13 marca, Warszawa
To był jeden z tych dni, kiedy z pozoru nic nie zapowiada zmian, ale wszystko może się wydarzyć. Mam wrażenie, iż cały mój świat stanął na głowie odkąd w pokoju ojca, w szpitalu na Banacha, pojawił się kot. Do dziś nie umiem wyjaśnić, skąd się tam wziął. Nikt nie widział, jak wskoczył przez uchylone okno sali 312, nikt nie wiedział, czy to w ogóle możliwe w takim miejscu, w takim czasie.
Ojciec Janusz Wilczek od trzech miesięcy leżał w śpiączce. Lekarze powtarzali, iż nie ma dla niego większej nadziei, stan wegetatywny. Rodzina już zaczęła dzielić majątek, snuć plany na przyszłość bez niego. A on, człowiek, który zbudował swój holding przez 50 lat ciężką pracą, leżał cicho, jakby już nie był częścią tego świata.
Wtedy ten kot burek, chudy, z plamami białymi i rudawymi po prostu się zjawił.
Pielęgniarka weszła z wieczornymi lekami, a on już siedział na łóżku ojca, kładąc łapę na jego twarzy. Jezu Chryste! krzyknęła, upuszczając tacę, poszły szklanki, leki, wszystko z głośnym brzękiem. Kot nic sobie z tego nie robił, tylko siedział i miauczał cicho, jakby chciał coś powiedzieć głaskał ojca delikatnie łapką po twarzy. Gdy pielęgniarka próbowała go ściągnąć, wczepił się pazurami w prześcieradło.
Idź stąd! No już! usiłowała go złapać, ale kot był nieustępliwy. Wtedy wszedł doktor Adam Lisowski ledwo po trzydziestce, ale na oddziale neurologii już legenda. Zatrzymał się w drzwiach: Chwileczkę. Proszę spojrzeć na jego twarz. Spojrzałam. Po policzku ojca sunęła pojedyncza łza. Prawdziwa, mokra, niemożliwa do wytłumaczenia.
Lekarz zbliżył się, sprawdził źrenice latarką nic. Ale łza została, spływała na poduszkę pod głową ojca.
Zadzwonię do rodziny, powiedziała pielęgniarka. Kot coraz głośniej miauczał, jakby wołał pomocy. Adam kazał mu zostać. Zobaczymy, co będzie dalej, powiedział, zapisując coś w dokumentacji.
Było już po jedenastej, oglądałam film, żeby nie myśleć o problemach, gdy zadzwonił szpital. Miałam ochotę nie odbierać, schować głowę w piasek, ale wiedziałam, iż muszę.
Pani Marto, tu szpital. Proszę przyjechać stało się coś z tatą. Zamarłam. choćby złość i żal, które nosiłam w sobie od lat, nagle nic już nie znaczyły. On umarł? zapytałam drżącym głosem. Nie, proszę przyjechać. To pilne. Bez słowa, w łapanych na prędce ubraniach, kluczach, portfelu w kieszeni, wybiegłam do auta. Droga dłużyła się niemożliwie, każdy czerwony był wiecznością. Kiedy ostatnio widziałam tatę? Cztery tygodnie temu? Pięć?
Wbiegłam na oddział, do 312 weszłam bez pukania. Zatrzymałam się oniemiała na łóżku mój ojciec, a u jego boku ten sam kot, schowany w jego ramieniu, mruczał. Twarz taty była zwrócona ku zwierzęciu.
Co tu się dzieje? spytałam. Doktor Lisowski spojrzał na mnie poważnie. Trudno uwierzyć, ale ten kot wywołał reakcję u pańskiego ojca. Widzieliśmy, jak zapłakał. No i ten ruch głowy. Tak nie leżał, gdy wychodziłem wcześniej. Odwrócił się do kota. Podeszłam bliżej, próbując nie tracić panowania nad sobą. Patrzyłam na kota, który zerknął na mnie wielkimi, zielonymi oczami. Było w nim coś znajomego, choć nie potrafiłam powiedzieć co.
Wtedy przypomniałam sobie mój ojciec od lat dokarmiał jakiegoś kota pod biurowcem swojej firmy. Kilka razy to widziałam, gdy byłam po dokumenty w kancelarii. Myślałam, iż to zwykły bezpański zwierzak, któremu raz dziennie rzuca się karmę. Ale on stał się czymś więcej.
Mój ojciec znał tego kota powiedziałam do doktora.
To tłumaczy reakcję odparł. Siedliśmy przy łóżku, a kot nie odsuwał się od twarzy taty ani na krok.
Przez następne dni kot pojawiał się codziennie. Szpital zaczął zostawiać mu karmę i wodę w kącie sali. Spędzałam długie godziny, po prostu obserwując ich razem. W końcu poszłam do pani Bogumiły, osobistej sekretarki ojca, kobiety starszej, stanowczej, z siwymi włosami. Pracowała z nim ponad piętnaście lat.
Spotkałyśmy się naprzeciw szpitala. Pani Bogumiła zamyśliła się, słysząc o kocie.
Ach, ten bury z białymi plamami. Twój ojciec schodził do garażu z karmą i przez dwadzieścia minut gadał z nim. Tak, gadał. O wszystkim, czego się bał. Przed nikim innym się nie otwierał. Kot był jego powiernikiem powiedziała. Po udarze szukałam kota mówiła dalej. Znikł. Albo ktoś go zabrał, albo poszedł dalej.
A teraz zjawił się w szpitalu.
Po powrocie na oddział znalazłam dość niemiłą sytuację. Wujek Czesław, brat taty, kłócił się z doktorem Lisem.
To bez sensu! Przetrzymywanie zwierzęcia na oddziale jest skrajnie niehigieniczne i niebezpieczne.
A jednak od przyjścia kota parametry pana Janusza się poprawiły argumentował doktor.
Mam upoważnienie do decydowania o interesach rodziny, żądam usunięcia zwierzęcia!
Nic z tego, to ja jestem jego córką. Ja decyduję powiedziałam, zamykając za sobą drzwi.
To bolało w końcu wuj miał rację, od miesięcy nie pojawiłam się u taty. Ale nie zamierzałam się cofnąć.
Kot zostaje. jeżeli to pomaga, niech będzie.
Nie powiedziałam tego tylko dla ochrony kota. Chciałam zrozumieć ojca…
Z czasem zaczęłam rozmawiać z ludźmi z firmy, poznawać kolejne szczegóły życia ojca. Pan Jakub z ochrony opowiedział mi, jak tata pomagał mu finansować studia syna. Pani Halina z księgowości, pokazała fundusz wspierający pracowników w kryzysie. Tata miał dwie twarze publiczną i tę prawdziwą, którą znało niewielu.
Dlaczego to wszystko ukrywał?
Bał się, iż uznają go za słabego. Bał się, iż ludzie będą go wykorzystywać. Pochodził z biedy. Pomagał, ale się nie przyznawał powiedziała pani Bogumiła.
Potem przyszła burza. Kot zaczął zachowywać się niespokojnie chciał wyjść przez okno. Próbowałam go zatrzymać, ale wyślizgnął się w noc i zniknął. Trzy dni później tata się pogarszał ciśnienie spadało, oddech przyspieszał. Lekarze bezradnie rozkładali ręce. Wyszedłam z oddziału i ruszyłam przez Mokotów, wołałam kota w każdej bramie.
W końcu, w wąskim zaułku, usłyszałam cichy pisk. Leżał tam kot, potrącony przez samochód. Przy kocie klęczała starsza kobieta pani Zofia, która kiedyś pracowała u nas w domu. Przyniosła tyle wspomnień, ile uczucia żalu, iż nie udało mi się być lepszą córką.
Zawinęłam kota w płaszcz i zawiozłam do dr Ireneusza, weterynarza na Ochocie. Koszt leczenia operacja, leki, hospitalizacja ponad 5 tysięcy złotych. Nie zastanawiałam się. Zapłaciłam za wszystko z własnych oszczędności. Kiedy kot poczuł się trochę lepiej, natychmiast wróciłam z nim do szpitala.
Tego dnia, kiedy tylko położyłam kota koło ojca, wydarzył się cud. Lewa dłoń taty drgnęła. Delikatnie, ale wyraźnie. Doktor Lis był w szoku. Przez kolejne dni, im więcej czasu kot spędzał przy ojcu, tym lepsze były wyniki badań, tym większe szanse na przebudzenie. Siedziałam przy łóżku i mówiłam mu o wszystkim także o pani Zofii, o tym, iż wybaczyła mu krzywdy sprzed lat.
W międzyczasie odkryłam dokumenty. Odnalazłam je u mecenasa Andrzeja Karwowskiego prawnika ojca. To były plany przekazania połowy majątku na fundacje, szpitale, domy dziecka. Wszystko podpisane, gotowe, tylko czekało na realizację.
A potem przyjechał Czesław z groźbą, by przejąć firmę chciał ogłosić ojca niezdolnym do czynności prawnych. Byłam gotowa walczyć. Miałam już dowody, przez miesięcy zbierałam świadectwa pracowników i księgowych Czesław nie tylko zarządzał, ale świrował część pieniędzy. Miałam wszystko, plan był jasny: zaczekać aż tata się obudzi.
I zdarzył się dzień przełomu. Czytałam na głos książkę, gdy usłyszałam szept, jakby kot miauknął głośniej tuż przy policzku taty. Uniosłam wzrok ojciec otworzył oczy. Skuliłam się cała ze szczęścia, a łzy ściekały mi po twarzy. Zaczął kiwać głową na pytania, potem powoli wracały do niego słowa.
W końcu wyjąkał: Przyjaciel. Tak nazywał kota. Zaczął opowiadać historię o tym, jak przygarnął chore zwierzę przed laty, jak stawało się dla niego powiernikiem, przyjacielem, kogoś więcej niż kimkolwiek z ludzi.
Na kolejnej rodzinnej naradzie Gerardo, przepraszam Janusz patrzył na Czesława i powiedział spokojnie: „Wybaczam ci. Ale oddaj to, co ukradłeś. Musisz znaleźć własną drogę poza firmą.” Czesław wyjechał na Śląsk, otworzył mały sklep spożywczy. Zaczął nowe życie.
Ojciec również się zmienił. Dotrzymał obietnicy połowa fortuny poszła na fundacje, budował szkoły, szpitale i otworzył Centrum Hipoterapii i Terapii Zwierzęcej przy naszym szpitalu. „Skoro Przyjaciel mnie uratował,” mówił, „może pomoże innym.” Przy Centrum zawsze był koci kącik, gdzie kot mógł odpocząć.
Ja sama przejęłam zarządzanie firmą i starałam się nie powielać błędów ojca. Spotkania firmowe zaczynałam od słów: Mój tata zbudował imperium. Ja chcę zbudować mosty. Czułam, iż odzyskuję nie tylko ojca, ale i samą siebie.
Czas płynął. W pewnym momencie Przyjaciel odszedł. Zasnęliśmy razem na werandzie, a rano już nie oddychał. Pochowaliśmy go pod jabłonią w ogrodzie. Na nagrobku: Przyjaciel ten, który wiedział jak kochać bez oczekiwań. Ojciec płakał, ale to były łzy wdzięczności.
Kilka miesięcy później zadzwoniła kobieta z prośbą o przygarnięcie kolejnego kota. Burego, podobnego do Przyjaciela. Przyjęliśmy go pod dach. Z ojcem patrzyliśmy na niego i powtarzaliśmy: „Życie toczy się dalej. Miłość również.”
Nie było w tej historii boskiego cudu. Była łagodna przemiana człowieka przez obecność zwierzęcia i przez pojednanie z drugim człowiekiem.
Dzisiaj jeszcze raz pytam siebie, czy zrozumiałam prawdziwą lekcję Przyjaciela. Chyba tak. Najważniejsze nie są pieniądze, ani sukcesy tylko relacje, otwartość i gotowość do wybaczenia. Wszystko to zaczęło się od kota, który nie umiał mówić, ale wiedział więcej niż niejeden człowiek.
Martyna WilczekCzasem, kiedy wracam do tamtej sali 312 dziś już pustej, cichej, z oknem otwartym na wiosnę słyszę jeszcze mruczenie. Wyobrażam sobie, iż Przyjaciel ślizga się po parapecie i wskakuje na łóżko do kogoś, kto właśnie bardzo tęskni za cudem. Może tam dziś leży ktoś obcy, może czeka na gest, na znak, iż nie wszystko jest stracone. I myślę: jeżeli mam w sobie choć odrobinę tego, co miał ten bury kot, potrafię być obok, bez oceny, po prostu być.
Ojciec nigdy już nie wrócił do bycia dawnym Januszem Wilczkiem. Stał się innym człowiekiem uśmiechniętym, bardziej obecnym, mniej wyniosłym. Wracając pewnego dnia z Centrum, pochylił się nade mną i powiedział: Damy radę. Jak Przyjaciel nawet, gdy będzie padać.
A gdy wieczorami siadam z nowym kotem na kolanach, czuję wdzięczność. Kiedyś świat łamał mi się w rękach, a ja nie miałam pojęcia, gdzie szukać ratunku. Teraz wiem: czasem wystarczy być, wysłuchać, przytulić, zamruczeć.
Bo każdy cud zaczyna się od prostego gestu. Nawet, jeżeli to tylko łapka na policzku i spojrzenie zielonych oczu, które przekazuje więcej niż wszystkie słowa świata.
