BEZDOMNY
Niegdyś Joasia nie miała dokąd pójść. Dosłownie żadne miejsca nie były już dla niej otwarte Na dworcu mogę wytrzymać ze dwie noce. A potem co? myślała z rozpaczą. Nagle błysnęła jej w głowie ratunkowa myśl: Przecież działka! Jak mogłam o niej zapomnieć? No dobrze, działka to za dużo powiedziane raczej zrujnowana altanka. Ale i tak lepsza niż dworzec rozważała Joasia.
Wsiadła w podmiejski pociąg pod Warszawą, przysunęła się do zimnego okna i zamknęła oczy. Ostatnie wydarzenia nie dawały jej spokoju, przepełniały ciężkimi wspomnieniami. Dwa lata temu straciła rodziców, została sama, bez jakiejkolwiek pomocy. Nie było już za co studiować, musiała rzucić polonistykę na UW i iść do pracy na bazarze na Pradze.
Po tych wszystkich przejściach los w końcu się do niej uśmiechnął spotkała pierwszą miłość. Piotrek okazał się dobrym, porządnym człowiekiem. Po dwóch miesiącach wzięli skromny ślub, bez wesela, bez fanfar.
Wydawało się, iż życie ma się ustatkować Ale Joasi los znów rzucił kłodę pod nogi. Piotrek zaproponował, by sprzedała mieszkanie po rodzicach w centrum Warszawy i wspólnie otworzyli własny sklep.
Opowiadał wszystko tak malowniczo, iż Joasia choćby przez chwilę nie zwątpiła była przekonana, iż mąż wie, co robi i już niedługo zapomną o troskach finansowych. Jak się ustawimy, może pomyślimy o dziecku tak bardzo chciałabym zostać matką! marzyła młoda, naiwna kobieta.
Niestety, interes Piotrka gwałtownie upadł. Przez ciągłe kłótnie o zaprzepaszczone oszczędności małżeństwo rozpadło się w zastraszającym tempie. niedługo Piotrek przyprowadził do mieszkania inną dziewczynę, a Joasi pokazał drzwi.
Początkowo chciała iść na policję, ale zrozumiała, iż nie ma argumentów przeciwko mężowi. Sama sprzedała mieszkanie i oddała pieniądze Piotrkowi
***
Na małej stacyjce Joasia wysiadła, otoczona pustką. Była wczesna wiosna jeszcze nie czas na działkowiczów. Przez trzy lata ogródek zarósł krzakami, altana wyglądała żałośnie. Poradzę sobie, uporządkuję wszystko pocieszała się, choć czuła, iż już nic nie wróci do dawnego porządku.
Bez trudu znalazła klucz schowany pod progiem, ale drzwi tak opadły, iż nie mogła ich otworzyć. Próbowała siłować się z zamkiem, ale na darmo. Zrezygnowana usiadła na schodkach, wybuchając płaczem.
Nagle spostrzegła na sąsiedniej działce dymek i usłyszała szmer. Ucieszyła się, iż może sąsiedzi już przyjechali, pobiegła więc szybkim krokiem.
Pani Zosiu! Jest pani w domu? zawołała.
W ogrodzie zobaczyła jednak starszego, zarośniętego pana. Rozpalał małe ognisko, podgrzewając wodę w metalowym kubku.
A pan kim jest? Gdzie pani Zosia? spytała cofając się.
Nie bój się, proszę. I nie dzwoń na milicję Nic złego nie robię. W domu się nie szwendam, mieszkam tylko tu, pod chmurką odparł spokojnie.
Ku jej zdziwieniu głos miał przyjemny, wykształcony, taki jakim mówią profesorowie.
Jest pan bezdomny? wypaliła bez zastanowienia Joasia.
Tak, to prawda powiedział, spuszczając wzrok. Mieszkasz tu niedaleko? Nie martw się, nie będę przeszkadzać.
Jak pan się nazywa?
Michał.
A nazwisko? dopytywała.
Michał Witoldowicz odpowiedział po chwili.
Obserwowała uważnie Michała Witoldowicza. Pomimo poszarpanej odzieży, wyglądał na schludnego i zadbanego, jak na swoją sytuację. Sprawiał wrażenie człowieka, który niedawno stracił dom.
Nie mam się do kogo zwrócić westchnęła ciężko.
Co się stało? zainteresował się staruszek.
Drzwi opadły, nie potrafię ich otworzyć
jeżeli mogę, chętnie zerknę zaoferował.
Byłabym wdzięczna przyznała nieśmiało.
Gdy majstrował przy drzwiach, Joasia usiadła na ławeczce, żałośnie rozważając: Kim ja jestem, by pogardzać kimkolwiek? Przecież ja też zostałam bez dachu nad głową w zasadzie mamy podobny los.
Joasiu, już gotowe! Michał Witoldowicz uśmiechnął się i uchylił drzwi. Ale powiedz, chcesz tu spać?
Tak, przecież nie mam innego miejsca zdziwiła się.
Jest w domu piec?
Tak, chyba Ale nie znam się na tym zupełnie.
A drewno masz? dopytał.
Nie wiem przyznała zrezygnowana.
W porządku, wejdź do altanki zarządził. Zaraz coś wymyślę.
Zabrała się za sprzątanie przez ponad godzinę. W domku panował ziąb i wilgoć, a dziewczyna czuła rosnący niepokój, czy da tu radę wytrzymać. Niespodziewanie Michał Witoldowicz wrócił z naręczem drewna. Ku własnemu zdumieniu Joasia poczuła ulgę, widząc znajomą twarz.
Staruszek przeczyścił lekko piec i napalił w nim. Po godzinie w altanie zrobiło się ciepło i przytulnie.
Gotowe! Piec napalony dobrze, dokładaj tylko delikatnie drewienka. Na noc wygasz, bo ciepło utrzyma się do rana tłumaczył spokojnie.
A pan co? Do sąsiadów? spytała.
Tak, pomieszkam trochę na ich działce. Do miasta nie chcę wracać Za dużo bolesnych wspomnień.
Proszę, zostańmy jeszcze chwilę, zjedzmy kolację. Herbata już gotowa powiedziała stanowczo Joasia.
Nie protestował. Zdjął kurtkę i usiadł blisko pieca.
Proszę wybaczyć ciekawość, ale wyglądasz pan zupełnie nie jak bezdomny Co się stało? Gdzie dom? Gdzie rodzina?
Opowiedział, iż całe życie wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Całą młodość poświęcił nauce, pracy. Starość zastała go niepostrzeżenie. Kiedy pojął, iż został zupełnie sam na świecie, było już za późno, by coś zmieniać.
Mniej więcej rok temu zaczęła go odwiedzać siostrzenica. Dziewczyna delikatnie sugerowała, iż pomoże, jeżeli zapisze jej mieszkanie w spadku. Michał Witoldowicz zgodził się bez wahania.
Potem Ania, bo tak jej było na imię, przekonywała, by sprzedał duszne mieszkanie na blokowisku i kupił porządny domek za miastem, najlepiej z sadem i altaną jak w bajce. Jak się okazało, Ania już znalazła idealną okazję, i to w rozsądnej cenie.
Michał całe życie marzył o kawałku zieleni i spokoju, więc zgodził się od razu. Po sprzedaży mieszkania zaproponowała, by całą sumę powierzyć bankowi.
Wujku Michałku, usiądź chwilę na ławce. Ja wejdę do banku z torbą. Kto wie, może ktoś nas obserwuje rzekła.
Zapytała go, by zaczekał, a sama weszła do banku. Mijała godzina, druga, trzecia Ania nie wychodziła. Wszedł do środka, ale jej już nie było. Drzwi wyjściowe prowadziły na drugą stronę ulicy.
Michał Witoldowicz nie umiał uwierzyć, iż bliska osoba potraktowała go tak okrutnie. Siedział na ławce jeszcze następnego dnia, ale Ania nie wróciła. Gdy poszedł pod jej adres, otworzyła obca kobieta. Wyjaśniła, iż dziewczyna dwa lata wcześniej sprzedała tu mieszkanie i wyjechała.
Ot, taka to ponura historia westchnął. Od tamtej pory tułam się po działkach, wciąż nie wierząc, iż naprawdę nie mam już domu.
Myślałam, iż tylko mnie się taki los przydarzył Mam chyba podobnie przyznała Joasia i opowiedziała swoją historię.
Źle to wszystko Ja przynajmniej mam za sobą życie, a ty? Rzuciłaś studia, nie masz mieszkania Ale nie martw się, każdą sprawę da się rozwiązać. Jesteś młoda u ciebie wszystko jeszcze przed tobą próbował ją pocieszyć.
Zostawmy smutki, trzeba coś zjeść! uśmiechnęła się.
Patrzała, jak z apetytem zajada makaron z parówkami. W tamtej chwili zrobiło się jej go bardzo żal. Oczywiste było, iż jest straszliwie samotny i zagubiony.
Jak to przerażające zostać samemu, na ulicy, gdy nikt już o ciebie nie dba rozmyślała Joasia.
Joasiu, mogę ci pomóc wrócić na uniwersytet. Znam wciąż wielu dawnych kolegów, pewnie uda się załatwić miejsce na państwowe studia powiedział niespodziewanie. Oczywiście sam nie mogę się pokazywać w tym stanie, ale napiszę list do rektora. Nazywa się Konstanty, stary przyjaciel. Upewniam się, iż ci pomoże.
Dziękuję! To byłoby coś wspaniałego! ucieszyła się.
Dziękuję za kolację i za rozmowę. Pora mi już powiedział z trudem wstając.
Zaczekaj. Przecież to nie w porządku, gdzie się pan wybiera?
Nie martw się, mam wygodny szałas na działce obok. Jutro zajrzę uśmiechnął się.
Proszę, nie śpij na dworze. Mam trzy pokoje możesz wybrać, który chcesz. Tak naprawdę trochę się boję sama tu zasypiać, tej piecyki nie znam. Nie zostawisz mnie samej?
Nie, nie zostawię powiedział poważnie.
***
Minęły dwa lata Joasia złożyła pomyślnie egzaminy na uczelni i z euforią wracała na działkę. Mieszkała głównie w akademiku, ale każdy weekend i wakacje spędzała w altanie.
Dziadku Michale, dzień dobry! zawołała, wybuchając euforią w objęciach staruszka.
Joasiu, moje szczęście! Czemu nie zadzwoniłaś? Wyszedłbym po ciebie na stację I jak? Egzaminy?
Prawie wszystko na piątkę! pochwaliła się. Patrz, przyniosłam torcik. Zaparzaj herbatkę, świętujemy!
Popijali herbatę i opowiadali sobie nowości.
Posadziłem winogrona, tam zrobię altanę. Będzie jeszcze bardziej przytulnie opowiadał szczęśliwy Michał.
Super! Jesteś tu gospodarzem, rób, co uznasz za słuszne. Ja przyjeżdżam, wyjeżdżam śmiała się dziewczyna.
Staruszek całkowicie odmienił swoje życie. Przestał być samotny. Miał dom, miał wnuczkę Joasię. Dziewczyna też odzyskała sens życia. Michał Witoldowicz stał się dla niej kimś najbliższym, kimś, kogo zesłał los, by był rodziną i oparciem w trudnych chwilachWieczorem, kiedy na altanę padł złoty blask zachodzącego słońca, Michał i Joasia wyszli na werandę. Spoglądali na zadbany ogródek, w którym powoli zaczynało tętnić nowe życie. Pierwsze pąki winogron miały dopiero pokazać swoją siłę, ale oboje czuli, iż razem naprawili przeszłość od korzeni.
W oddali zaszczekał pies sąsiadów, ktoś śmiał się z daleka, drzewa pachniały świeżością, jakby noc nie mogła się już doczekać nowego dnia. Joasia złożyła dłoń na pomarszczonej ręce przyjaciela.
Wiesz, dziadku Michale, chyba nigdy nie miałam domu. Dopiero tutaj wszystko jest naprawdę moje.
Michał spojrzał na nią uważnie i bez słowa uśmiechnął się szeroko, po raz pierwszy od lat nie czując już pustki.
Nie byli już bezdomni. Tamten ogródek stał się przystanią, w której każde złamane serce mogło odnaleźć ciepło. W takich miejscach życie potrafiła zaczynać się na nowo zupełnie jak wiosna po najdłuższej zimie.

1 tydzień temu






