Łatka nie podnosi się już sama. Stoję przy jej boksie z miską w ręku, a deszcz leje tak, iż woda spływa po drewnianej belce i kapie prosto na jej artretyczne łapy, i myślę, iż za trzydzieści dni będę szukać dla niej miejsca, którego nie ma.
Nazywam się Danuta Wróbel, mam pięćdziesiąt siedem lat i od dwudziestu trzech prowadzę schronisko dla zwierząt na skraju Mielca, przy drodze w stronę Padwi Narodowej. Mój mąż Ryszard był weterynarzem – to on zaraził mnie tym wszystkim, choć sam odszedł siedem lat temu i teraz to ja biegam po tych boksach sama, z kluczami w kieszeni kurtki, które dzwonią jak dzwoneczki krowie.
Zapach tutaj jest swój: mokra sierść, siano, trochę chloru po myciu podłóg. Z radia w dyżurce zawsze gra Trójka, bo wolontariuszka Kasia uwielbia poranne pogadanki, a ja się nie sprzeciwiam – i tak mam ręce zajęte miską z karmą.
Zaczęło się od jednego psa. Mieszaniec, kudłaty, bez imienia, ktoś go przywiązał do słupka przy markecie Lidla i odjechał. Zabrałam go do domu, nazwałam Guzik, a potem przyszedł drugi pies, trzeci kot, i tak to się rozkręciło – aż do trzydziestu siedmiu podopiecznych, którymi opiekuję się teraz razem z czwórką wolontariuszy.
Problem zaczął się, kiedy gmina postawiła na mojej granicy nowy płot. Nie mój płot – ich, bo okazało się, iż pas ziemi, na którym stały dwa boksy dla większych psów, od lat był zapisany jako grunt komunalny, a nie mój, choć płaciłam za niego podatek od nieruchomości. Wójt, pan Zygmunt Kaczmarski, przysłał mi pismo: rozbiórka samowoli budowlanej w ciągu trzydziestu dni, bo teren idzie pod inwestycję gminną – parking dla nowej hali sportowej, budowanej z pieniędzy unijnych, które trzeba rozliczyć w terminie.
Trzydzieści dni. Dla mnie to znaczyło jedno: gdzie, do cholery, mam przenieść dwanaście psów, w tym starą owczarkę Łatkę, która ledwo chodzi na artretycznych łapach?
Pojechałam do urzędu gminy. Siedziałam w korytarzu na krześle obitym sztruksem w kolorze musztardy, czekając godzinę, bo wójt był „na naradzie". Kiedy wreszcie weszłam, biurko miał zawalone papierami, a na ścianie wisiał kalendarz z PKS-em – stary, pamiętający jeszcze zeszły rok.
– Pani Danuto, rozumiem pani sytuację, ale przepisy są przepisy – powiedział, nie podnosząc wzroku od dokumentów. – Inwestycja ma termin unijny, jak nie zdążymy, przepadnie dofinansowanie.
– To niech pan mi da choć kawałek ziemi po drugiej stronie, przy oczyszczalni. Tam i tak nikt nie buduje.
– Ten teren jest już przeznaczony pod coś innego. Przykro mi.
Wyszłam z tego urzędu z takim poczuciem, iż nikt tu nie traktuje moich zwierząt jako czegoś więcej niż kłopot administracyjny. A przecież to żywe istoty, które ktoś wyrzucił, a ja zebrałam.
Następnego dnia zadzwoniła do mnie moja córka, Weronika, mieszka w Rzeszowie, pracuje w biurze rachunkowym.
– Mamo, a może po prostu odpuść te dwa boksy, przenieś psy do środka, do budynku głównego, przecież jest miejsce.
– Nie jest, córeczko. Tam już mieszka szesnaście kotów i cztery psy po operacjach. Nie da się ścieśnić bardziej, bo to już nie będzie schronisko, a tragedia.
Weronika zamilkła na chwilę, potem powiedziała coś, co mnie zabolało:
– Może czas pogodzić się, iż nie da się uratować wszystkich.
Odłożyłam telefon i poszłam do boksu Łatki. Staruszka leżała na starym kocu w kratkę, który kiedyś należał do Ryszarda, merdała ogonem na mój widok, choć wstać już nie mogła bez pomocy. Usiadłam na betonie przy jej legowisku i zaczęłam rozprostowywać jej sztywne łapy, tak jak uczył mnie Ryszard, paluszek po paluszku. Nie, nie odpuszczę.
Zaczęłam szukać pomocy gdzie się dało. Napisałam do lokalnej gazety, „Korso", zadzwoniłam do radia Rzeszów. Nagrałam filmik na Facebooku – stałam przy boksach, za mną szczekały psy, a ja mówiłam prosto do telefonu, bez przygotowanego tekstu, iż za miesiąc te zwierzęta mogą zostać bez dachu nad głową, bo gmina chce stawiać parking.
Film obejrzało w ciągu dwóch dni ponad czterdzieści tysięcy osób. Zaczęły przychodzić komentarze, telefony, choćby listy papierowe – ludzie pisali, iż pamiętają, jak dziesięć lat temu adoptowali u mnie kota, iż chcą pomóc.
Wtedy zadzwoniła do mnie kobieta, Elżbieta Mroczek, radna gminna, której nigdy wcześniej nie widziałam na oczy.
– Pani Danuto, widziałam pani nagranie. To skandal, iż traktują schronisko jak przeszkodę. Przyjadę do pani w czwartek, chcę to zobaczyć na własne oczy.
Przyjechała. Chodziła między boksami w gumowych kaloszach, które pożyczyła od Kasi, bo nie przewidziała błota, i zadawała konkretne pytania: ile zwierząt, jaki budżet, czy mam umowę z gminą na dofinansowanie. Niczego nie obiecywała na zapas, ale notowała w zeszycie w kratkę, dokładnie, jak u lekarza.
– Rada gminy może zmienić uchwałę o przeznaczeniu działki – powiedziała na odchodnym. – Ale to będzie walka, bo inżynier już ma podpisany kosztorys, a termin unijny nie czeka na nikogo.
Dwa tygodnie przed terminem rozbiórki zwołano sesję rady gminy. Poszłam tam z teczką dokumentów: zdjęcia zwierząt, wydruki z liczbą adopcji za ostatnie pięć lat – sto dziewięćdziesiąt trzy sztuki – i kopię umowy podpisanej jeszcze przez poprzedniego wójta, w której gmina zobowiązywała się wspierać działalność schroniska.
Sala była pełna – ludzie z miasta, kilku dziennikarzy, choćby ta sama Kasia z wolontariatu, która przyjechała autobusem numer dwanaście, bo jej samochód akurat stał w warsztacie.
Wójt Kaczmarski siedział z przodu, obok inżyniera od inwestycji. Ten drugi, zanim jeszcze otworzyłam teczkę, powiedział do mikrofonu, iż przesunięcie parkingu to „fantazja, na którą gmina nie ma czasu ani pieniędzy", bo każda zmiana lokalizacji to nowy projekt budowlany i miesiące na pozwolenia, których nikt nie ma.
Kiedy przyszła moja kolej do głosu, podeszłam do mikrofonu i powiedziałam prosto:
– Panie wójcie, pan ma termin unijny na trzydzieści dni. A ja mam dwanaście zwierząt, które nie mają gdzie pójść. Jedno z nich ma szesnaście lat i nie chodzi samo. Proszę mi powiedzieć, jaka inwestycja jest ważniejsza od żywej istoty.
W sali było słychać tylko szelest papieru. Radna Mroczek wstała i zaproponowała poprawkę: przesunąć parking o sto metrów, na działkę po byłej masarni, która stoi pusta od ośmiu lat i należy do gminy, a z budżetu gminnego przeznaczyć dwanaście tysięcy złotych na budowę dwóch nowych boksów na terenie, który formalnie przypadnie schronisku w drodze zamiany gruntów.
Inżynier pokręcił głową i powtórzył, iż to się nie uda w terminie. Wójt Kaczmarski milczał przez chwilę, wertując kosztorys, a potem powiedział tylko, iż poddaje poprawkę pod głosowanie, bez słowa więcej.
Głosowanie: jedenaście za, trzy przeciw, dwa wstrzymujące się.
Wójt Kaczmarski podszedł do mnie po sesji. Nie uśmiechał się, ręki też nie wyciągnął od razu – stał chwilę z kartką kosztorysu w dłoni, jakby jeszcze liczył, czy to się uda.
– To będzie trudny harmonogram, pani Danuto. Nie obiecuję, iż dotrzymamy wszystkich terminów unijnych. Ale spróbujemy.
Skinęłam głową i wyszłam z sali, zanim zdążył dodać coś więcej.
Trzy miesiące później stałam przy nowych boksach – jasna cegła, dach z blachy, w środku ogrzewanie podłogowe dla starszych psów. Harmonogram się przesunął, inżynier musiał składać dwa dodatkowe wnioski, a dofinansowanie unijne na parking gmina ostatecznie rozliczyła z sześciotygodniowym poślizgiem, ale rozliczyła. Łatka leżała na nowym kocu, nie tym w kratkę, ale podobnym, bo ten stary zachowałam w szafie, w pudle z rzeczami Ryszarda.
Weronika przyjechała na otwarcie, przywiozła tort z cukierni na rynku w Mielcu, i powiedziała, iż przeprasza za to, co mówiła przez telefon. Nie musiała. Wiedziałam, iż po swojemu też się bała, iż stracę wszystko, walcząc o wszystko.
Podpisałam z gminą nową umowę na pięć lat, z gwarancją działki po byłej masarni i rocznym dofinansowaniem w wysokości osiemnastu tysięcy złotych. Dokumenty trzymam teraz w segregatorze z napisem „SCHRONISKO – UMOWY", na samej górze szafy w dyżurce, tam gdzie dawniej leżały tylko stare rachunki za prąd.
Guzik, ten pierwszy pies od słupka pod Lidlem, zdechł trzy lata temu, w wieku piętnastu lat, śpiąc w swoim koszu. Ale jego imię zostało – tak nazwałam teraz cały nowy budynek. Tablica wisi nad wejściem, drewniana, wypalona przez Kasię: „Boks Guzika". Codziennie, wchodząc tam rano z miską karmy, stawiam ją na betonowym progu, żeby otworzyć drzwi obiema rękami, i słyszę, jak Łatka zaczyna szczekać na wejście, zanim jeszcze przekroczę próg.

6 godzin temu






