki miasta, czy moje wspomnienia. Mój mąż, Wacław, zniknął z tego świata pięć lat temu, zostawiając po sobie zapach starej kawy i echo naszych rozmów. Po cioci Stefanii dostałam dwupokojowe mieszkanie na Pradze, z tajemniczą klatką schodową pachnącą pieczonym chlebem i śledziami. Od dawna wynajmuję je młodym lokatorom zawsze są zadbani, mówią dzień dobry z dwuznacznym uśmiechem i co miesiąc oddają mi czynsz tysiąc sześćset złotych, świeżych, polskich banknotów. Sprawdzam, czy lampy wiszą prosto, a podłoga nie skrzypi zbyt głośno. Przez dwa lata nie usłyszałam na nich ani jednego złego słowa.

Mój syn, Artur, ożenił się z Klementyną, dziewczyną o oczach ciemniejszych niż węgle z kopalni w Katowicach. Zamiast zamieszkać ze mną, uparli się, by samodzielnie odnaleźć sens życia. Wynajęli mieszkanie, odkładali każdy grosz na swoje własne miejsce pod słońcem, zbierając na wkład własny do kredytu hipotecznego, który pachniał dorosłością i niepewnością. Nie protestowałam. Tak naprawdę, głęboko w myślach planowałam oddać im mieszkanie po cioci Stefanii by mogli sami wybrać, czy tam zamieszkają, czy sprzedadzą, przemalują ściany na ultramarynę albo powieszą sztuczne paprocie pod sufitem.

Kiedy po roku urodził im się syn, mały Staś, świat zakręcił się wokół mojego wnuka jak tańczące baby-jagi na łące. Wtedy już byłam pewna czas przekazać im mieszkanie, sporządzić odpowiednie papiery. Ale tydzień temu wszystko się rozsypało jak puzzle bez narożników.

Widziałam siebie w ogromnej sali pełnej odbić w lustrach, gdzie świętowałam swoje sześćdziesiąte urodziny. Zamówiłam salę w restauracji Pod Syrenką, zaprosiłam sąsiadki z Ząbek, ciocię Jadwigę, koleżanki z Uniwersytetu Trzeciego Wieku i oczywiście Artura z Klementyną. Klementyna była zawsze nieprzewidywalna, czasem potrafiła roznieść niebo błyskawicą złości albo rozświetlić pokój śmiechem, który pachniał konwaliami. Zawsze jednak wierzyłam, iż młodość tłumaczy wiele wybuchów, a złych słów nie kolekcjonowałam jak znaczków.

Podczas przyjęcia sala wirowała muzyką, rozmowy toczyły się jak strumienie w Bieszczadach i wszyscy byli radośni. Synowa powiedziała, iż gwałtownie się zbiorą, bo dla Staśka ta atmosfera mogła być jak wichura na Helu dla noworodka, a ja przytaknęłam, rozumiejąc. Gdy już mieli wychodzić, Klementyna zgubiła swój telefon, który musiał się schować wśród fałd obrusa jak skrzat między łanami żyta. Pomagałam jej go szukać, wybrałam jej numer na moim telefonie, a wszyscy goście jakby nagle wstrzymali oddech.

Mglista cisza, a wtedy z parapetu wybuchło wściekłe warczenie, szczekanie i przeciągłe wycie psa, jakby sam Bazyliszek z legendy pomylił się i zamienił się w Owczarka Podhalańskiego! Wszyscy spojrzeli na Klementynę, a ona poczerwieniała na policzkach jak dojrzałe wiśnie w lipcu, rzuciła się do okna, porwała telefon i stłumiła dźwięk jednym przyciskiem. Goście patrzyli na nią, potem na mnie, tworząc zwierciadło lustrzanych spojrzeń. W tym momencie mój brat Zbigniew poderwał się sprytnie, puścił Mazurka Dąbrowskiego ze starego radia i zaczął wznosić toast. Ale i tak już nic nie płynęło gładko, coś się zaklinowało.

Wieczorem szeptali o tej pieśni psiego szczekania, o moim numerze, o Klementynie, a plotki krążyły za spódnicami i marynarkami szybciej niż Wiatr Halny po ulicach Zakopanego. Następnego dnia poprosiłam Artura o wyjaśnienia bo chyba nie raz słyszał to psie wycie przypisane mojemu imieniu? Artur tylko wzruszył ramionami, iż to drobiazg, przecież to nic ważnego…

I od tej pory śniłam, iż nie dzwonię już do nich, nie proponuję mieszkania, nie czekam na podziękowanie, a mieszkanie po cioci czeka na lepsze czasy stęchłe od kurzu i niewypowiedzianych słów. Chciałabym usłyszeć zwyczajne przepraszam od synowej i syna, choćby przez mgłę snu. Bo jeżeli widzą we mnie psa, niech tak będzie ich prawo. W końcu, czy w snach nie zmieniamy się czasem w obcych i zwierzęta?

Idź do oryginalnego materiału