14 października, niedziela
Siedzę przy kuchennym stole, patrząc na kielich z białymi stokrotkami, które właśnie położyłem w roztopionej wodzie. Trzy lata minęły od śmierci Jadwigi, a jednak jej zapach wciąż unosi się w powietrzu, przypominając mi, iż coś trwa, choć wokół panuje cisza.
Mój dom stoi na skraju wsi, na końcu wąskiej uliczki w obrębie gminy Sącz. Ściany, które mój ojciec zbudował z grubych sosnowych bali, przybrały szarość czasu, ale wciąż trzymają się mocno, jak stary dąb przy drodze. Dach lekko opada po wschodniej stronie, ale nie przepuszcza kropli deszczu. Natomiast ganek zaczyna się wyginać już dawno powinno się go naprawić, ale ręce już nie dosłoniły się do tego zadania.
Lat już ponad osiemdziesiąt, a ja wciąż uprawiam ogród nie z potrzeby, a z przyzwyczajenia. Każdego ranka, gdy pierwsze promienie słońca muskają wierzchołki jabłoni, wychodzę na podwórko z motyką lub konewką, zależnie od nastroju. Ziemia pod rękami przypomina mi czasy, kiedy Jadwiga, z zamiłowaniem do porządku, sadziła warzywa w równo ustawionych rzędach: ziemniaki, cebula, marchew, ogórki. Wystarczyła mi już emerytura i sporadyczne przelewy od dzieci, by nie porzucić tej ziemi.
Dzieci rozbiegły się po świecie. Syn zamieszkał w Gdańsku, córka w Wrocławiu. Rzadko dzwonią, najczęściej odwiedzają mnie raz w roku. Jadwiga nie obudziła się pewnego poranka; leżała ze zamkniętymi oczami, jakby spała, a jej usta lekko się zsiały. Dopiero po chwili zrozumiałem, iż już jej nie ma.
Mimo to wciąż grzebię w grządkach, jakby oczekiwał, iż pewnego dnia Jadwiga wyjdzie ze swojego pokoju i zawoła: Grzegorzu, chodź na obiad!. Czasem, kiedy wiatr porusza firankę w kuchni, zdaje mi się słyszeć jej głos. Odwracam się pustka.
Wokół jedynie szeleszczą wróble pod daszkiem i mruczy stara kotka Mruczka. Po drugiej stronie płotu mieszka młoda rodzina Seweryn, Lidia i ich pięcioletnia córeczka Grażynka. Ich dom, choć stary, pomalowany jest na jasny błękit, niczym kawałek nieba wśród zieleni ogrodów. Seweryn, wysoki, w okularach, ciągle majstruje: naprawia płot, buduje ławkę. Lidia, szczupła i szybka, krząta się przy maszynie do szycia lub rozwiesza pranie. Grażynka to dopiero burza energii: podskakuje, goni kury, wyrywa kwiaty w przydomowym ogródku Grzegorza.
Rok temu przeprowadzili się tutaj z Krakowa, kupili stary dom i od razu zaczęli go odnawiać. Mówili, iż zmęczył ich hałas miasta, smog i nieustanna gonitwa. Chcieli być bliżej przyrody i ludzi. Seweryn pracuje zdalnie przy komputerze, a Lidia szyje na zamówienie. Co jakiś czas przez ich podwórko słychać szum maszyny i powiewają na sznurkach gotowe sukienki, koszule, a choćby kostiumy teatralne pewnie suszą je na wieszaku, bo w wiosce nie ma suszarni.
Pewnego popołudnia zobaczyłem, jak Grażynka przeciska się pod płot i podchodzi do moich stokrotek.
Dziadku, mogę zerwać twoje kwiatki? krzyknęła, gdy mnie zauważyła.
Miałem już podnieść głos, ale spojrzałem w jej roziskrzone oczy i machnąłem ręką:
Zrywaj, ale nie wyrywaj korzeni.
Grażynka skinęła głową i zaczęła delikatnie zrywać kwiaty, starając się nie zmiażdżyć płatków. Patrząc na nią, przypomniałem sobie, iż Jadwiga w dzieciństwie też była taką wesołą, niepohamowaną dziewczynką z piegami na nosie.
Kiedy dziewczynka pochylała się, jeden z warkoczyków zsunął się na bok. Zgrabnie go podniosła, odrzuciła na bok i kontynuowała zbieranie kwiatów, mrucząc pod nosem:
To dla mamy dla taty i dla mnie.
Uśmiechnąłem się nieświadomie.
A ja? zapytałem, nie spodziewając się takiego pytania.
Grażynka spojrzała na mnie szerokimi oczami, po czym wybuchła śmiechem:
Wszystkie kwiaty dla ciebie! Ty je wyhodowałeś! A mamie i tacie jeszcze coś zerwę.
Wyciągnęła do mnie cały bukiet.
Wziąłem stokrotki, wyczuwając ich subtelny zapach. Jadwiga zawsze stawiała je w dzbanku przy oknie, przy stole.
Dziękuję mruknąłem.
Dlaczego masz tak wiele kwiatów, dziadku? nie przestawała pytać Grażynka. U nas w ogródku tylko trawa i dwa krzaczki.
Żona lubiła, odpowiedziałem krótko.
Gdzie jest twoja żona? zapytała, a w jej małych oczach pojawiła się ciekawość.
Zamrzałem. Jak wytłumaczyć pięcioletniej dziewczynce słowo zmarła? Ale wydawało się, iż już rozumiała. Po chwili pogłaskała mnie po ręce:
Teraz jest w niebie?.
Tak wyszeptałem.
U mnie babcia też tam jest. Mama mówi, iż stała się gwiazdką.
Skinąłem głową, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Grażynka nagle zmieniła temat:
Patrz, motyl!.
I pobiegła po podwórzu, zostawiając mnie z kwiatami w dłoniach. Powoli wróciłem do domu, odkurzyłem stary dzbanek, napełniłem go wodą i postawiłem stokrotki na stole, tak jak Jadwiga.
Wieczorem usłyszałem pukanie do drzwi. Na progu stała Lidia z talerzem pełnym domowego ciasta.
Grzegorzu, witaj! Upiekłyśmy ciasto, chciałyśmy się podzielić, zaczęła, ale gdy zobaczyła kwiaty, zatrzymała się.
Dziękuję odparłem. Wejdź proszę.
Lidia weszła, położyła talerz i zapytała:
Grażynka dziś u ciebie kwiaty zerwała?
Tak, to była grzeczna dziewczynka.
Lidia uśmiechnęła się, ale w jej oczach błyszczała pewna troska.
Czy ona cię już męczy?
Nie odpowiedziałem szczerze. Czasem czuję się samotny.
Lidia usiadła na krześle, jakby nogi nie utrzymywały jej w pionie.
My też na początku obawialiśmy się, iż będzie tu za cicho. W mieście chociaż są sąsiedzi za ścianą A tutaj tylko wiatr szumi w drzewach.
przyzwyczaisz się powiedziałem.
Poczekaliśmy chwilę, po czym Lidia zaproponowała:
Może jutro przyjedziesz na nasz obiad? Seweryn planuje grill.
Miałem odrzucić przywykłem do swojej samotności, ale wtedy przypomniałem sobie krzyki Grażynki: Wszystkie kwiaty dla ciebie!.
Przyjdę odpowiedziałem nieoczekiwanie, choćby sam siebie zaskoczywszy.
Lidia uśmiechnęła się i podniosła się:
Do jutra.
Gdy odszła, podszedłem do okna. Z sąsiedniego podwórka rozbłysło światło, a przez firankę zobaczyłem, jak Grażynka przeskakuje po pokoju, machając rękami, a Seweryn coś jej mówi, śmiejąc się.
Westchnąłem i spojrzałem na stokrotki w dzbanku.
Jadwigo szepnąłem. Wydaje się, iż nie jestem sam.
Cisza w domu nie wydaje się już tak przytłaczająca.
—
Rano znowu rozległo się głośne pukanie w drzwi. Zaparzyłem herbatę i z niechęcią wykrzyknąłem:
Kogo tu przygonił taki ranek?
Na progu stała Grażynka w wielkich gumowych kaloszach, które najpewniej należały do jej ojca, z oczami pełnymi iskier.
Dziadku, mama mówiła, iż dziś przyjedziesz na nasz grill! Już nosimy drewno! Chodźmy!
Zaskoczyłem się, przypominając wczorajsze zaproszenie.
Ale mieliśmy zaprosić nas na obiad.
Tata już marynuje mięso! przerywała dziewczynka, chwytając mnie za rękę. A mama robi inny placek! Obiecałeś!
Spojrzałem na swój podniszczony kamizel i poobcowane kapcie.
Poczekaj, wnuczko, niech się przebrań….
Nie trzeba! Grażynka już ciągnęła mnie za sobą. Wyglądasz już pięknie!.
Po dziesięciu minutach siedziałem na ławce sąsiadów, a Seweryn bujał węgiel w domowej brygadzie z starej beczki. Słońce wznosiło się wysoko, ale pod rozłożystą jabłonią panował chłód.
Grzegorzu, myślisz, iż węgiel już gotowy? zapytał sąsiad, ocierając pot z czoła.
Zgarbiony wstałem, zerknąłem do rusztu i przytaknąłem:
Jeszcze pięć minut, a będzie idealny. Widać już białą skorupkę.
Lidia wyjęła z domu tackę z marynowanym mięsem, które rozchodziło się aromatem czosnku i ziół.
Grzegorzu, jesteś dziś naszym głównym doradcą przy grillu. Mój mąż nie radzi sobie w tej sprawie.
Seweryn miałby coś odpowiedzieć, ale pokręcił głową i skinął.
Tak zaczęł się najdziwniejszy dzień od pięciu lat. Pokazywałem Sewerynowi, jak prawidłowo przyrządzać kiełbasę, a Grażynka kręciła się wokół, próbując pomagać i jednocześnie przeszkadzać. Lidia układała talerze, kroiła sałatę z warzyw.
Gdy usiedliśmy przy stole pod cieniem jabłoni, usłyszałem żart Seweryna, nieco wulgarny, ale tak niesamowicie zabawny w naszym towarzystwie. Grażynka, poplamiona ketchupem, z powagą nalewała kompot ze dzbanka, rozlewając część po drodze.
Dziadku, prawda, iż byłeś kiedyś w wojnie jako czołgista? zapytała nagle, patrząc szeroko otwartymi oczami.
Stół zamilkł. Seweryn i Lidia wymienili spojrzenia.
Liza! zawołała matka.
Nie odparłem, a potem uśmiechnąłem się.
Byłem małym chłopcem w wojnie, głodnym tak jak ty. Opowiedziałem, jak po wojnie zbierałem kłos na polu kołchozowym, jak kiedyś znalazłem zamrożoną ziemniaczkę i to był najlepszy dzień w życiu. Grażynka słuchała z otwartą buzią, a po mojej opowieści podskoczyła i objęła mnie:
Dam ci całą swoją ziemniaczkę! Całą całą!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a ja poczułem, jak coś ciepłego rozlewa się we mnie.
Wieczorem, gdy pierwsze gwiazdy rozbłysły na niebie, wracałem do domu. Seweryn odprowadził mnie do furtki.
Dziękujemy, Grzegorzu. Nie masz pojęcia, jak ważne to było dla Grażynki i nas.
Skinąłem ręką:
Nie ma sprawy.
Naprawdę. Przeprowadziliśmy się tutaj, żeby być bliżej ludzi. A tak naprawdę, dopiero dzięki tobie.
Nagle przerwałem go:
Jutro wpadnij do mnie. Pokażę ci, jak prawidłowo przykopować ziemniaki. Na twoich grządkach już trawi się po kolano.
Seweryn uśmiechnął się szeroko:
Przyjdę. Obiecuję.
W domu stałem przed zdjęciem Jadwigi.
Widzisz, szepnąłem, bałeś się, iż bez ciebie zginę….
Z pod okna dochodził szum świerszczy i śmiech Grażynki zza sąsiedniego domu chyba nie zmęczyła się po pełnym wrażeń dniu. Zgasiłem światło i położyłem się spać.
Po raz pierwszy od długiego czasu nie bałem się nocy.




