I co ty mi proponujesz biec dwa kilometry z noworodkiem po chleb, żeby go kupić? I w sumie, nie wiem już, czy jesteśmy ci potrzebni z Jagodą.
Z szpitala w Warszawie Weronika wraz z córeczką powitała jej mąż Kacper, rodzice i teściowa. W domu, oczywiście, usiedli przy stole, ale nie długo po godzinie goście odjechali, zostawiając młodych rodziców i małą dziewczynkę samych.
Kacper, jak zwykle, rozciągnął się na kanapie i włączył telewizor, a Weronika ruszyła do sprzątania kuchni, którą mąż w czterech dniach jej nieobecności zamienił w prawdziwe pole bitwy.
Po skończeniu pracy podała dziecku jedzenie i, kiedy maleństwo zasnęło, postanowiła położyć się na łóżeczku w pokoju dziecięcym dzień był przecież pełen nerwów i zmartwień. Nie zdążyła jeszcze zamrzeć, gdy ktoś zaczął energicznie pukać do drzwi. Gdy Weronika wyszła z pokoju, zobaczyła gości, których Kacper już zaprosił do salonu.
To była Janina starsza siostra Kacpra, jej mąż i dwie przyjaciółki Janiny, z którymi Weronika znała się ledwie.
Bracie, przyjechaliśmy cię pogratulować! Pamiętam, jak byłeś mały, a teraz, spójrzcie już sam tata! krzyczała siostra.
Reszta przytulała Kacpra, ściskała dłoń i całowała go w policzek.
Janino, ciszej proszę, Jagoda właśnie zasnęła poprosiła Weronika.
A co! One jeszcze nic nie słyszą! Lepiej ustaw stół, przynieśliśmy ciasto i szampana. Resztę podziękuj! odpowiedziała Janina.
Weronika położyła na stole to, co pozostało po posiłku z rodzicami.
Trochę wam skromnie! zmarszczyła się gość.
Przepraszam, nie spodziewaliśmy się gości. Właśnie wróciłam ze szpitala. Więc wszystkie pretensje skierujcie do Kacpra on sam tu gospodarował, odparła Weronika.
Dziewczyny, nie kłóćmy się! Zamówiłem już pizzę trzy rodzaje. Nikt nie zostanie głodny, oznajmił Kacper.
Goście siedzieli aż do dziewiątej, kiedy Weronika w końcu powiedziała, iż musi kąpać córkę i kłaść ją spać. Gdy opuścili wnętrze, Kacper podszedł do żony:
Weroniko, mogłaś być uprzejmiej. Ludzie przyszli cię pozdrowić, a ty przy stole z nimi choćby nie usiadłaś cały czas biegłaś za dzieckiem, a na koniec prawie wszystkich wypędziłaś.
A co miałam zrobić, kiedy po raz pierwszy po szpitalu nie mam ochoty na gości? Przyszli po życzenia, a przynajmniej tanie łapki dziecku.
I pamiętaj: od dziś w naszym domu goście nie są najważniejsi, a dziecko. Jagoda potrzebuje rytmu. Dlatego proszę, przez najbliższe trzy miesiące nie zapraszaj nikogo.
Chcesz spotkać się z facetami? Proszę, ale nie tutaj, w innym miejscu odparła Weronika.
Mija miesiąc. Kacper pracuje, Weronika z córką zostają w domu. Jagoda jest spokojną dziewczynką, a Weronika ma czas na wszystkie obowiązki, oprócz gotowania gotuje już coś prostego. Kacper nie ma nic przeciwko. Żyją normalnie.
Jednak nagle pojawił się problem. Pochodził od matki Kacpra Lidia Andrzejewska która postanowiła, iż rozwiązanie można znaleźć kosztem synowej.
Sprawa dotyczyła jej 80letniej matki, Katarzyny Iwonki, mieszkającej w wiosce prawie sto kilometrów od miasta.
Babcia Kasia, jak ją nazywano w rodzinie, mieszkała w typowym wiejskim domku z wsią w pełnym wydaniu: woda z studni, drewno w szopie, wszystko na podwórku. Dom stał na działce o powierzchni dziesięciu arów, które sama uprawiała. Córka i wnuki pomagali jej jedynie przy sadzeniu i wykopywaniu ziemniaków, które jedli przez całą zimę.
Zimą babcia zachorowała, przeziębienie zamieniło się w ciężką chorobę. Praca w ogrodzie stała się dla niej zbyt trudna.
Wtedy Lidia postanowiła, iż na całe lato wyśle Weronikę z córką do wioski, by pomogła babci. Weronika początkowo nie uwierzyła, myśląc, iż teściowa żartuje. Ale Lidia była poważna.
Nie mogę zabrać matki do miasta ogród już jest zasadzony. Kto będzie podlewać? Ja sama pracuję. Przyjadę na weekendy, załatwię sprawy, a w tygodniu kto będzie nosił wiadro ze studni?
Studnia jest niedaleko, trzy setki metrów, ale ciężar pełnego wiadra jest przytłaczający. Babcia nosi pół wiadra. A wiesz, ile potrzeba wody? Na dom, na ogród, na podlewanie. Co pół dnia chodzi tam i z powrotem.
Nie rozumiem, Lidio, czy chcesz, żebym została wózkiem wody? zdziwiła się Weronika.
Nie musisz nosić wiader. Babcia ma wózek, na którym można postawić dwie beczki po czterdzieści litrów i przewieźć. Nie da jej już sama, ale ty dasz radę. A w ogródku podlewać, odchwaszczać to nie problem.
Nie, Lidio, podlejcie i odchwaszczcie swój ogródek sami. My z Kacprem kupujemy ziemniaki i warzywa w sklepie, więc niech pracują ci, którzy zbierają plony.
Wyślijcie Janinę. Ona też nie pracuje, odrzuciła Weronika.
Janina ma dwoje dzieci!
A ja? Czy uważacie, iż nie mam dzieci?
Nie porównujcie: Janina ma starsze pięcioletnie, młodsze trzy lata. Trzeba o nie dbać. A Artur wtedy trzeba będzie zabrać z przedszkola na całe lato, ale on będzie pod opieką.
A co z Jagodą? Czy ona ucieknie? Nakarmimy, położymy w wózku i zajmiemy się sprawami rzekła teściowa.
Czy wiesz, iż z Jagodą muszę co miesiąc chodzić do przychodni na szczepienia?
Można obejść się bez lekarzy. Dziecko jest zdrowe, nie ma sensu biegać do przychodni, tam łatwiej nabawić się jakiejś choroby sprzeciwiła się Lidia.
W sumie pojedź. Nie ma już nikogo, kogo trzeba wysłać. A poza tym moja matka wyżywiła wszystkie moje dzieci. Troje z nich. Nigdy nie siedziałam długo w urlopie macierzyńskim.
Janina w dwa miesiące oddała matkę, Witka i Kacpra w cztery. Teraz matka jest słaba pora oddać jej długi, pomagać.
Szanuję Katarzynę Iwonkę. Wiem, iż dużo wam pomogła. Ale nie jestem jej winna. Wy, Janina, Witk, Kacper jesteście jej dłużnikami. Ja nie zamierzam spłacać cudzych długów odpowiedziała Weronika.
W piątek rano Kacper przypomniał żonie:
Zgarnęłaś rzeczy? Jutro jedziesz do wioski.
Kacprze, już powiedziałam twojej mamie i powtarzam: nie jadę do żadnej wioski. I tym bardziej nie zawiozę tam Jagody. A jeżeli zachoruje? Mam chodzić dwadzieścia kilometrów pieszo do miasta?
W twojej zapomnianej przez Boga wiosce choćby autobus nie podjeżdża jedzie obok. Nie ma tam sklepu.
Sklep jest w sąsiedniej wiosce.
I co? Proponujesz mi biegać dwa kilometry z noworodkiem po chleb? Nie wiem już, czy potrzebny jesteśmy tobie z Jagodą.
Kiedy twoja matka proponowała przewozić czterdziestolitrówki, milczałeś. Czy byłeś z nią zgodny? Jak podniosę taką butlę, mając pięćdziesiąt siedem kilogramów?
Nie musisz napełniać butelek do końca powiedział Kacper. I przestańmy się kłócić. jeżeli matka tak kazała, jedziesz. Nikt inny nie jedzie. Jutro przed dziesiątą przyjedzie ojciec, zawiezie was. Lepiej więc już dziś spakuj rzeczy.
Kiedy mąż poszedł do pracy, Weronika zaczęła pakować. Najpierw zadzwoniła do rodziców. Mama Weroniki była pielęgniarką w oddziale dziecięcym i najpierw nie uwierzyła, iż Lidia zamierza zamknąć nowonarodzoną wnuczkę w wiosce.
Przecież do roku trzeba monitorować rozwój dziecka. Trzy miesiące u specjalisty, rok jeszcze raz! Jak można tak lekceważyć! oburzyła się.
Ojciec Weroniki po cichu wrzucił walizki do auta. Weronika z córką pojechała do mieszkania rodziców. Kiedy Kacper wrócił z pracy i zobaczył, iż nie ma ani żony, ani córki w domu, od razu wiedział, gdzie ich szukać. Wieczorem dzwonił kilka razy, nie odbierano. W końcu sam zjawił się pod drzwiami. Od pierwszych słów Weronika poczuła, iż mąż nic nie pojął.
Nie wysyłają cię do kopalni? Do wioski! Na świeże powietrze! Co, przez głupotę całą sprawę poprzestałaś? zapytał.
Tak, stworzyłam sobie problem. Nie teraz, a dwa lata temu, kiedy wybrałaś się za mąż. Podobałeś mi się: wysoki, szerokopierszy, dobry. Nie widziałam, iż pod tą powłoką kryje się maminy chłopczyk. Mały i posłuszny: co matka powie, to ty robisz. Gdyby mama wysłała cię do kopalni, i tak byś się nie sprzeciwił.
I co, nie wrócisz do domu? dopytał Kacper.
Nie wrócę. Bo dom to miejsce, gdzie jest bezpiecznie, gdzie cię kochają i chronią. Nie wyjdzie z niego twój obrońca. Żyj z mamą.
Po pół roku udało jej się rozwieść z Kacprem.




