Wciąż mam tutaj domowe sprawy
Babcia Apolonia z trudem otworzyła skrzypiącą furtkę, powoli dotarła do drzwi, długo walczyła z zardzewiałym zamkiem, w końcu weszła do swojego starego nieopalanego domu i osiadła na taborecie przy zimnym kaflowym piecu.
W chałupie pachniało brakiem życia.
Nie było jej tylko trzy miesiące, a pajęczyny już szczelnie oplatały powałę, stary krzesło cicho popiskiwało, wiatr wył w piecowym kominie dom przywitał ją groźnie: Gdzie ty byłaś, gospodyni, na kogo mnie zostawiłaś?! Jak my teraz zimę przetrwamy?!
Już, już kochany, wytrzymaj jeszce chwilkę, odpocznę momencik… Zapalę piec, ogrzejemy się…
Jeszcze rok temu babcia Apolonia sprawnie krzątała się po swoim domku: a to pobielić, a to coś poprawić, wodę przynieść. Ta jej drobna, zwiewna sylwetka raz nisko kłaniała się przed ikoną, raz rządziła przy piecu, raz sunęła przez ogród, sadząc, plewiąc, podlewając.
I dom cieszył się razem z nią, podłoga wesoło skrzypiała pod jej zwinniutkimi krokami, drzwi i okna z łatwością otwierały się pod dotknięciem zmęczonych dłoni, piec skwapliwie piekł złociste drożdżówki. Było im razem dobrze: Apolonii i jej starenkiemu domowi.
Męża pochowała wcześnie. Troje dzieci sama wychowała, wykształciła, wysłała w świat. Jeden syn kapitan marynarki, drugi wojskowy, pułkownik, obaj daleko, rzadko w odwiedziny przyjeżdżają.
Tylko najmłodsza córka Bogumiła została na wsi, jest główną agronomką, od rana do wieczora w pracy, do matki wpadnie w niedzielę, przy cieście posiedzą i znów tydzień nie zobaczą się.
Pociechą była wnuczka Jadzia. Ta to wręcz u babci wyrosła.
A jaka z niej wyrosła dziewczyna! Piękność! Oczy wielkie, stalowoszare, włosy po pas, jasne jak słomiany snopek, mocno kręcone, lśniące aż jakby blask rozsiewały.
Zwiąże włosy w koński ogon, a loczki spadają jej na ramiona chłopaki z wioski aż na chwilę zamierają, z otwartymi ustami się patrzą. Figura jak wyrzeźbiona. Skąd taka uroda i postawa u wiejskiej dziewczyny?
Babcia Apolonia młoda była ładna, ale gdyby zestawić stare jej zdjęcie z tymi Jadzi pastereczka i królowa…
I jeszcze mądra. Skończyła Akademię Rolniczą w stolicy, wróciła w rodzinne strony jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza, a jako młode małżeństwo dostali od gminy nowy dom.
I co to był za dom! Murowany, solidny, po prostu willa jak na tamte czasy.
Ale wokół domu babci gęsty ogród kwiatami i plonem kipiał. A u wnuczki, pod nowym domem, jeszcze nic nie wyrosło trzy patyczki na krzyż. Jadzia zresztą, choć wiejska dziewczyna, do ziemi nie rwała się wcale. Babcia chroniła ją przed przeciągiem i ciężką pracą, żeby się główki nie nadwyrężyła.
A jeszcze urodził się syn, Franio. Na ogródek czasu nie było.
I Jadzia zaczęła babcię do siebie zapraszać: chodź do mnie mieszkać, dom duży, podłogi się nie kurzą, nie trzeba pieca palić.
Apolonia zaczęła chorować, skończyła właśnie osiemdziesiąt lat, jakby choroba czekała na okrągłą rocznicę nogi, kiedyś żwawe, przestały ją nosić. Dała się babcia namówić.
Pobyła u wnuczki z dwa miesiące. Aż któregoś dnia usłyszała:
Babciu, ja Ciebie kocham bardzo, oczywiście, ale co Ty tak siedzisz cały czas?! Całe życie pracowałaś, a u mnie rozsiadłaś się… Ja chciałam hodowlę założyć, pomocy się spodziewałam…
Dziecko, ale ja już nie mam sił, nogi nie te, stara jestem…
Hm… Przyjechałaś do mnie i od razu się zestarzałaś…
Wkrótce babcia, nie spełniwszy oczekiwań, wróciła do swojego domu.
Ze zmartwienia, iż wnuczce nie pomogła, Apolonia niemal zupełnie opadła z sił. Nogi ślizgały się po podłodze powoli, nie chciały wcale się ruszać wybiegane były przez całe życie, zmęczone. Dotrzeć od łóżka do stołu to już wyzwanie, a do ukochanego kościółka niemożliwość.
Ojciec Tadeusz, proboszcz, sam zaglądnął do swojej stałej parafianki, dawniej pilnej pomocniczki przy parafii. Uwagą ogarnął izbę.
Babcia Apolonia akurat siedziała przy stole, pisząc tradycyjne listy do synów.
W chatce chłodno: piec ledwo przepalony. Podłoga zimna. Na niej sweter stary, chustka przybrudzona a przecież zawsze była czyścioszką, na nogach zdarte walonki.
Ojciec Tadeusz westchnął: przydałaby się jej pomocnica. Może pani Zosia? Mieszka blisko, żwawa, z dwadzieścia lat młodsza od Apolonii.
Wyjął przyniesiony chlebek, pierniki, połowę jeszcze ciepłego placka z kapustą pozdrowienia od żony, pani Aleksandry.
Zwinął rękawy sutanny, wyczyścił piec z popiołu, przyniósł opału na parę zapaleń, ustawił w kącie. Rozpalił ogień, postawił garnek z wodą na gorącej blasze.
Synku kochany! Oj, to znaczy, proszę księdza! Pomóż mi z adresami na tych kopertach, bo jak ja swoimi bazgrołami napiszę, to list nie dojdzie!
Ojciec Tadeusz przysiadł, napisał adresy, rzucił okiem na listy, rozchwiane linijki. W oczy się rzuciły wielkie, drżące litery: Kochany synku, żyje mi się bardzo dobrze, wszystko mam, dzięki Bogu!
Ale listy o tej dobrej emeryckiej egzystencji Apolonii całe w plamach rozmazanego tuszu, a te plamy, najwyraźniej, słone.
Pani Zosia otoczyła babcię opieką, a ojciec Tadeusz regularnie ją odwiedzał z sakramentem; na święta pan Zbyszek, stary marynarz, zawoził ją motocyklem na mszę. Powoli jakoś się żyło.
Wnuczka przestała się pokazywać, a potem, po dwóch latach, bardzo zachorowała. Skarżyła się od dawna na żołądek, wszystko zrzucała na dolegliwości, ale okazało się, iż to rak płuc.
Jak mogło ją to spotkać kto wie. Spaliła się Jadwiga w pół roku.
Mąż niemal zamieszkał na jej grobie: kupował butelkę, pił, spał na cmentarzu, rano po następną butelkę szedł. Czteroletni Franio był nikomu niepotrzebny brudny, zapłakany, głodny.
Bogumiła wzięła go do siebie, ale przy jej pracy agronoma czasu nie miała, więc zaczęto szykować Frania do powiatowego domu dziecka.
Sierociniec był niezły: energiczny dyrektor, jedzenie porządne, można było dzieci na weekend zabierać do domu.
Nie, to nie była rodzinna opieka. Ale Bogumiła nie miała wyboru praca, do emerytury jeszcze daleko.
I wtedy w wózku starego Urała babcia Apolonia przyjechała do córki. Kierował solidny sąsiad pan Zbyszek, w marynarskim swetrze, z tatuażami kotwic i syren na rękach. Oboje wyglądali, jakby jechali na heroiczną wyprawę.
Babcia Apolonia krótko oznajmiła:
Ja zabieram Frania do siebie.
Mamo, ty ledwo chodzisz! Jak ty sobie z nim dasz radę? Przecież trzeba gotować, prać!
Póki żyję, do sierocińca Frania nie oddam ucina babcia.
Zaskoczona twardością zwykle potulnej Apolonii, Bogumiła zamyśliła się i zaczęła pakować rzeczy wnuka.
Pan Zbyszek odwiózł stare i młode do chaty, niemal wniósł wszystkich do izby. Sąsiedzi kręcili głowami: Dobra to babcia, miła, ale na starość coś jej się pomieszało sama opieki wymaga, a tu dzieciaka wzięła na głowę… To nie szczeniaczek przecież…
Po niedzielnej mszy ojciec Tadeusz poszedł do babci Apolonii z niepokojem w sercu: może trzeba ratować Frania od głodu i nędzy?
A w izbie ciepło, dobrze rozpalony piec. Franio czysty, zadowolony, słucha bajki z gramofonu O pierogowym królewiczu.
A najbiedniejsza i najbardziej schorowana staruszka lekko jak piórko śmiga po izbie: smaruje blachę masłem, wyrabia ciasto, wbija jajka do twarogu. Jej stare nogi znów ją noszą gwałtownie i zwinnie jak zanim zachorowała.
Proszę księdza! A ja tu drożdżówki robię Jeszcze chwileczkę tu dla pani Aleksandry i Kubusia ciepłe będą…
Ojciec Tadeusz wrócił do domu wciąż oszołomiony tym, co zobaczył i opowiedział o wszystkim żonie.
Pani Aleksandra zamyśliła się, a potem wyciągnęła z półki grubą niebieską zeszyt, odnalazła stronę:
Stara Katarzyna dożyła swoich lat. Wszystko przeszło, uleciało, sny i nadzieje pogrzebał śnieżny kopiec. Czas, czas do miejsca, gdzie nie ma już bólu ani westchnienia… Pewnego lutowego urwistka długo modliła się pod ikoną, a potem położyła się i powiedziała rodzinie: Idźcie po proboszcza, bo będę umierać.
A blada była jak śnieg za oknem.
Rodzina poszła po księdza, Katarzyna wyspowiadała się, przyjęła komunię, leżała już całą dobę bez wody i jedzenia. Tylko oddech cichy świadczył dusza jeszcze nie uleciała.
Gdy naraz drzwi w korytarzu, gwałtowny powiew lodu, płacz niemowlaka.
Ciszej, tu babcia umiera.
Ja nie zatkam maleństwu ust, ona dopiero co przyszła na świat i nie wie, iż nie wolno płakać…
Wnuczka, Ania, wróciła ze szpitala z noworodkiem. Wszyscy w pracy, została młoda mama i umierająca staruszka. Ania nie potrafiła jeszcze przystawić córki do piersi, mleko się nie pojawiało, więc dziecko krzyczało, a staruszce przeszkadzało w umieraniu.
Katarzyna nagle podniosła głowę, zamglone spojrzenie się wyklarowało. Z trudem usiadła, zsunęła bose stopy na ziemię, ostrożnie szukała kapci.
Wieczorem, wszyscy wracają zdziwieni: Katarzyna nie tylko nie zamierzała umierać, ale jeszcze wyglądała lepiej niż zwykle. Krzątała się po pokoju, tuląc spokojne wreszcie niemowlę, gdy Ania odpoczywała na kanapie.
Pani Aleksandra zamknęła zeszyt, spojrzała na męża, uśmiechnęła się i dokończyła:
Moja prababcia, Katarzyna, mnie pokochała i nie mogła umrzeć, póki mnie nie wychowała. Śpiewała: A na śmierć nam za wcześnie mamy jeszcze sprawy do załatwienia.
Przeżyła jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, a twojej teściowej, pani Ewie, wychować mnie, ukochaną prawnuczkę.
I ojciec Tadeusz się do żony uśmiechnął.

2 dni temu






