
Robert, mój brat, od zawsze był typem kanapowca. Kiedy byliśmy dziećmi, wyciągnięcie go na rower graniczyło z cudem, a każda wycieczka do lasu kończyła się marudzeniem na komary, kleszcze i bolące nogi. Jako dorośli ludzie pracowaliśmy razem w dużej firmie logistycznej, gdzie nasz szef, Szymon, trzymał wszystko żelazną ręką. Robert spędzał dnie za biurkiem, a popołudnia przed konsolą. Dlatego, kiedy pewnego wrześniowego poranka ogłosił, iż idzie na grzyby, spojrzałam na niego, jakby żartował.
– Na grzyby? Ty? – zapytałam, stawiając kubek z kawą na kuchennym blacie.
Wynajmowaliśmy razem mieszkanie od dwóch lat, żeby ciąć koszty, więc znałam jego rutynę na wylot.
– A co w tym dziwnego? – oburzył się, poprawiając na głowie czapkę z daszkiem. – Świeże powietrze, ruch. Trzeba o siebie dbać, Ewa.
– Przecież ty nie odróżniasz kurki od muchomora – zauważyłam przytomnie. – Ostatnim razem, jak byliśmy na spacerze w parku, narzekałeś, iż cię pyłki drażnią.
– Ludzie się zmieniają – rzucił szybko, chwytając z przedpokoju wiklinowy koszyk, który chyba kupił specjalnie na tę okazję. – Będę po południu. Nie czekaj z obiadem.
I wyszedł. Zostawił mnie z mętlikiem w głowie i stygnącą kawą. Wtedy jeszcze zignorowałam to przeczucie, to ciche pukanie z tyłu głowy, które mówiło, iż coś tu bardzo nie gra.
Nagle stał się miłośnikiem natury?
Przez kolejne trzy tygodnie sytuacja się powtarzała. W każdą sobotę i niedzielę, a czasami choćby w czwartkowe popołudnia, kiedy urywał się z biura pod pretekstem różnych wizyt, Robert znikał w lesie. Wracał po kilku godzinach, zmęczony, z wypiekami na twarzy, ale jego koszyk zawsze świecił pustkami. Czasami na dnie walały się ze dwa nieszczęsne podgrzybki, z reguły robaczywe.
– Słabo dzisiaj – tłumaczył, wzruszając ramionami, gdy patrzyłam na ten jego marny łup. – Za sucho. Wszyscy grzybiarze narzekają.
– Jasne – mruknęłam kiedyś. – Może po prostu szukasz nie tam, gdzie trzeba.
Zaczęłam go obserwować. Zauważyłam, iż przed każdym wyjściem „na grzyby” brał długi prysznic, używał swoich najlepszych perfum i starannie układał włosy. Kto normalny psika się drogą wodą kolońską przed wejściem w leśne ostępy? Do tego zaczął obsesyjnie pilnować swojego telefonu. Kiedyś leżał ekranem do góry na stole, teraz zawsze lądował w jego kieszeni. choćby do łazienki zabierał go ze sobą.
W pracy też zachowywał się inaczej. Był rozkojarzony, często wpatrywał się w monitor niewidzącym wzrokiem, a gdy nasz szef, Szymon, przechodził korytarzem, Robert spuszczał wzrok i udawał, iż jest niesamowicie zajęty. Szymon był wymagającym przełożonym. Starszy od nas o dobre piętnaście lat, surowy, chłodny w obyciu, ale sprawiedliwy. Jego żona, Sylwia, czasami wpadała do biura. Piękna, elegancka kobieta przed czterdziestką, zawsze pachnąca luksusem i uśmiechająca się do wszystkich z pewnym dystansem. Nie łączyłam tych faktów. Jeszcze nie.
Postanowiłam sprawdzić, o co chodzi
Przyszedł kolejny październikowy weekend. Pogoda była piękna, złota polska jesień w pełnej krasie. Robert znów krzątał się po mieszkaniu od ósmej rano.
– Jadę do tego zagajnika za miastem, wiesz, w stronę jeziora – rzucił, zakładając lekką, modną kurtkę, która zupełnie nie nadawała się na przedzieranie przez jeżyny. – Podobno prawdziwki w końcu ruszyły.
– Uważaj na siebie – powiedziałam tylko, nie podnosząc wzroku znad książki.
Gdy tylko trzasnęły drzwi, zerwałam się z kanapy. Sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. Zwykła, babska ciekawość? A może instynkt, który podpowiadał mi, iż Robert wpakował się w jakieś kłopoty? Ubrałam się w pięć minut, narzuciłam na siebie brązową bluzę, żeby nie rzucać się w oczy, i zbiegłam po schodach.
Robert nie miał samochodu, korzystał z podmiejskiego autobusu. Wsiadłam do auta i ruszyłam za nim, trzymając bezpieczny dystans. Autobus zatrzymał się na skraju lasu, dobre kilkanaście kilometrów od miasta. Zobaczyłam, jak mój brat wysiada i raźnym krokiem rusza piaszczystą drogą w głąb drzew. Zostawiłam samochód na poboczu, lekko ukryty za krzakami, i poszłam za nim.
Szłam cicho, starając się nie deptać suchych gałęzi. Las pachniał mchem i wilgocią. Robert szedł przed siebie, w ogóle nie patrząc pod nogi. Nie rozglądał się za grzybami. Wzrok miał wbity w ekran telefonu, co chwilę się uśmiechając. Po około piętnastu minutach dotarł na małą polanę, na której stała stara, zrujnowana ambona myśliwska.
Zatrzymał się tam, oparł koszyk o pień sosny i usiadł na zwalonym drzewie. Ukryłam się za gęstymi krzewami jałowca, kilkanaście metrów dalej. Serce biło mi jak oszalałe. Po co on tu przyszedł? Czekał na kogoś podejrzanego? Wplątał się w jakieś ciemne interesy? Odpowiedź nadeszła kilka minut później. Usłyszałam chrzęst opon na leśnej drodze prowadzącej z drugiej strony polany. Zza drzew wyłonił się czarny, elegancki SUV. Zamarłam.
Przez niego mogę stracić pracę
Drzwi samochodu otworzyły się i wysiadła z nich kobieta. Miała na sobie dopasowane dżinsy, jasny sweter z golfem i okulary przeciwsłoneczne, które od razu zdjęła. Jej kasztanowe włosy opadały miękko na ramiona. To była Sylwia. Żona naszego szefa.
Zanim zdążyłam przetworzyć tę informację, Robert zerwał się na równe nogi. Jego twarz rozjaśnił uśmiech, jakiego nigdy u niego nie widziałam. Podszedł do niej szybkim krokiem. Sylwia zarzuciła mu ramiona na szyję, a on objął ją w talii, przyciągając do siebie. Pocałowali się – w sposób, który nie pozostawiał absolutnie żadnych złudzeń co do charakteru ich relacji.
Czułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Mój brat. I żona naszego przełożonego. W lesie, pod pretekstem grzybobrania.
– Myślałam, iż już nie przyjedziesz – usłyszałam głos Sylwii, niesiony przez cichy, leśny wiatr.
– Dla ciebie bym na koniec świata przyszedł, a co dopiero do lasu – zaśmiał się Robert, gładząc ją po włosach. – Chociaż muszę przyznać, iż Ewa zaczyna coś podejrzewać. Dziś rano patrzyła na mnie, jakby chciała mnie prześwietlić.
– Musimy być ostrożni. Szymon ostatnio jest bardzo nerwowy. jeżeli się dowie...
– Nie dowie się. Przecież jestem tylko zapalonym grzybiarzem.
Zaśmiali się oboje. Wzięli się za ręce i poszli powoli w stronę samochodu. Siedziałam za jałowcem, nie mogąc złapać tchu. Moje myśli galopowały. Robert, ten nieudacznik, który bał się pająków, spotykał z żoną człowieka, który decydował o naszym zatrudnieniu, naszych premiach, naszym życiu zawodowym.
Szymon był mściwy. Gdyby to wyszło na jaw, zniszczyłby Roberta. A rykoszetem dostałabym i ja, przecież wiedziałabym o wszystkim. W firmie natychmiast uznano by mnie za współwinną, kogoś, kto krył ich romans. Wycofałam się najciszej jak potrafiłam. Biegłam do samochodu prawie na oślep, potykając się o korzenie. Kiedy w końcu usiadłam za kierownicą, trzęsły mi się ręce.
Kryję ich oboje każdego dnia
Wracałam do domu jak w transie. Nie wiedziałam, co robić. Z jednej strony czułam wściekłość na Roberta za jego głupotę i lekkomyślność. Z drugiej – potworny strach. W co on się wplątał? Jak długo to trwało?
Pojechałam prosto do mieszkania, zrobiłam sobie melisę i usiadłam w kuchni, czekając na jego powrót. Wrócił po trzech godzinach. Znów z pustym koszykiem, ale za to w doskonałym nastroju. Promieniał.
– Znowu nic? – zapytałam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie, chociaż gardło miałam ściśnięte.
– Niestety. Chyba sezon już się kończy – westchnął, odkładając koszyk. – Ale spacer był wspaniały.
Spojrzałam na niego. Znałam go całe życie. Wiedziałam, iż zawsze szedł po linii najmniejszego oporu, ale nigdy nie sądziłam, iż posunie się do czegoś tak ryzykownego.
– Widziałam cię – powiedziałam cicho, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Zatrzymał się w pół kroku do łazienki. Powoli odwrócił się w moją stronę. Jego uśmiech zgasł w ułamku sekundy.
– Co powiedziałaś?
– Byłam w lesie. Widziałam ciebie. I Sylwię.
Cisza, była niemal namacalna
Słychać było tylko tykanie zegara na ścianie. Robert zbladł tak bardzo, iż myślałam, iż zemdleje. Podszedł do stołu i opadł na krzesło naprzeciwko mnie.
– Ewa... to nie tak, jak myślisz.
– A jak? – parsknęłam, czując, jak puszczają mi nerwy. – Udzielasz jej korepetycji z mykologii na tylnym siedzeniu samochodu? Oszalałeś, Robert?! To żona Szymona! jeżeli on się dowie, zniszczy cię. Wyrzuci z pracy, zrujnuje ci życie!
– Kocham ją – powiedział cicho, patrząc na swoje dłonie.
Zatkało mnie. Spodziewałam się wyparcia, kłamstw, może śmiechu. Ale nie tego.
– Ona też mnie kocha. Szymon ją traktuje jak powietrze, jest dla niego tylko ozdobą na firmowych bankietach. Nie wiesz, jak to wygląda od środka.
– I myślisz, iż ucieknie z tobą? Zostawi to swoje luksusowe życie, wielki dom i pieniądze dla faceta, który wynajmuje pokój z siostrą i udaje grzybiarza? – moje słowa były okrutne, ale musiałam nim wstrząsnąć.
Przełknął głośno ślinę. W jego oczach widziałam mieszankę bólu i strachu. Wiedział, iż mam rację. Wiedział to, ale nie chciał tego przyznać.
– Proszę cię, Ewa. Nikomu nie mów. Błagam cię.
Patrzyłam na niego i czułam ogromny ciężar. Nie chciałam tej wiedzy. Nie chciałam brać na siebie odpowiedzialności za jego błędy. Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Robert przez cały czas „chodzi na grzyby”, choć spadł już pierwszy śnieg. W pracy mijam Szymona na korytarzu i za każdym razem oblewam się zimnym potem, zastanawiając się, czy już wie. Kiedy Sylwia pojawia się w biurze, uśmiecha się do mnie uprzejmie, a ja czuję mdłości. Milczę. Kryję ich oboje. Ale każdego dnia budzę się z myślą, iż ta tykająca bomba w końcu wybuchnie.
Ewa, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ludzie pukali się w czoło, gdy mówiłam, iż biorę ślub na emeryturze. Nie sądziłam, iż własna córka pokrzyżuje mi plany”
- „Teściowa na Wszystkich Świętych pluła moim sosem grzybowym i krytykowała sernik. W końcu nie pozostałam jej dłużna”
- „Jeden błąd naprawił moje małżeństwo, ale stał się przekleństwem. Mąż znowu mnie kocha, a ja nie mogę spojrzeć mu w oczy”





![Świetlne zwierzęta w Ogrodzie Doświadczeń. Tyle kosztuje wejście na wyjątkową wystawę [ZDJĘCIA]](https://cowkrakowie.pl/wp-content/uploads/2026/11/Ogrod_swiatel_krakow31.jpg)

