Déjà vu Ona czekała na listy. Zawsze. Od dzieciństwa, przez całe życie. Zmieniały się adresy. Dr…

2 dni temu

30 grudnia

Od zawsze czekałam na listy. Tak było od dzieciństwa. Całe życie.
Adresy się zmieniały. Drzewa wydawały się coraz niższe, ludzie stawali się bardziej odlegli, a czekanie coraz cichsze.

On nikomu nie ufał, niczego nie oczekiwał. Zwyczajny, ale silny mężczyzna z zewnątrz. Praca, pies w domu, samotne wyjazdy albo z czworonożnym przyjacielem.
Ja wciąż słyszę to pytanie sprzed lat:
Bez czego nie wyjdziesz z domu?
Bez uśmiechu! odpowiadałam i dołeczki w policzkach zdradzały, iż to szczera prawda.
Od zawsze przyjaźniłam się głównie z chłopakami. Osiedlowi nazywali mnie piratką w spódnicy. Miałam jednak jedną, sekretną zabawę, gdy zostawałam sama bawiłam się w mamę, która ma gromadkę dzieci i dobrego, czułego męża. Widziałam nas w dużym przytulnym domu z ogrodem.

On nie wyobrażał sobie życia bez sportu. Na dnie szafy w garażu trzymał pudło z pucharami i medalami. Nie wiedział, po co je w ogóle zachowuje chyba tylko z szacunku dla rodziców, którzy byli z niego dumni. Ileż razy obiecywał sobie, iż im je odda Pierwsze miejsca osiągał nie z żądzy zwycięstwa, ale dla samego wysiłku. Lubił czuć zmęczenie aż do granic a wtedy przychodziła nowa fala energii i inne spojrzenie na świat.

Moi rodzice zginęli, gdy miałam siedem lat. Młodszego brata i mnie rozdzielono trafiliśmy do dwóch różnych domów dziecka. Tak dorastaliśmy każdy z własną walką i tęsknotą, łzami i radościami. Ten etap w życiu już minął. Teraz mieszkaliśmy naprzeciwko siebie, na osiedlu niskich bloków, z ciepłymi uliczkami, kolorowymi ogródkami i pobliskim targiem. Bratowa i brat moja jedyna rodzina, najlepsi przyjaciele.

Ten dzień był niespokojny. Moja zmiana dobiegła końca. Przechodziłam przez plac manewrowy, gdy dogonił mnie pan Wacław, objął po ojcowsku i podziękował za pierogi.
Odpocznij w domu, słyszysz?!
Zdołam. Machnęłam mu ręką, pocałowałam w policzek i pobiegłam do auta.
Ehh, Aniu westchnął kierowca ambulansu za mną.

W święta zwykle wystawiano nas razem do dyżuru. Mało kto wtedy chciał pracować choćby lekarze. W ekipie miałam jeszcze dwóch kolegów. Kobiety-lekarki rzadko darzono sympatią w zespołach może dlatego, iż dbam o schludny wygląd, a przecież nastrój i energia lekarza oddziałuje na wszystkich wokół.

On jechał, ile sił. W bagażniku podskakiwało pudło z medalami, na tylnym siedzeniu pies niespokojnie popiskiwał. Ojciec zaprosił wszystkich na wspólnego Sylwestra. Tego samego dnia przełożył trofea do samochodu. Jego cieszyła ta myśl pierwszy raz nie musi dyżurować w święta, chociaż zawsze tęsknił za swoimi chłopakami, trenerstwo dawało mu dużo satysfakcji. Ale kontakt z rodzicami był rzadki, nad czym bolał, zwłaszcza przed świętami…
Kilka dni przed Nowym Rokiem zbudził go telefon nad ranem.
Mama poczuła się źle usłyszał drżący głos ojca.
Ojciec, pułkownik w stanie spoczynku, nigdy nie ukrywał emocji, gdy chodziło o rodzinę. Rodzice byli razem niemal od szkolnych lat, patrzyli na siebie jak zakochani nastolatkowie, choćby dojrzali. Tlił się między nimi ogień, którego nikt z nas nie potrafił pojąć jakby znali tylko sobie znaną tajemnicę świata.

Zawsze piekłam pierogi i różne ciasta przed Nowym Rokiem po zmianie rozwoziłam je znajomym po całym Krakowie. Dziś choćby udało się pospać dwie godziny na dyżurce. Wacław nie puściłby mnie za kierownicę inaczej sam by mnie zawiózł ze swoim kubkiem, ciesząc się jak dziecko moim zakłopotaniem.

Około dziesięć kilometrów do domu rodziców. Nagle sypnęła śnieżyca. Przypomniało mi się, jak pies bronił się przed wsiadaniem do auta, łoskot z bagażnika, wieczne delegacje, drogi, drogi
Mamo, tato, trzymajcie się Jesteście moim wszystkim
Pies polizał go w kark, jakby rozumiał.

Wybacz, psiaku, i tobie dziękuję

Wyłączyłam silnik. Śnieżyca jak na złość. Został jeszcze jeden placek do rozwiezienia. Dwa, trzy kilometry, wieś za miastem, a za zakrętem działki, na których mieszkała moja ulubiona pacjentka energiczna starsza pani nie, nie umiem jej nazwać babcią, jej spojrzenie wciąż płonie młodością. Jej mąż do niej pasuje. Podróżują razem, nie narzekają, tulą się. Myślę, iż tak właśnie mogliby dziś wyglądać moi rodzice

Ciemny cień nagle na tle białej zamieci prosto pod koła.
Skąd się tu wzięłaś, psino? Z lasu? Uciekłaś komuś? Ale masz piękne oczy Czemu masz mokrą szyję?… Koszula też wilgotna Spać, spać tak chce się Dinuś, Dinuś, piesku Dlaczego tak boli?… Mama, tato, jadę, jestem już blisko Ciemność

Nie mogłam się dodzwonić do Wacława pojechał po wnuki. Tu pomoc nie dojedzie. Zaniosło strasznie.

Poczekaj chłopie…, już, wyciągnę Cię. Boże! Tam jeszcze pies

Zaczynam ruszać, gdy tuż obok śmignął szary samochód.

Ktoś się spieszy na święta pomyślałam. Kilka minut później widziałam już przewrócone na bok szare auto, sunące po śniegu w zaspę. Czarnego psa wypatrzyłam kawałek dalej. Chyba żył.

Która godzina? Gorących kąpieli zwykle nie lubię, ale teraz to był ratunek. Po prysznicu drżałam coraz mniej. Usiadłam na podłodze w łazience. Zamknęłam oczy. Marzyłam, żeby tylko chwilę się zdrzemnąć.

Jak ty go wyciągnęłaś, taki kawał chłopa! Słyszałam wyraźnie głos brata. Ból mięśni przypominał, jak było ciężko tamtej nocy.

Mężczyznę i dwa psy zawiozłam do szpitala swoim samochodem. W połowie drogi przejął mnie brat, pomógł. Wracałam potem jeszcze raz do tej dzielnicy z ciastem, które obiecałam starej pacjentce. Zabrałam też pudło z bagażnika szarego auta.

Może to ważne dla niego. Najważniejsze, iż wszyscy żyją. Dojdzie do siebie oddam mu.

Mąż pacjentki otworzył drzwi zmieszany.

Coś się stało? zapytałam odruchowo.
Żona w szpitalu. Wybieram się do niej, nie doczekałem się syna, nie mogę się dodzwonić

Zamilkłam, spuszczając głowę.
U pani wszystko w porządku? ujął mnie za rękę.
Może pana podwiozę? rzuciłam.

Pojechaliśmy w ciszy. Zamieć przeszła.
Widzę na tylnym siedzeniu pudło. Skąd się wzięło? nie wytrzymał pułkownik.
Wypadek był. Mężczyzna próbował ominąć psa, szare auto dachowało, z bagażnika coś się wywaliło

Szary samochód, w środku biały pies, a ten z lasu był czarny? zapytał niemal szeptem.

Zatrzymałam auto, spojrzałam na niego. Pułkownik zacisnął pięści, zapatrzył się w drogę.
On żyje! A pańska żona wyzdrowieje przytuliłam go.

Wiesz, dziecko mogę tak do Ciebie mówić?
Oczywiście! miałam łzy w oczach.

Żona śniła kilka nocy z rzędu o czarnym psie. Syn ma białego. Skąd ten czarny się wziął?!

Piękne, smutne oczy o nich pomyślał, gdy się obudził. Na stołku obok szpitalnego łóżka drzemał ojciec.

Mama. Wypadek. Wtedy sobie przypomniał. I te oczy dziewczyny

Nowego Roku świętowaliśmy dopiero pod koniec stycznia. Mama wracała do zdrowia, tata był szczęśliwy. Dinusia delikatnie kulała, ale zaraz miało przejść. Ja szykowałem się powoli do pracy z chłopcami po feriach trzeba było wrócić na salę gimnastyczną, szykować drużynę do zawodów. Trochę się zasiedziałem u rodziców pora wracać, ale w głowie ciągle miałem tamtą dziewczynę

Już byłem przy bramie, gdy tata zawołał mnie z poddasza.
Tato, czego trzeba?
Ojciec uśmiechnął się chytrze. Rozejrzałem się po strychu i dostrzegłem swoje sportowe nagrody na półce.
Skąd, panie pułkowniku?! uśmiechnąłem się.
Pomyśl Ja idę wyprowadzić Dinę przed twoim wyjazdem.

Wracałam do domu wcześniej niż zwykle. Czekała na mnie Dinusia. Nie miałam serca zostawić jej w klinice weterynaryjnej bałam się, iż nie znajdzie się dla niej miejsce. Była nie całkiem czarna na piersi miała białą plamkę w kształcie serca.

Weszłam na klatkę schodową i odruchowo otworzyłam skrzynkę na listy. Już chciałam ją zamknąć, gdy zauważyłam białą kopertę.

W liście było:
Przyjdę dziś wieczorem. Dziękuję Ci, kochana!
Miłość, jak kompas, pozwala znaleźć drogę do domu.

Idź do oryginalnego materiału