DWIE SIOSTRY…
Śniło mi się, iż żyły sobie dwie siostry w Polsce. Starsza, Waleria, była piękna i pełna sukcesów, otoczona luksusem, jakby jej życie świeciło złotymi monetami o nominale pięciuset złotych. Młodsza Rozalia była cieniem człowieka, zamieszkałą przez blady upiór na dnie butelki. O pięknie już trudno było mówić: chociaż miała dopiero trzydzieści dwa lata, wyglądała jak starucha, która dawno zgubiła siebie.
Wyśniona Rozalia była chuda, z twarzą sinawą i opuchniętą tak, iż ledwo dostrzec można było oczy pod ciężkimi powiekami. Włosy splątane, szarawe, odstawały we wszystkie strony, jakby ugniatały powietrze smutnym kurzem. Walerii nie sposób było nic zarzucić; z przejęciem, jak matka, próbowała wyciągnąć siostrę z pijackiego bagna. Zabierała ją do najdroższych klinik, szukała szeptuch w głębokich borach, ale wszystko na nic. Kupiła Rozalii malutkie mieszkanie w Warszawie, ale zapisała na swoje nazwisko, by siostra nie sprzedała go za skrzynkę wódki.
Pół roku później w mieszkaniu nie pozostało już nic prócz brudnego materaca, na którym Rozalia cicho dogorywała, gdy Waleria przyszła się pożegnać przed wyjazdem do Norwegii na stałe. Rozalia już nie mówiła, tylko z trudem uchyliła powieki i przez brud zostawiający ślady na szybach spojrzała w zamazane kontury świata.
Wokół walały się butelki prezenty od sąsiadów-niedoli. Waleria nie mogła zostawić umierającej siostry, bo cóż by potem zrobiła z tak ciężką winą? Pomyślała, iż zaniesie Rozalię do ciotki na wieś, by ukoić własne sumienie.
Ich ciotka, Olga, była samotnicą, mieszkającą we wsi o nazwie Dzbankowo pamiętała ją z dzieciństwa, gdy przywoziła słoiki konfitur, pachnące jabłka, suszone grzyby. Waleria ledwie kojarzyła nazwę wioski. Uznała, iż skoro nie zaproszono jej na pogrzeb, to ciotka pewnie żyje. Poprosiła znajomego, by pomógł jej przewieźć Rozalię: zawinęli ją w kołdrę, wpakowali na tylne siedzenie granatowego poloneza i ruszyli do Dzbankowa.
Wioska, zaledwie cztery domki, leżała na końcu żwirowej drogi. Dom Olgi tkwił trochę za mgłą snu, wśród świszczących brzozowych gałęzi. Rozalię położyli na starym łóżku ciotki. Waleria położyła na stole banknoty: Umiera, a ja muszę wyjeżdżać. Tu są złotówki na pogrzeb może kiedyś tu wrócę, żeby choć grób odnaleźć. Wystarczy na porządny płotek i ładny nagrobek.
Oddała ciotce klucz do mieszkania Rozalii. A komu miała? Herbaty nie chciała i zniknęła za drzwiami.
Olga, sześćdziesięcioośmioletnia, pełna energii starsza pani, rozwinęła siostrzenicę i upewniła się, iż ta jeszcze oddycha. Postawiła samowar, nasypała do lnianego worka ziół, wrzuciła trochę owoców dzikiej róży, zalała wszystko wrzątkiem, mocno zamknęła korek termosu.
Trzy dni poiła Rozalię ziołowymi naparami z miodem, niemal siłą wkraplając łyżeczką w jej spieczone wargi co pół godziny. choćby nocą.
Czwartego dnia dodała do diety mleko od własnej kozy, Marysi. Także podawała po kropelce. Potem pojawiły się wywary z warzyw, potem rosół na własnych kurach, których miała tylko siedem, ale dwóch nie żałowała dla dogorywającej siostrzenicy.
Miesiąc później Rozalia sama usiadła na łóżku. Olga na sankach zawoziła ją zimą do wiejskiej bani, opatuloną w puchowy szal i gruby koc. Tam myła ją naparami z lipy i mięty. Potem czesała jej włosy, pachnące jak łąka w pełni lata…
Osamotniona ciotka Olga przelała w Rozalię całą skumulowaną miłość i cierpliwość kropla po kropli, łyżeczka po łyżeczce, karmiąc ją także cząstką własnej duszy. Ani lekarze, ani szeptuchy nie potrafiły uratować niknącej dziewczyny, a ona tak. Rozalia wróciła do życia; wzmocniło ją mleko kozy Marysi pachnące koniczyną, poranne omlety z ciepłych jaj. Włosy odzyskały połysk, policzki zaróżowiły się.
Okazało się, iż jest piękną dziewczyną o niebieskich oczach. Pomagała ciotce w domu, potem także w oborze: nauczyła się doić Marysię, zbierała co prawda jajka, a posiłki gotowały z tego, co rosło w ogrodzie. Rozalia, wróciwszy z tamtego świata, nie spoglądała za siebie. Polubiła nową codzienność: wychodzące słońce, białe obłoki wędrujące po niebie, kwiaty rozkwitające wiosną.
Przy brzegu wijącej się rzeczki zadomowiła się kaczka z gromadką kaczątek, Rozalia karmiła je czerstwą bułką, śmiejąc się jak dziecko.
Wkrótce odkryła w sobie talent ciotka Olga pokazała jej, jak szydełkować. Początkowo powstawały serwetki, ale potem, gdy pojechały do miasta i kupiły włóczkę, Zosia zaczęła dziergać duże, puszyste chusty z niepowtarzalnymi wzorami. Zlecenia spadały jak liście z wiśni; Rozalia zaczęła dobrze zarabiać.
Po trzech latach Rozalia, przemieniona na nowo, zabrała ukochaną ciocię z zapomnianego Dzbankowa do niewielkiego, spokojnego miasteczka nad ciepłym Bałtykiem. Za wspólne oszczędności i zyski ze sprzedaży manualnie robionych chust kupiła dla nich mały biały domek z ogródkiem.
Rankiem koza Marysia, dostarczona specjalnym busem opłaconym przez Walerię, zrywała jabłko z dolnej gałęzi, spokojnie je przeżuwała, marząc o zielonych łąkach, patrząc w zamyśleniu na szeleszczące morze. W tym czasie w falach niedaleko brzegu pluskały się dwie ukochane przez nią kobiety.
Czyż nie najdziwniejsze w tym sennym opowiadaniu jest to, iż czułam, iż wszystko zdarzyło się naprawdę?
