— Babciu Alu! — zawołał Mateusz. — Kto pozwolił trzymać wilka w naszej wsi?

13 godzin temu

Pani Janino! zawołał Mateusz. Kto pozwolił trzymać wilka na wsi?

Janina Stępniak rozpłakała się gorzko na widok zniszczonego płotu. Już tyle razy podpierała go deskami, naprawiała spróchniałe słupki, mając nadzieję, iż ogrodzenie wytrzyma, dopóki uzbiera wystarczająco pieniędzy z niewielkiej emerytury. Ale się nie udało! Płot runął.

Od dziesięciu lat Janina radzi sobie sama w gospodarstwie, odkąd jej ukochany mąż, Piotr Andrzejczak, odszedł z tego świata. Zawsze miał złote ręce. Dopóki żył, babcia Janina nie musiała się niczym martwić. Piotr był majstrem w każdym fachu cieślą i stolarzem.

Wszystko robił samodzielnie, nie trzeba było wołać fachowców. We wsi cieszył się szacunkiem za dobroć i pracowitość. Przeżyli wspólnie szczęśliwe 40 lat, zabrakło tylko jednego dnia do jubileuszu. Schludny dom, obfite plony w ogrodzie, zadbane zwierzęta wszystko dzięki ich wspólnej pracy.

Mieli jedynego syna Igora, swoją dumę i radość. Od dziecka nauczył się pracować, nigdy nie trzeba było go do niczego zmuszać. Gdy mama wracała zmęczona z gospodarstwa, syn już zdążył narąbać drewna, przynieść wodę, rozpalić piec i napoić zwierzęta.

Piotr po powrocie z roboty mył się, wychodził na ganek zapalić, podczas gdy żona szykowała kolację. Wieczorami cała rodzina jadła razem, opowiadając sobie wiejskie nowiny. Byli szczęśliwi.

Czas płynął nieubłaganie, zostawiając tylko wspomnienia. Igor dorósł i wyjechał z rodzinnego domu pojechał do Warszawy na studia, ożenił się z miastową dziewczyną, Jagodą. Osiedli w stolicy. Początkowo Igor odwiedzał rodziców na urlopach, potem jednak żona namówiła go na wspólne wakacje za granicą i tak co roku. Piotr Andrzejczak kręcił głową na wybory syna, nie pojmując ich sensu.

Gdzie się nasz Igorek tak zmęczył? Pewnie Jagoda mu zawróciła w głowie, po co mu te podróże?

Ojciec się smucił, matka tęskniła. Ale cóż mogli zrobić? Żyli dalej, czekając choć na znak od syna. Aż kiedyś Piotr poważnie zachorował. Odmawiał jedzenia, słabł w oczach. Lekarze przepisywali leki, ale w końcu po prostu odesłali go do domu na ostatnie dni. Na wiosnę, gdy natura budziła się do życia, w lesie śpiewały słowiki Piotr odszedł.

Igor przyjechał na pogrzeb, płakał gorzko, obwiniając się, iż nie zdążył pożegnać się z ojcem. Spędził tydzień w rodzinnym domu, po czym wrócił do Warszawy. Przez ostatnie dziesięć lat zaledwie trzy razy napisał do matki list. A Janina została sama. Sprzedała krowę i owce sąsiadom.

Po co jej teraz bydło? Krowa długo stała przy obejściu babci Janiny, słuchając, jak stara gospodyni szlocha. Janina zamykała się w najdalszym pokoju, zatykała uszy i płakała.

Bez męskich rąk gospodarstwo podupadało. Dach przeciekał, spróchniałe deski na ganku pękały, piwnicę zalewała woda… Babcia Janina robiła, co mogła. Oszczędzała z emerytury na fachowców, czasem radziła sobie sama przecież wychowała się na wsi, wszystko wiedziała.

Jakoś wiązała koniec z końcem, aż nadeszło kolejne nieszczęście. Janinie Stępniak gwałtownie pogorszył się wzrok, choć wcześniej nie narzekała na oczy. Poszła do wiejskiego sklepu, ledwo rozczytała ceny na towarach. Po kilku miesiącach prawie nie widziała już szyldu sklepu.

Pielęgniarka przyjechała i nalegała na badania w szpitalu.

Pani Janino, chce pani zupełnie oślepnąć? Zrobią operację, odzyska pani wzrok!

Ale babcia bała się skalpela, odmówiła wyjazdu do szpitala. Po roku niemal całkowicie straciła wzrok. Mimo to niespecjalnie się tym przejmowała.

Po co mi to światło? Telewizji nie oglądam, tylko słucham. Lektor czyta wiadomości wszystko rozumiem. A w domu robię wszystko na pamięć.

Bywało jednak, iż się niepokoiła. Na wsi przybyło nieuczciwych ludzi. Często przyjeżdżali złodzieje, włamując się do opuszczonych domów, wynosząc wszystko, co popadnie. Babcia Janina żałowała, iż nie ma porządnego psa, które odstraszyłby nieproszonych gości swoim widokiem i głośnym szczekaniem.

Zapytała myśliwego Szymona:

Nie masz może szczeniaków od wiejskiego psa? Wzięłabym jednego, choćby najmniejszego. Wychowam sama

Szymon, miejscowy myśliwy, spojrzał z zaciekawieniem:

Babciu Janino, po co ci szczeniaki z lasu? Są dla lasu. Mogę ci sprowadzić prawdziwego rasowego owczarka miejskiego.

Owczarek pewnie drogi…

kilka droższy niż pieniądze, babciu Janino.

No to sprowadzaj.

Janina policzyła oszczędności i uznała, iż wystarczy jej na porządnego psa. Ale Szymon, człowiek niesłowny, ciągle zwlekał z obietnicą. Babcia Janina złościła się na jego puste słowa, ale w głębi serca mu współczuła. Był nieszczęśliwy bez rodziny, bez dzieci. Jego jedyną towarzyszką była butelka.

Szymon, rówieśnik Igora, nie opuścił wsi i został tu na stałe. Nie odnajdywał się w mieście. Jego pasją było polowanie potrafił przepaść w lesie na kilka dni.

Po sezonie łowieckim zajmował się drobnymi pracami u gospodarzy: kopał ogródki, był stolarzem, naprawiał sprzęt. Pieniądze od samotnych staruszek zaraz przeznaczał na alkohol.

Po piciu Szymon szedł do lasu opuchnięty, schorowany i pełen poczucia winy. Po kilku dniach wracał do wsi z darem lasu: z grzybami, owocami, rybami, szyszkami. Sprzedawał wszystko za grosze, by znów przepuścić zarobek. Pomagał babci Janinie za opłatą przy gospodarstwie. Teraz, gdy zawalił się płot, znów musiała prosić go o pomoc.

Z psem trzeba poczekać westchnęła Janina Stępniak. Trzeba zapłacić Szymonowi za płot, a pieniędzy mało.

Szymon przyszedł nie z pustymi rękami. W jego plecaku, oprócz narzędzi, coś się ruszało. Uśmiechnął się do babci Janiny.

Zobacz, kogo ci przywiozłem. Otworzył plecak.

Staruszka podeszła i namacała malutką, puszystą głowę.

Szymku, naprawdę przywiozłeś mi szczeniaka? zdziwiła się.

Najlepszego z najlepszych. Prawdziwego owczarka, babciu.

Szczeniak piszczał, próbując wydostać się z plecaka. Janina Stępniak spanikowała:

Ale nie starczy mi pieniędzy! Ledwie na płot!

Nie będę go przecież zabierał z powrotem, babciu Janino! odparł Szymon. Wiesz, ile tysiąców złotych zapłaciłem za tego psa?

Co robić? Babcia musiała pobiec do sklepu, gdzie sprzedawczyni dała jej wino na zeszyt i zapisała nazwisko Janiny w księdze długów.

Do wieczora Szymon naprawił płot. Babcia Janina poczęstowała go obiadem i kieliszkiem wódki. Radosny, rozgadany, instruował ją, wskazując na szczeniaka, który zwinął się w kłębek przy piecu.

Musisz go karmić dwa razy dziennie. Kup mu mocny łańcuch będzie duży. Znam się na psach.

I tak w domu Janiny pojawił się nowy mieszkaniec Azor. Staruszka pokochała szczeniaka, a on odpłacał jej oddaniem. Za każdym razem, gdy Janina wychodziła na podwórko, by nakarmić Azora, ten skakał radośnie, gotów wylizać jej twarz. Tylko jedno ją martwiło pies rósł wielki jak cielak, ale nie szczekał. To zasmucało Janinę Stępniak.

O, Szymonie! O, oszuście! Sprzedałeś mi nieudolnego psa!

Ale co zrobić, nie wygnasz przecież tak dobrej istoty. Gadania mu nie potrzeba. Sierściuch rósł tak, iż sąsiednie psy bały się go choćby obszczekać.

Pewnego razu do wsi przyjechał Mateusz, miejscowy myśliwy, po zakupy sól i zapałki. Zbliżała się zimowa pora łowów, gdy mężczyźni miesiącami nie wracali z lasów. Przechodząc obok domu Janiny Stępniak, stanął jak wryty na widok Azora.

Pani Janino! zawołał Mateusz. Kto pozwolił trzymać wilka na wsi?

Janina przestraszona dotknęła serca.

Ojej! Jaka ja naiwna! Ten Szymon mnie oszukał! Mówił, iż czystej rasy owczarek…

Mateusz poważnie ją ostrzegł:

Babciu, trzeba go wypuścić do lasu. Inaczej może być nieszczęście.

Oczy staruszki napełniły się łzami. Jak trudno rozstać się z Azorem! Dobry, łagodny zwierz, chociaż wilk. Ostatnio stał się niespokojny, szarpał się, rwał na wolność. Wszyscy bali się go we wsi. Wyboru nie miała.

Mateusz wywiózł wilka do lasu. Azor pomachał ogonem i zniknął wśród drzew. Już nigdy go nie widziano.

Janina tęskniła za swoim ulubieńcem i złorzeczyła Szymonowi. Ten zaś sam żałował, bo miał dobre chęci. Kiedyś, błądząc po lesie, natrafił na ślady niedźwiedzia. Z daleka doszedł żałosny pisk. Szymon zamierzał odejść, bo tam, gdzie niedźwiedziątka, jest i niedźwiedzica. Ale dźwięk nie był niedźwiedzi.

Rozsunął krzaki, zobaczył norę. Obok leżała martwa wilczyca, a wokół jej martwe wilczki. Widocznie niedźwiedź zaatakował. Przeżył tylko jeden maluch, ukryty w norze.

Szymon zrobił się żal sieroty. Zabrał go, potem oddał babci Janinie, żeby się nim zaopiekowała. Myślał, iż gdy podrośnie, sam ucieknie do lasu, a w międzyczasie znajdzie staruszce prawdziwego psa.

Szymon przez kilka dni chodził wokół jej domu, nie mogąc się odważyć na spotkanie. Zima szalała za oknem. Janina paliła w piecu, żeby w nocy nie zamarznąć.

Nagle ktoś zapukał. Staruszka pospieszyła do drzwi. Na progu stał mężczyzna.

Dobry wieczór, babciu. Czy mogę przenocować? Zbłądziłem idąc do sąsiedniej wsi.

A jak masz na imię, drogi? Słabo już widzę.

Borys.

Janina zmarszczyła brwi.

Chyba u nas nie było Borysów…

Niedawno kupiłem dom we wsi. Chciałem zobaczyć, ale auto ugrzęzło. Musiałem iść pieszo, a tu taka śnieżyca!

To kupiłeś dom po śp. Danyluku?

Mężczyzna przytaknął.

Tak jest.

Janina wpuściła go do kuchni, nastawiła czajnik. Nie zauważyła, jak gość chciwie lustrował stary kredens, gdzie wiejskie gospodynie chowają pieniądze i biżuterię.

Gdy babcia krzątała się przy piecu, gość zaczął szperać w kredensie. Usłyszała skrzyp drzwi.

Co tam robisz, Borysie?

Reforma pieniężna była! Pomagam pozbyć się starych złotych.

Staruszka spochmurniała.

Kłamstwo. Żadnej reformy nie było! Kim ty jesteś?!

Mężczyzna wyciągnął nóż, przyłożył jej pod brodę.

Cicho babciu. Dawaj pieniądze, złoto, jedzenie!

Janina ogarnął strach. Przed nią stał bandyta, zbiegły przed policją. Los ją chyba wyrokuje…

Wtem drzwi roztrzaskały się. Do pokoju wpadł wielki wilk i rzucił się na przestępcę. Ten wrzasnął, ale gruby szalik uratował go przed ugryzieniem. Złoczyńca machnął nożem, raniąc Azora w łopatkę. Azor odskoczył, a złodziej uciekł.

W tej chwili do domu szedł Szymon, gotów przeprosić babcię. Na podwórzu zobaczył, jak jakiś mężczyzna z nożem biegnie, złorzecząc. Szymon rzucił się do Janiny, a tam na podłodze leżał zakrwawiony Azor. gwałtownie pobiegł do dzielnicowego.

Włamywacza złapali. Sąd skazał go na wyrok.

Azor stał się bohaterem wsi. Ludzie przynosili mu jedzenie, rozmawiali, głaskali. Wilka już nie trzymano na łańcuchu, był wolny. Zawsze jednak wracał do babci Janiny; przychodził z Szymonem po łowach.

Pewnego razu przed domem stanął czarny SUV. Na podwórku ktoś rąbał drewno. To był syn Janiny Igor. Zobaczywszy Szymona, uśmiechnął się serdecznie.

Wieczorem wszyscy siedzieli przy stole, a Janina promieniała szczęściem. Igor przekonał mamę do wyjazdu do miasta na operację oczu.

No to trzeba… westchnęła staruszka. Latem wnuk przyjedzie, chcę go zobaczyć. Szymku, przypilnuj domu i Azora, dobrze?

Szymon przytaknął. Azor położył się zadowolony przy piecu. Jego miejsce było tutaj, wśród przyjaciół.

Lubicie takie historie? Zostawcie komentarz, wybierzcie lubię to, jeżeli wzruszyła was opowieść.

Idź do oryginalnego materiału